To już 20 dni …

(12-05 niedziela) – drugi dzień pobytu w Labe
Dzisiejsza pobudka była dla mnie bardzo leniwa. Sam się sobie czasami dziwie. Najpierw nastawiam budzik wcześnie a potem się wkurzam, że dzwoni. Chyba ze mną jest cos nie tak. Ostatecznie udało mi się wypełznąć spod pieleszy. Wiem, że dzisiaj nic specjalnego nie będzie się działo. Nie jadę na Uniwersytet, ale za to mam obiecana wycieczkę po Labe. Robię więc poranna toaletę starając się tak ustawić małe wiaderko, żeby z cieknącego kranu woda nie nakapała mi do laczków. Potem wychodzę na słońce. Jest bardzo upalnie, duszno. Dostrzegam, że skóra z mojego prawego ramienia schodzi coraz bardziej. To efekt upału, który mnie dopadł na promie w Banjul, gdy płynąłem na spotkanie z Ebrimą. Od rana mam lekkiego lenia, wiec idę się trochę poszwędać samotnie po Labe. Zajmuje mi to ok. 40 minut. W trakcie przechadzki uświadamiam sobie, że najwyższy czas zmienić olej w moim erteku. Tylko, w co spuścić stary? W drodze powrotnej do hotelu znajduje przy ulicy starą, przeciętą wzdłuż 20 litrową bańkę po paliwie. Tak jakby czekała na mnie. Znalezienie podobnych skarbów przy ulicy w Labe nie jest specjalnym wyczynem, problemem może być jedynie to czy za moment nie pojawi się właściciel i nie zacznie mówić, co o mnie sądzi w jakimś plemiennym języku. Upewniam się, że nikt nie mierzy do mnie z kuszy lub łuku i zabieram znalezisko do hotelu. Przynoszę narzędzia w miejsce zaparkowania motocykla i zabieram się za wymianę oleju silnikowego. Cała ta „operacja’ zajmuje Mi ok 20 – 30 minut. Ertek jest więc gotowy do podróży. Kolejna zmianę planuje w Brukseli. Po chwili dzwoni do mnie Fatoumata i umawiamy się na rozmowę, w której ma również uczestniczyć dwóch pracowników Uniwersytetu. Idę więc kilka uliczek dalej do jakiegoś domu, siadamy w fotelach i zaczynamy dyskutować. Okazuje się, ze mamy kompletnie inne pojęcie o tym jak powinno wyglądać funkcjonowanie Uniwersytetu. Usiłuje się dowiedzieć, czym pracownicy Uniwersytetu w Labe zajmują się w kontekście pracy naukowej i w odpowiedzi widzę wytrzeszczone ze zdziwienie oczy. Zaczynam wiec opowiadać o możliwościach, jakie można podejmować w zakresie pracy naukowej dotyczącej zagadnień informatycznych. Widzę jak moi słuchacze pośpiesznie robią sobie notatki. Potem zasypują mnie różnymi pytaniami dotyczącymi podjęcia ewentualnej współpracy. Widzę ich ogromne zainteresowanie – oni natomiast widzą moje ogromne zdziwienie. Sprawa staje się jasna, że w tej całej możliwości współpracy to my dajemy im możliwości a nie odwrotnie. Nie ma co do tego cienia wątpliwości i oni zdają sobie z tego doskonale sprawę. Mimo wszystko zasługują na uznanie za prace doprowadzającą do uruchomienia uczelni w tym mieście. Uczelnia ma niespełna 10 lat i już teraz widzę, że doprowadzenie do pierwszego naboru studentów musiało się wiązać z bardzo dużym wysiłkiem tych ludzi. Cała dyskusja trwa ok. godziny. Potem mam chwile na odpoczynek i udajemy się zwiedzać Labe. Mówiąc szczerze miasto nie zachwyca, nawet momentami jest całkowicie nieatrakcyjne. Mimo wszystko ludzie są bardzo otwarci, przyjaźni i czuję się tutaj bezpiecznie. Pracownicy Uniwersytetu robią absolutnie wszystko, żebym był zadowolony. Od przyjazdu do miasta płacą za wszystko, otwierają mi drzwi do samochodu. Mam do dyspozycji