Wracam !!!!!!!!!!

29 dzień (21-05 wtorek)
Poranek w Safi jest bardzo ładny, świeci słońce i wszystko wskazuje na to, że będzie piękny dzień. Od dłuższego czasu spało mi się na prawdę bardzo dobrze. Zresztą to miejsce w mojej pamięci pozostało jako bardzo przyjazne, co przyczyniło się do poczucia relaksu. Śniadanie dzisiejsze jest bardzo dobre. Naleśnik z dżemem oraz pyszny marokański chleb. Bardzo polubiłem ten okrągły, mały chlebek. Jest bardzo dobry nawet na sucho. Po śniadaniu szykuje bagaże i uzupełniam olej, który ertek wypluj poprzedniego dnia. Żegnam się z rodziną właścicieli domu. Poprzednim razem wiedziałem, że będę chciał tutaj wrócić w drodze powrotnej. Teraz jednak wiem, ze widzimy się po raz ostatni. Będę bardzo miło wspominał tych ludzi oraz to miejsce. Wyjeżdżam na szosę i kieruje się w stronę Casablanki. Planuje dotrzeć do Tangeru i poszukać tam noclegu. Do pokonania mam ok. 590km. Pierwsze 100km upływa pod znakiem wyprzedzania tirów na wąskiej drodze. Potem zbliżam się do autostrady, na której można nieco odkręcić gaz. Niestety zaczynają się też pierwsze płatne bramki, więc chcąc czy nie chcąc szykuje drobne. W Maroko autostrady nie SA drogie, ale wiem, że jak dotrę do Francji to mój portfel to odczuje. No cóż. Taka jest europejska rzeczywistość. Autostrada nie daje zbyt wielu powodów do emocjonowania się widokami. Właściwie nic się nie dzieje do czasu, gdy dopada mnie deszcz. Nie spodziewałem się tego dzisiaj, bo rano było bardzo ładnie. Oczywiście deszczak mam w kufrze, ale nawet gdybym go miał pod ręka nie byłoby gdzie go ubrać. Ostatecznie deszcz spłukuje mnie dosyć intensywnie, aż czuję że kurtka dokładnie przemokła. Po jakimś czasie deszcz jednak ustaje i po woli wiatr zaczyna osuszać jego dzieło. Dojeżdżam do stacji benzynowej i prawie suchy tankuje „pod korek” oraz posilam się jakąś kanapką z frytkami. Po woli czuje „zapach europy”, bo mogę płacić kartą. Do Tangeru jeszcze kilka bramek przewietrza mój portfel i ostatecznie wjeżdżam do tego portowego miasta. Przez kilka pierwszych minut się trochę motam, ale ostatecznie znajduje drogę do portu. Okazuje się ze najpierw musze poszukać biura i kupić bilet na prom, dopiero potem mam wrócić do odprawy paszportowej. Zawracam wiec beemkę i wolno jadę wzdłuż głównej drogi, szukając biura, które mi polecił policjant. Widzę jak kiwa do mnie jakiś chłopaczek. Zatrzymuję się a on od razu wie czego szukam. Wskazuje mi miejsce gdzie mogę kupić bilet. Wchodzę do małego biura i za 600MDR kupuje bilet dla mnie i erteka. Odwracam się na piecie i idę szybkim krokiem do motocykla, żeby jak najszybciej znaleźć się w porcie. Widzę jak biegnie za mną chłopaczek, który wskazał mi miejsce zakupu biletu. Oczywiście chce nagrodę za swoja pomoc. Stanowczo odmawiam i wsiadam na motocykl. Chłopak zaczyna wołać jakiegoś swojego kolesia i mu się gęsto skarży, że został tak potraktowany. Obydwoje coś do mnie mówią, jednak ja już tego nie słucham tylko