Z wiatrem i pod wiatr

28 dzień (20-05 poniedziałek)
Poranek bardzo wietrzny, ale słońce wygląda nieśmiało zza chmur. Mam nadzieję, ze będzie ładny dzień. W tej części Maroko (Sahara Zachodnia) pogoda nie jest najmocniejszym argumentem. Właściwie zawsze wieje wiatr i nawiewa piasek z pustyni. Chyba nie chciałbym zamieszkać w takim miejscu. Schodzę z pokoju na dół i szukam portiera, który ma klucz od garażu. Po kilku minutach idziemy do wielkiego hangaru po mojego erteka. Wyprowadzam go na ulice (przed hotel) i sprawdzam stan oleju. Oczywiście wypluł niezłą porcję, więc dolewam, żeby uzyskać „stan”. Niestety problem z wypluwaniem oleju spod uszczelki korka nadal jest niepokonany, ale Piotr mi dzisiaj pisał, że już szuka w Brukseli nowy. Po „uzbrojeniu” motocykla w bagaże ruszam w stronę Safi – słysze jak w beemce coraz bardziej stuka przednia owiewka. Mam nadzieję, że nie rozleci się do czasu dotarcia do Europy. Wyjazd z Tan-Tan zdobią postacie dwóch wielbłądów głowami zwróconymi do siebie. Musze przyznać ze wygląda to bardzo fajnie i robi ciekawe wrażenie. Opuszczam jednak Tan-Tan bez większego żalu. Droga przez Saharę jest dosyć dobra i można pomykać bez większych podskoków na asfalcie, jednak dzisiejszy wiatr jest na tyle silny, że postanawiam jechać nieco wolniej. Przyjmuje więc kierunek na Agadir, podnoszę szybę i staram się za nią schować przed saharyjskim wiatrem. Do Agadiru mam ok. 300km. Mimo wiatrowych problemów dojeżdżam do miasta dosyć szybko – na tyle, że sam jestem zdziwiony. Agadir jest dużym, ponad siedmiuset tysięcznym miastem i niestety trochę się gubię szukając kierunku na Safi. Widzę na poboczu dwa samochody (Dacie Logan oraz cos w rodzaju furgonetki typu Lublin), kolo których żegna się kilka osób. Wymieniają między sobą pożegnalne całusy i uściski. Z daleka widać, że to dawno niewidziana rodzinka wpadła znienacka zobaczyć „co słychać”. Zatrzymuje się dyskretnie pytam o drogę na Safi. Facet z furgonetki daje ostatniego całusa i pokazuje, żebym jechał za nim, a on mnie wyprowadzi z miasta w kierunku Safiu. Jestem z tego faktu bardzo zadowolony i żwawo podążam z moim przewodnikiem. Po ok. 20 minutach jestem już na rogatkach miasta w kierunku, którego szukałem,. Życzymy sobie wszystkiego naj i odkręcam gaz. Po pewnym czasie jednak go przymykam, bo widoki na ocean rozkładają na łopatki! Najchętniej siedziałbym i oglądał to co widzę po lewej stronie. Musze tutaj kiedyś wrócić z Kamilą i rozkoszować się dłużej tym wspaniałym zakątkiem. Widzę po drodze gustowny, mały parking więc zatrzymuje się, żeby pstryknąć jakąś fotkę. Zsiadam z motocykla i podziwiam widoki. Nagle podchodzi do mnie jakiś facet i zagaduje po francusku. Pokazuje mu, że w ten sposób nie nawiążemy konwersacji. Gość podchodzi na tył motocykla i ogląda tablicę rejestracyjna. Nagle słyszę: „ O! Polska! Na zdrowie!”. W tej chwili pomyślałem sobie, że miło z jego strony, ale szkoda, że jesteśmy postrzegani tylko z perspektywy tego „toastu”. Potem staramy się nawiązać konwersacje opierająca się głównie o gestykulacje, gdy nagle facet wyciąga ze starej, brudnej reklamówki kiść bananów i próbuje mi je sprzedać. Trochę to trąci stylem bycia „majfrendów”, wiec kiwam głową odmownie, robie kilka fotek i wsiadam na motocykl. Obieram kierunek na Safi i cały czas podziwiam to, co widzę po swojej lewej stronie. Mijam całkiem niezły kurort nad brzegiem oceanu a następnie wspinam się krętą drogą na szczyt wzniesienia. Ertek warczy z niezadowolenia, bo wzniesienie jest całkiem spore i kręte, Momentami redukuje do drugiego biegu. Dochodzą do tego problemy z wyprzedzaniem tirów. Po wzniesieniu (jak to w życiu) jest zjazd – całkiem spory i kręty. W ten sposób pokonuje spory kawałek drogi. Musze uważać na ostrych zakrętach, bo widzę na asfalcie piasek i sporo drobnych kamieni, które nie wróżą nic dobrego. Zdecydowanie pozytywna stroną mojej dzisiejszej przeprawy są dosyć często występujące stacje benzynowe. Właściwie już nie musze się martwić o tankowanie. Po drodze próbuje dodzwonić się do rodziny w Safi (u której nocowałem, gdy jechałem w stronę Gwinei) z mojej gwinejskiej karty SIM. Niestety chyba kredyt się wyczerpał, więc odpuszczam mając nadzieję, że bez problemu znajdę to miejsce. Ostatecznie dojeżdżam do celu, ale wjeżdżam do miasta z zupełnie innej strony niż ostatnio. Właściwie dopiero teraz uświadamiam sobie, że Safi to całkiem duża miejscowość. Nie widziałem tego ostatnio, bo dom, w którym spałem jest na obrzeżu miasta. Okazuje się, że Safi ma ok. 350 tysięcy mieszkańców, wiec populacja prawie dorównuje Bydgoszczy. Błądzę więc ulicami miasta i pytam ludzi jak trafić pod adres, który jest widoczny na wizytówce. Niestety nikt nie mówi po angielsku. W końcu policjant rysuje mi na odwrocie wizytówki odręczny plan. Dojeżdżam w pobliże, ale nadal nie mogę sobie przypomnieć gdzie jest dom. Ostatecznie dzwonię z polskiej karty do właściciela i mówię, że potrzebuje nocleg i nie mogę do niego trafić. Facet doskonale mnie pamięta i wyjeżdża po mnie samochodem. Dojeżdżamy na miejsce i rozpakowuje tobołki z motocykla. Od razu idę pod prysznic. Potem wypijam dwie szklanki marokańskiej herbaty i wsuwam trzy, duże ciastka. Marokańska herbata jest po prostu PYCHA! Może dla niektórych osób jest zbyt słodka, ale ja uwielbiam. Rodzina zamieszkująca w Safi jest mega sympatyczna. Zostaje przyjęty bardzo dobrze. Gospodarz szuka dla mnie połączeń promowych między Tangerem a Hiszpanią. Na stole czeka na mnie pyszny obiad, który składa się z ryby przyrządzonej po marokańsku – ryba w sosie z odrobina cynamonu oraz warzywa. Do tego sałatka oraz okrągły, marokański chleb, który bardzo lubię. Po całej tej kulinarnej uczcie czuje się zmęczony. Szykuje się do spania. Jutro chce dojechać do Tangeru i tam przenocować. Dzisiaj nakrecone 665 km.