kierowcę. Momentami jest mi naprawdę głupio! Gdy chce płacić denerwują się mówiąc „jeżeli ty jesteś zadowolony to my też”. Kompletnie inne wrażenie niż moje mauretańsko-senegalsko-„majfrednowe’ doświadczenia! Zwiedzamy dzisiaj muzeum w Labe. Budynek jest mały, ale przewodnik ma bardzo dużą wiedzę na temat historii życia ludzi w tej części Afryki. Pokazuje i omawia stroje oraz inne przybory codziennego użytku, które niegdyś były bardzo popularne. Widzę jednak w śród nich starą znajomą mi, poczciwą proce i od razu przypominają mi się niesforne lekcje w podstawówce :- ). Na zakończenie robimy sobie wspólne fotki. Szefowa muzeum wydaje wyjątkową zgodę specjalnie dla mnie, bo oficjalnie tego obiektu fotografować nie wolno. Potem przejeżdżamy w kilka miejsc w Labe – miedzy innymi na lotnisko. Niestety tutaj jestem w szoku, ale bez pozytywnego zabarwienia. Widzę jak koło pasa spokojnie pasie się kilka krów. Wieża kontroli lotów przypomina mi raczej ambonę myśliwską w Borach Tucholskich. Następnie wpadamy do kafejki internetowej, w której w końcu udaje mi się dostać na konto wyprawy na FB. Niestety układ klawiatury jest taki, że swój login pisze ok. 2-3 minut. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Po raz kolejny podczas mojej afrykańskiej przygody powtarzam sobie w duchu „bądź dzielny” i ostatecznie loguję się. Całe szczęście, że opisy przygotowuje na moim laptopie z klawiatura QWERTY, bo w przeciwnym razie wróciłbym do Polski na Święta Bożego Narodzenia. Jeżeli ktokolwiek z Was będzie się czuł zniesmaczony moimi jakimikolwiek literówkami to najmocniej przepraszam, ale zadanie pisania na gwinejskich klawiaturach zdecydowanie przekracza moje informatyczne kompetencje. W między czasie łapie kontakt z Panem Tomkiem od tropiciela. Wiem, że cały czas nie ma sygnału, ale to nie jest jego wina. Kupiłem tutaj gwinejska kartę SIM, która postaram się przetestować i przywrócić moja lokalizacje na aplikację WWW. Po całych tych przeżyciach jedziemy do knajpy na kolacje, gdzie otrzymuje standardowe pytanie: „Na co masz ochotę?”. Skąd mam wiedzieć na co, jeżeli nie mam zielonego pojęcia o gwinejskich potrawach. Chce tylko coś zjeść i nie mieć po tym rewolucji żołądkowych. Podkreślam też, że nie lubię pikantnych potraw. Dostaję więc potrawę z kurczaka i w oddzielnym naczyniu sos do polania. Całe szczęście, że nie polałem sobie tym sosem całej zawartości talerza! Po skosztowaniu tej przyprawy poczułem się jakbym połknął lawę z Etny! Czuje jak serce zaczyna mi walić jak młotem a łzy mam już na plecach. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie przeżyłem! Po opanowaniu emocji oraz dojściu do siebie odstawiam owe naczynie z przyprawa i zadowalam się tym, co jeszcze nie zostało przyprawione. Po wszystkim zostaje odstawiony do hotelu. Jutro mam wystąpienie na Uniwersytecie – niestety mam być gotowy o 8:00 rano! Mam nadzieję, że zdążę się ogarnąć do tej godziny. Potem będę szukał pickupa, który może przewieść mój motocykl przez ten koszmarny odcinek w stronę granicy senegalskiej. Wole nie ryzykować podróży przez skrajnie niedostosowane warunki do mojego 300 kg motocykla. Niestety, ale tą cześć trasy przegram i zrobię wszystko, żeby nie przejeżdżać jeszcze raz przez to piekło. Mam nadzieje, że mi się uda. Jeżeli nie …….. wole o tym nie myśleć.