przejeżdżam koło nich i kieruje się w stronę portu. Odprawa idzie bardzo sprawnie i po chwili stoję razem z Artekiem przy stanowisku cumowania promu. Okazało się, że nie uwzględniłem różnicy czasu i jestem na miejscu godzinę za wcześnie. Zaczynam przeszukiwać swoje kieszenie i widzę, że mam ostatnie 140 MDR, które będą mi zupełnie zbędne. Wychodzę więc i szukam „majfrenda”, który mi wymieni te drobiazgi na euro. Po godzinie przypływa prom i wszyscy pakują się, żeby dotrzeć do europy. Jest już późno i zaczyna się ściemniać. Podejmuje decyzję, ze po przeprawie szukam noclegu w Tarifie. Zaczynamy odpływać od afrykańskiego nadbrzeża a ja zaczynam wspominać to co przydarzyło mi się na „czarnym lądzie”. Wspominam bardzo fajnych ludzi, których poznałem w Gambii, sympatycznych policjantów z Gwinei, z którymi spędziłem noc w szałasie i którzy uratowali mnie przed problemami podczas przeprawy do Labe. Niestety wspominam tez koszmar przejść granicznych i okropnych „majfrendów’, którzy potrafią wkurzyć chyba każdego człowieka na ziemi. Wspominam pracowników Uniwersytetu w Labe, którzy musieli włożyć bardzo dużo pracy, żeby ten ośrodek mógł w ogóle ruszyć. Jest jeszcze sporo sytuacji, które pozostaną w mojej pamięci, teraz jednak musze się skupić na drodze powrotnej. Prom dobija do nadbrzeża Tarify i schodzę pod pokład żeby zjechać na europejski ląd. Po woli zjeżdżam po stalowym trapie, który wydaje charakterystyczny, metaliczny dźwięk. Stalowy odgłos przypominający zatrzaskiwanie się wielkiej stalowej bramy, jak wrota do Afryki, które zatrzaskuje się za moimi plecami. Tej Afryki, w której spędziłem ostatnie 23 dni i która przyniosła mi sporo niespodzianek – zarówno tych miłych jak i mniej sympatycznych.

Nie wiem czy kiedykolwiek tam wrócę. Na pewno są miejsca., które chciałbym odwiedzić jeszcze raz. Są jednak też takie, o których chciałbym zapomnieć. Może kiedyś zabiorę rodzinę w te sympatyczniejsze strony.
Dojeżdżam do odprawy hiszpańskiej, która trwa bardzo krótko, potem wjeżdżam na ulice Tarify i zaczynam szukać hotelu. Od razu widać różnice. W miastach afrykańskich szukałem hotelu a tutaj zastanawiam się, który wybrać. Jadę bardzo wolno ulicą i widzę jak jakiś chłopak do mnie macha ręką. Zaczynam się trochę najeżać, bo takie gesty kojarzą mi się z nagabywaniem małolatów do jakiejś speluny, w której można przenocować. Okazało się jednak, że przez to wypatrywanie hotelu zapomniałem włączyć światła w motocyklu i ten chłopak mi po prostu zwracał uwagę. To kolejna różnica miedzy Afryką i Europą. Ostatecznie znajduje hotel, w którym starszy portier nie zna ani słowa po angielsku. Mimo wszystko po odkryciu, że jestem Polski zaczyna mi na migi opowiadać, że był kiedyś związany z polką. Niestety nie wiem jak się skończyła jego znajomość z naszą rodaczką :- ). Jutro jadę do San Fernando odebrać moje rzeczy od rodziców Juana. Potem kieruje się w kierunku Francji i Belgii. Dzisiaj nawinięte 630 km

Moi drodzy.