16, 17, 18, 19 ale to szybko leci …

16 dzień (08-05 środa)

Wstaje rano i zaczynam się pakować. Przed wyjazdem chce jeszcze wymienić trochę dalasi i wrzucić jakieś info na FB. To pierwsze mi się udaje, ale to drugi nie. Kafejka jeszcze zamknięta i nie mam zamiaru czekać. Nosze z mozołem z 2 piętra swoje tobołki i przypinam do motocykla. Obserwuje to wszystko jakiś chłopaczek, który sadząc po poziomie konwersacji ma kłopoty ze zrozumieniem kolorowych wycinanek. W gruncie rzeczy bawi mnie jego światopogląd więc go nie przeganiam tylko słucham co ma do powiedzenia. Niestety musi to być jegomość, który jest dobrze znany obsłudze bo zaraz zostaje wyrzucony za bramę. Po przygotowaniu erteka do drogi szukam gościa z obsługi, żeby przyniósł mi coś po czym mogę zjechać z gigantycznego krawężnika. Oczywiście zapomniałem jak jest po angielsku „deska”, ale od czego są ręce i gestykulacja? Po chwili mam gotowa do zjazdu platformę. Wystarczy wykonać tylko dwa zygzaki i już jestem na ulicy Banjul. Niestety przy drugim maszyna mnie przechyla i kładę ja na prawy bok. O podniesieniu nie ma mowy, zresztą w mig pojawia się trzech pomagierów i za chwile jadę dalej. Opuszczam Banjul myśląc o nim pozytywnie. Spotkałem tutaj ludzi przyjaznych i życzliwych. Może kiedyś tu wrócę? Nie wiem, ale na razie myślę, żeby szybko dostać się do granicy. Obieram więc kurs na wschód o „odkręcam gwint”. Droga jest bardzo dobra a pogoda cały czas nie pozwala mi zapomnieć, ze jestem Afryce. Po drodze zatrzymuje mnie patrol. Bardziej chyba, żeby pooglądać moja beemke niż z jakiegoś uzasadnionego powodu. Facet nawet nie chce paszportu. Pokazuje mi swoje moto i dumnie podnosi kciuk. – jaką ma pojemność silnika? Pytam – 650 ccm. Odpowiada z zachwytem. A Twój? – 1100ccm. Mówię, i widzę ze nieco popsułem mu nastrój wynikający z zachwytu nad policyjnym potworem. Życzymy sobie miłego dnia i lecę dalej. Droga przez pierwsze 70 – 80 km jest bardzo dobra. Jadę w zamyśleniu nad życiem motocyklisty i naglę widzę na sobie obcy wzrok. Przyglądam się uważnie w lewą stronę i widzie wytrzeszczone małpie oczy. Szok! 2 metry od drogi, pod drzewem stoi małpa i gapi się na mnie. Moja reakcja może być tylko jedna. Hamulce Ida ostro w ruch. Zawracam moto, zatrzymuje się i szybko przypinam kamerę do kasku z nastawieniem na fotografowanie. Małpa oczywiście znika w zaroślach. Jadę wolno a kamera cały czas fotografuje okolice. Widzie z odległości ok. 100m całą rodzinę. Potem jeszcze kilka. W parę minut orientuje się, ze jest tutaj cała masa małp. Niestety są strasznie płochliwe a fotki z odległości, na którą mogę się zbliżyć wychodzą nie fajnie. Zatrzymuję moto, gaszę silnik (żeby nie płoszyć małp) i czekam na okazje do fotki. Widzę, że swoim zachowaniem wzbudzam zainteresowanie czterech chłopaków. Podchodzą do mnie zdziwieni co robię. – widziałem małpy! Cieszę się jak dziecko. Cała czwórka zaczyna się ze mnie śmiać. ¬- no i co? Pytają. -w kraju z którego pochodzę możesz zobaczyć małpę tylko ZOO lub cyrku. Odpowiadam. Proponują mi, żebym zostawił motocykl i po ciuchu poszedł z nimi w zarośla. Tam jest więcej ciekawej zwierzyny. Niestety po pierwsze nie mam czasu, żeby tutaj polować na małpy a po drugi jak ktoś w tym czasie zapoluje na mój motocykl to będę miał większy problem. Odmawiam wiec, odpalam silnik i jadę dalej. Ujeżdżam ok. 20km i droga zamienia się w klepisko. Prowadzone się roboty związane z budowa nowej drogi a ja jadę wertepami i serce mi pęka jak słyszę klekotanie beemki. Po ujechaniu sporej odległości widzie jak za mną zbliża się jakiś bus. Wyprzedza mnie, ujeżdża ok. 30m i zatrzymuje się przede mną zastawiając mi drogę. Z auta wychodzi szybko 5 białych facetów – jeden bardzo słusznej postury. Machają do mnie wyciągając w moim kierunku ręce. Nie słucham ich tylko odbijam w lewo i dodaje gazu. W lusterku widzie jak pospiesznie wsiadają do busa i ruszają. W tym momencie przez głowę przechodzą mi różne myśli. Zaczynam sobie przypominać gdzie jest zabrany do obrony paralizator. Poza tym zaczynam kalkulować ile kasy mam przy sobie „na widoku” a nie w schowkach aby przewidzieć ewentualne straty. Za każdym razem jak bus się zbliża ja dodaje gazu. Nagle widzie przed sobą punkt kontrolny i policjanta, który kiwa mi, żebym się zatrzymał. Czuje lekka ulgę i zatrzymuje motocykl. Bus nas wyprzedza, zatrzymuje się ok. 10m przede, mną. Wychodzą z niego ci sami jegomoście i w tym momencie słyszę język polski. – cześć. Co słychać? Po prostu zobaczyli polska rejestracje i chcieli mnie zatrzymać, żeby pogadać. Jestem mega wściekły na siebie, że straciłem głowę. Wyzywam się w myślach od najgorszych! – Skąd jesteś? Pada pytanie. – Z Bydgoszczy. Odpowiadam Jeden z nich (ten o słusznej budowie ciala0 zaczyna piać z zachwytu. -Właśnie przeprowadziłem się do Bydgoszczy. Przyjechałem tam za dziewczyna. Wcześniej mieszkałem w Łodzi. -Jak dzielnica? Pytam – Właśnie kupiłem mieszkanie w Fordonie. Okazało się, że ci faceci jeżdżą po Gambii i Pisza o niej książkę. Żegnamy się po chwili. Jadę dalej i cały czas czuje się jak idiota. Nie wolno tak szybko tracić głowy jeżeli wybiera się w samotna podróż po Afryce. Zbliżam się do Georgetown i dochodzie do wniosku, że będę tutaj szukał noclegu. Mam w końcu przekroczyć granice Senegalu, więc jest duże prawdopodobieństwo spotkania „majfrendów” i przeprawa może potrwać dłużej. Wjeżdżam więc do miasta i jadę wolno tradycyjnie wypatrując tabliczkę z napisem „Hotel”. Również tradycyjnie swoim zachowaniem wzbudzam zainteresowanie, co owocuje znajomością z jakimś chłopakiem, który pomyka za mną na rowerze. On właśnie jest na usługach jakiegoś hotelu i szuka takie zagubione dusze jak ja. Po chwili dyskusji wjeżdżam na teren jakiegoś ośrodka, który na pierwszy rzut oka wygląda sympatycznie. Cena też jest niezła, ale jest jeden problem. W ośrodku nie ma prądu, ale jak zapewnia obsługa prąd będzie od godz 18:00 czasu gambijskiego. Wygląda na to, że muszę czekać ok. 15 min, wiec decyduje się sprawdzić czy żarówka w końcu się zapali. W między czasie (nawet nie wiem kiedy) mój nowy znajomy kolarz umył mi motocykl. Gada przy tym jak najęty, Jest ze swoim kumplem, który ma trochę bardziej stonowana osobowość. Obydwoje świata nie widza poza reggae nie gardząc przy tym poczciwym skrętem. Atmosfera robi się sympatyczna – jak to w Gambii. Obsługa mnie zapewnia, że ośrodek jest na przyzwoitym poziomie i będę zadowolony. Pytam więc, czy mogę prosić o taki poziom z prądem i Internetem? Dowiaduję się, że 400m dalej jest ich kolejny ośrodek, w którym znajdę to co mnie interesuje. Wskakuje więc na erteka i razem z