Pisałem już podziękowania dla sponsorów, którzy umożliwili mi realizacje podróży do państw Afryki. Chciałbym jednak bardzo wyraźnie zaznaczyć, że moja wyprawa do Afryki ma również swoją ciemna stronę. Gdy ja odwiedzam wszystkie te kraje, Kamila sama musi borykać się z domem i wszystkimi obowiązkami. Dochodzi do tego jej obecny stan, więc ogólnie wiem, że jest jej BARDZO ciężko. Nie mogę jej pomóc w żaden sposób. Mogę tylko wysyłać sms’y – o ile one cokolwiek mogą pomóc. Mam nadzieje, że Kamila niebawem poczuje się lepiej i łatwiej jej bezie borykać się problemami. Ja natomiast teraz będę robił wszystko, żeby wrócić do domu jak najszybciej. Jestem dumny, ze moja zona znosi dzielnie te trudne dla niej chwile :- ).

Z wiatrem i pod wiatr

28 dzień (20-05 poniedziałek)
Poranek bardzo wietrzny, ale słońce wygląda nieśmiało zza chmur. Mam nadzieję, ze będzie ładny dzień. W tej części Maroko (Sahara Zachodnia) pogoda nie jest najmocniejszym argumentem. Właściwie zawsze wieje wiatr i nawiewa piasek z pustyni. Chyba nie chciałbym zamieszkać w takim miejscu. Schodzę z pokoju na dół i szukam portiera, który ma klucz od garażu. Po kilku minutach idziemy do wielkiego hangaru po mojego erteka. Wyprowadzam go na ulice (przed hotel) i sprawdzam stan oleju. Oczywiście wypluł niezłą porcję, więc dolewam, żeby uzyskać „stan”. Niestety problem z wypluwaniem oleju spod uszczelki korka nadal jest niepokonany, ale Piotr mi dzisiaj pisał, że już szuka w Brukseli nowy. Po „uzbrojeniu” motocykla w bagaże ruszam w stronę Safi – słysze jak w beemce coraz bardziej stuka przednia owiewka. Mam nadzieję, że nie rozleci się do czasu dotarcia do Europy. Wyjazd z Tan-Tan zdobią postacie dwóch wielbłądów głowami zwróconymi do siebie. Musze przyznać ze wygląda to bardzo fajnie i robi ciekawe wrażenie. Opuszczam jednak Tan-Tan bez większego żalu. Droga przez Saharę jest dosyć dobra i można pomykać bez większych podskoków na asfalcie, jednak dzisiejszy wiatr jest na tyle silny, że postanawiam jechać nieco wolniej. Przyjmuje więc kierunek na Agadir, podnoszę szybę i staram się za nią schować przed saharyjskim wiatrem. Do Agadiru mam ok. 300km. Mimo wiatrowych problemów dojeżdżam do miasta dosyć szybko – na tyle, że sam jestem zdziwiony. Agadir jest dużym, ponad siedmiuset tysięcznym miastem i niestety trochę się gubię szukając kierunku na Safi. Widzę na poboczu dwa samochody (Dacie Logan oraz cos w rodzaju furgonetki typu Lublin), kolo których żegna się kilka osób. Wymieniają między sobą pożegnalne całusy i uściski. Z daleka widać, że to dawno niewidziana rodzinka wpadła znienacka zobaczyć „co słychać”. Zatrzymuje się dyskretnie pytam o drogę na Safi. Facet z furgonetki daje ostatniego całusa i pokazuje, żebym jechał za nim, a on mnie wyprowadzi z miasta w kierunku Safiu. Jestem z tego faktu bardzo zadowolony i żwawo podążam z moim przewodnikiem. Po ok. 20 minutach jestem już na rogatkach miasta w kierunku, którego szukałem,. Życzymy sobie wszystkiego naj i odkręcam gaz. Po pewnym czasie jednak go przymykam, bo widoki na ocean rozkładają na łopatki! Najchętniej siedziałbym i oglądał to co widzę po lewej stronie. Musze tutaj kiedyś wrócić z Kamilą i rozkoszować się dłużej tym wspaniałym zakątkiem. Widzę po drodze gustowny, mały parking więc zatrzymuje się, żeby pstryknąć jakąś fotkę. Zsiadam z motocykla i podziwiam widoki. Nagle podchodzi do mnie jakiś facet i zagaduje po francusku. Pokazuje mu, że w ten sposób nie nawiążemy konwersacji. Gość podchodzi na tył motocykla i ogląda tablicę rejestracyjna. Nagle słyszę: „ O! Polska! Na zdrowie!”