fanami reggae jadę owe 400m. Z daleka widzie, że prąd jest, więc przepowiednie się sprawdzają.. Pytam o Internet, na co obsługa kręci nosem. Znajomy kolarz mówi, że przyniesie mi Internet mobilny za niewielka kasę. Zaczyna mi przy tym opowiadać, co to jest port USB. Mówię mu, że już kiedyś widziałem coś takiego, więc niech lepiej przyniesie tego pena. Zachowuję jednak czujność i proszę o pokazanie pokoju – potem dopiero podejmę decyzję czy zostaje. Idziemy do jednego z nich i wchodzimy do środka. W tym momencie widzie jak po ścianie ucieka ok. 15cm jaszczurka. Chciałeś Afrykę to masz – myślę sobie. Z resztą co za różnica? Jeżeli jaszczurka teraz jest tutaj to z chwile może być gdziekolwiek. Nie ma znaczenia, który wybiorę pokój. Cena jest niska, wiec godzę się. Wychodząc z pokoju chce zamknąć drzwi i klamka zostaje mi w dłoni. Koleś z obsługi mówi, że zaraz dostane drugi pokój, ale przy tym zaczyna mnie instruować jak przyciągać drzwi przy pomocy klamki. Patrzę na niego jak na kosmitę a on chyba wyczuwa moje poirytowanie. Za chwilę mam inny pokój i chyba jednak cieszę się, że w tamtym klamka się zepsuła. Może jednak jaszczurka nie przyjdzie do mnie? Pokoik jest mały, ale to mi wystarczy. Łazienka z prysznicem, który swoim wyglądem sugeruje, żeby nie wchodzić tam bez klapek basenowych. Nad łóżkiem wisi podwinięta moskitiera, która wygląda jak welon Pani Młodej sprzed tamtej epoki. Biorę prysznic, robię żarcie i siadam do netu. Szybkością mnie nie zaskakuje, ale udaje mi się wrzucić na FB to, co chcę. Po tym wszystkim kładę się spać. Dzisiaj nakręcone tylko 350 km.

17 dzień (09-05 czwartek)

Ranek Georgetown jest całkiem pogodny. Wychylam nochal z pokoju i widzę koło mojego motocykla moich wczorajszych znajomych. Wynoszę pierwszy tobołek i przypinam go do bagażnika. Fachowcy od reggae zaczynają mnie zagadywać i ponownie atmosfera robi się sympatyczna. Niestety nie mogę wdawać się z nimi w wielkie dyskusje, bo tym sposobem nie dojadę do wyznaczonego celu. Po ok. 20 minutach kręcenia się tam i z powrotem ertek jest załadowany i czeka do drogi. Robimy sobie jeszcze pamiątkową fotkę. Gdy wsiadam na motocykla mój kolega Tippo zaczyna coś owijać w bawełnę i dokładnie nie rozumiem o co mu chodzi. Jak się okazało chodzi o kasę. Mówi, że nagania klientów do tego hotelu, ale nie ma pensji tylko bazuje na tym, co dostanie „z dobrego serca”. Mówi, że zbiera na worek ryżu, który chce kupić dla rodziny. Chłopacy wskazali mi to miejsce, załatwili pena i wyszorowali motocykl. Bezsprzecznie należy im się kasa. Niestety mam tylko niewielka kwotę dalasi. Poza tym mam banknot 50 euro – to byłoby z dużo. Czuje się jak kretyn dając im niewielka kwotę. Pierwszy raz podczas mojej afrykańskiej podróży żałuję, że nie daje więcej. Chłopacy są jednak weseleli i rozstajemy się z uśmiechem. Po kilkudziesięciu kilometrach droga znowu zamienia się w plac budowy. Obok mnie walce i spychacze pracują nad nową drogą. Jadę tak z zamyśleniu aż nagle słyszę jakiś krzyk. Odwracam głowę w prawo i widzę umundurowanego faceta. Zatrzymuje się i dowiaduję, że właśnie przejechałbym granice Senegalu bez kontroli. Jestem w szoku. Zero „majfrendów”a dookoła maszyny robocze oraz budka graniczna przypominająca szopę na grabie. Wchodzę do tego „biura” i podaje swój paszport. Facet najdłużej patrzy się na okładkę. Już chciałem mu powiedzieć, że wiza jest kilka kartek dalej, ale sam na to wpadł. Przystawia oficjalny stempel i mówi, że mogę jechać dalej. NIE DO WIARY. Cała odprawa trwała może dwie minuty. Jestem więc ponownie w Senegalu, który chcę szybko opuścić, żeby wjechać do Gwinei. Droga jest dosyć dobra a do przejechania ok. 150 km (z reszta dokładnie nie wiem ile). Czas upływa szybko i ponownie dostaje się na granice senegalską – tym jednak razem senegalsko – gwinejską. Upał powala na kolana. Przed mało okazałym budynkiem siedzi grupa osób. Drzwi do budynku są jednak zamknięte. Podchodzę i pytam czy tutaj znajduje się biuro. Odpowiada mi facet w wieku ok. 55 lat, że celnicy maja lunch i trzeba czekać. Pytam go ile on już czeka – dowiaduję się, że 2 godziny. Wygląda więc na to, że proza afrykańskich przejść granicznych powróciła. Facet z którym wymieniam kilka zdań to Kenneth, który jest z Nowej Zelandii. Bardzo kulturalny i dobrze ułożony człowiek. Kupił w Portugalii samochód terenowy i samotnie ze swoim pieskiem jedzie przez Afrykę. Chce dotrzeć do RPA. Podchodzi do mnie „majfrend” i pyta czy chce wymienić kasę. Nie jest natrętny, tylko po prostu pyta. To skłania mnie do wymiany. Daje mu walutę Senegalu oraz Gambii i dostaje franki gwinejskie. Po chwili wchodzę do biura i dostaje przydziałową pieczątkę w paszporcie – gość mówi, że mogę jechać na odprawę gwinejską, która jest 33 km dalej. Pytam go o stacje benzynowe, bo widzę, że warto dokupić paliwa. Słyszę, że w Gwinei nie ma stacji benzynowych, co wprawia mnie w totalne osłupienie. Skąd mam, więc brać benzynę? Celnik woła młodego chłopaczka, z którym załatwiam sprawę zakupu paliwa. Jadę dalej do posterunku gwinejskiego – czyli owe 33 km. Droga jest bardzo dobra, diametralnie różniąc się tym co jest między odprawą Sahary Zachodniej i Mauretanii. Odprawa gwinejska też przechodzi dosyć szybko. Widzę tylko, że Kennetha problemy i ciągle coś tłumaczy celnikom. Ja natomiast przechodzę od jednego szałasu do drugiego, które pełnia role biur. Za 10 minut jadę dalej. Jadę kilka kilometrów i napotykam punkt kontrolny. Gość chce ode mnie jakąś kartkę, ale ja nie mam pojęcia, o co chodzi. Mówię mu, że kilka minut temu byłem sprawdzany, ale on nie kuma po angielsku. Wchodzę do kolejnej latryny, która umownie nazwano biurem. Patrzę jak funkcjonariusz ogląda moja wizę i pokazuje coś drugiemu, który zna kilka podstawowych angielskich słów. Zaczynam im tłumaczyć,. że jadę do Uniwersytetu w Labe w celach nawiązania kontaktów z Uniwersytetem Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Idę do kufra i zabieram dokumenty z Labe i UKW. Pokazuje mu to i tłumacze jeszcze raz. Gość słucha jak świnia grzmotu, ale z uwagi na powagę sprawy robi mądrą minę. Widzi przed nazwiskami figurującymi na dokumentach stopnie naukowe, co go jeszcze bardziej podkręca. Ostatecznie spisuje wszystko, przybija mi z uśmiechem piątkę i jadę dalej. Nie wiem co mu nie pasowało w mojej wizie, ale teraz mam to gdzieś. Widzę drogowskazy na Labe oraz informacje 250km. Droga jest na tyle dobra, że 120km/h nie robi wrażenia. Jadę i myślę sobie, że wieczorem jak będę w hotelu to zacznę od wyprania wszystkich brudów. Nagle widzę, że kończy się asfalt. Jestem w szoku! Chyba zabłądziłem!? Pytam