. W tej chwili pomyślałem sobie, że miło z jego strony, ale szkoda, że jesteśmy postrzegani tylko z perspektywy tego „toastu”. Potem staramy się nawiązać konwersacje opierająca się głównie o gestykulacje, gdy nagle facet wyciąga ze starej, brudnej reklamówki kiść bananów i próbuje mi je sprzedać. Trochę to trąci stylem bycia „majfrendów”, wiec kiwam głową odmownie, robie kilka fotek i wsiadam na motocykl. Obieram kierunek na Safi i cały czas podziwiam to, co widzę po swojej lewej stronie. Mijam całkiem niezły kurort nad brzegiem oceanu a następnie wspinam się krętą drogą na szczyt wzniesienia. Ertek warczy z niezadowolenia, bo wzniesienie jest całkiem spore i kręte, Momentami redukuje do drugiego biegu. Dochodzą do tego problemy z wyprzedzaniem tirów. Po wzniesieniu (jak to w życiu) jest zjazd – całkiem spory i kręty. W ten sposób pokonuje spory kawałek drogi. Musze uważać na ostrych zakrętach, bo widzę na asfalcie piasek i sporo drobnych kamieni, które nie wróżą nic dobrego. Zdecydowanie pozytywna stroną mojej dzisiejszej przeprawy są dosyć często występujące stacje benzynowe. Właściwie już nie musze się martwić o tankowanie. Po drodze próbuje dodzwonić się do rodziny w Safi (u której nocowałem, gdy jechałem w stronę Gwinei) z mojej gwinejskiej karty SIM. Niestety chyba kredyt się wyczerpał, więc odpuszczam mając nadzieję, że bez problemu znajdę to miejsce. Ostatecznie dojeżdżam do celu, ale wjeżdżam do miasta z zupełnie innej strony niż ostatnio. Właściwie dopiero teraz uświadamiam sobie, że Safi to całkiem duża miejscowość. Nie widziałem tego ostatnio, bo dom, w którym spałem jest na obrzeżu miasta. Okazuje się, że Safi ma ok. 350 tysięcy mieszkańców, wiec populacja prawie dorównuje Bydgoszczy. Błądzę więc ulicami miasta i pytam ludzi jak trafić pod adres, który jest widoczny na wizytówce. Niestety nikt nie mówi po angielsku. W końcu policjant rysuje mi na odwrocie wizytówki odręczny plan. Dojeżdżam w pobliże, ale nadal nie mogę sobie przypomnieć gdzie jest dom. Ostatecznie dzwonię z polskiej karty do właściciela i mówię, że potrzebuje nocleg i nie mogę do niego trafić. Facet doskonale mnie pamięta i wyjeżdża po mnie samochodem. Dojeżdżamy na miejsce i rozpakowuje tobołki z motocykla. Od razu idę pod prysznic. Potem wypijam dwie szklanki marokańskiej herbaty i wsuwam trzy, duże ciastka. Marokańska herbata jest po prostu PYCHA! Może dla niektórych osób jest zbyt słodka, ale ja uwielbiam. Rodzina zamieszkująca w Safi jest mega sympatyczna. Zostaje przyjęty bardzo dobrze. Gospodarz szuka dla mnie połączeń promowych między Tangerem a Hiszpanią. Na stole czeka na mnie pyszny obiad, który składa się z ryby przyrządzonej po marokańsku – ryba w sosie z odrobina cynamonu oraz warzywa. Do tego sałatka oraz okrągły, marokański chleb, który bardzo lubię. Po całej tej kulinarnej uczcie czuje się zmęczony. Szykuje się do spania. Jutro chce dojechać do Tangeru i tam przenocować. Dzisiaj nakrecone 665 km.