kogoś czy to droga na Labe – kiwa potwierdzając to czego nie chcę, żeby potwierdził. Do Labe jest ok. 180km i przede mną wertepy. Jadę na 2 lub 3 biegu lawirując miedzy dziurami. Robi się coraz ciemniej a droga wiedzie przez las i wertepy nie staja się coraz mniejsze. Już wiem, że ta ostatni część podróży do mojego afrykańskiego celu będzie koszmarem. Wiem, że czeka mnie nocna przeprawa, więc do póki jest jeszcze trochę jasno wlewam z kanistra paliwo do beemki. Po jednej stronie widzę las a po drugiej jakieś bagno. Nie mogę uwierzyć w to, że droga do drugiego pod względem wielkości miasta w Gwinei wiedzieć przez cos takiego! Jestem coraz bardziej wkurzony. Z tego, co wiem to na całym świecie robi się spora kasę na turystyce. Jest jednak taka kwestia, ze trzeba turystę zachęcić do przyjazdu. Nawet zakuty, półanalfabeta ze wsi wie, że jeżeli ma ktoś do niego przyjechać to warto zrobić drogę i wstawić oznaczenia. Afryka jednak rządzi się innymi prawami. Jest już ciemno a ja jadę przez las słuchając jak klekocze mój motocykl. Wjeżdżam do jakiegoś wąwozu, który ma podłoże kamieniste i bardzo nierówne. Nie za dobrze widzę co jest przede mnę i kosztuje mnie to glebę. Gmole zrobione przez Moto_jacka po raz kolejny spisały się na piątkę. Szarpie się z 300’tu kilowym kolosem a on nawet nie drgnie. Szkolenia z zakresu podnoszenia turystyka są dobre na asfalcie, ale tutaj się nie sprawdziły. Widzę przede mną światło motocykla więc staje i zaczynam kiwać. Zatrzymuje się, ale kontrolnie ok. 15 m przede mną. Przypomina mi się mja przygoda w Gambii z busem i rozumiem to. Na motocyklu jedzie jakiś chłopach z dziewczyną. Pytam czy pomoże mi podnieść motocykl. On kiwa głową a ona ma przerażone oczy patrząc na moje BMW. W tym czasie widzę za mną nadjeżdżający samochód. Boje się, że nie zauważy leżącego motocykla i uderzy w niego. Kiwam, żeby się zatrzymał. W końcu w 4 osoby podnosimy mój motocykl. Wskakuje na niego i jadę dalej umorusany w czerwonym pisku jak zwierzę. Jest już bardzo późno i ciemno. Kulam się ok. 30km./h patrząc czy za chwile nie zaliczę kolejnej gleby. Nagle z mojej lewej strony oświetlają mnie latarki i żwawym krokiem podchodzi do mnie jakiś chłopak mówiąc coś w swoim języku. W natłoku słów wydaje mi się, że mówi policja. Zatrzymuję się ale włączam jedynkę i trzymam sprzęgło gotowy do jazdy. Chłopak mówi, żebym wygasił silnik. Pytam „kim jesteś”, odpowiada, że żandarmeria i chce mój paszport. Nie sięgam po niego, więc jest chwila konsternacji. Podchodzi drugi i latarką oświetla swój mundur, dystynkcje oraz zaparkowany nieopodal motocykl policyjny. Gaszę silnik i daje im paszport. Pytają dokąd jadę. Mówię, że do Labe. Mówią, że dalsza droga jest trudna, niebezpieczna i jest już późno. Zdecydowanie odradzają mi dalsza jazdę. Mówią, że oni tutaj maja służbę cały tydzień (w dzień i noc) wiec mogę się u nich przespać i pojechać bezpiecznie rano. Chwilę siedzę na motocyklu myśląc co dalej robić. W końcu przystaje na ich propozycję – niech afrykańska przygoda trwa. Stawiam erteka koło policyjnego motocykla i ciężko siadam na drewniana ławkę, która mi podstawili. Jestem totalnie wyczerpany szarpaniem się z motocyklem. Stanowisko patrolowe to dwa słomiane zadaszenia z wiklinowymi pryczami. Kładę się tak jak stoję na jedna z nich. Zasypiam.

18 dzień (10-05 piątek)

Rano budzi mnie dźwięk piania kogutów oraz dyskusja policjantów. Wychodzę spod słomianego zadaszenia i czuje każdy detal pryczy na swoich plecach. Chłopacy widząc mnie śmieją się i przybijają piątkę. Robię kilka skłonów, żeby rozruszać kości. Jest 6:35 czasu gwinejskiego. Moi dobroczyńcy proponują mi, że za moment będzie ryż do jedzenia. Jest jednak dla mnie za wcześnie na jedzenie, zresztą chcę jak najszybciej dotrzeć do celu a droga czeka mnie bardzo trudna. Ta przeprawa uczy mnie tego, żebym już nigdy nie powiedział, że w Afryce nie może mnie spotkać nic gorszego. Robimy sobie wspólne fotki i podejmuję decyzje, że ruszam dalej. Dostaje ostatnie instrukcje jak jechać, odpalam maszynę i ruszam. Po drodze wiedze stacje benzynową wiec profilaktycznie zatrzymuje się – mimo tego, że motocykl tego jeszcze nie wymaga. Tankuje pod korek zbiornik oraz kanister. Koleś na stacji mówi po angielsku, bo mieszkał w Gambii. Mówi, że powinienem mówić do ludzi po francusku, bo to francuskojęzyczny kraj. Dobre sobie! Jak mam mówić, skoro nie znam tego języka? To tak jak ja kazałbym jemu mówić po polsku. Szybko przekonuję się, że znowu wlali mi do zbiornika jakieś szczochy, bo maszyna gaśnie na wolnych obrotach. Problem w tym, że tym razem mam w kanistrze tylko taka benzynę. Jadę tymi koszmarnymi wertepami dalej starając się nie doprowadzić do demontażu motocykla. Po pewnym czasie mija mnie na jakiejś popierdułce 125ccm młody chłopak i kiwa do mnie. Pytam czy to droga na Labe. Kiwa głową, że tak. Proponuje wspólna jazdę, bo tez się wybiera do tego miasta. Jest to dla mnie bardzo wygodne, bo chłopak zna dosłownie każdą dziurę i jak jadę za nim to mogę omijać największe wertepy. Mój nowy przewodnik ma na imię Ousoumoni. W tych warunkach jazdy widzę, że jego pierdzący motorek ma zdecydowana przewagę nad moim. Mimo wszystko jak zostaje to chłopak czeka na mnie. Po kilku km daje mi znać ręka, żebym zwolnił i był ostrożny. Przejeżdżamy przez odcinek ok. 40m, którego podłoże jest kamieniste, a średnia wielkość kamieni jest porównywalna z wielkością głowy. Są również kamienie wielkości moich kufrów bocznych. Patrzę uważnie czy nie haczę dolną owiewką. Tracę koncentracje nad przednim kołem i kładę beemke na prawy bok. Stawiamy ją razem na koła. Cały ten odcinek pokonuje bardzo długo przejeżdżając po woli kamień po kamieniu. Znowu czuje zapach sprzęgła. To już nie jest off-road – to jest extreme. Po pokonaniu tego koszmaru jedziemy dalej. Droga jest jednym wielkim kłębem czerwonego kurzu. Momentami czuję się tak, jakbym jechał w czerwonej mące. W pewnym momencie Ousoumoni spotyka kumpli i mówi, że zostaje. Żegnamy się i ostatnie ok. 60km do Labe jadę sam. Docieram do miasta, które było moim założeniem. Przejazd przez ostatnie ponad 100km zajmuje mi prawie 7 godzin. Po 18 dniach dojeżdżam do wyznaczonego sobie celu. Jestem bardzo zadowolony, że się udało. Na razie nie myślę o tym jak wrócę – myślę o tym, ze dotarłem tam gdzie chciałem. Znajduje hotel i wnoszę toboły do pokoju. Wyglądam tak, jakbym pracował przez tydzień na wszystkich zmianach w kopalni węgla czerwonego. Motocykl jest koszmarnie umorusany. Wchodzę pod prysznic, potem piorę wszystkie łachy. Jakiś chłopak myje mi motocykl. Potem dzwonię na Uniwersytet i pytam, kiedy możemy się spotkać. Przyjeżdża do hotelu pani z Biura Współpracy Międzynarodowej i umawiamy się na jutro. Mam nadzieję, że będzie to owocny dzień. Przez ostatnie dwa dni nakręcone 550 km.

19 dzień (11-05 sobota)

 Pierwszy dzień pobytu w Labe Rano budzi mnie dźwięk alarmu z komórki. Nie jestem z tego powodu zbyt zadowolony, ale i tak cieszę się, że dzisiaj nie musiałem spać w polu z policjantami w punkcie kontrolnym. Na dzisiaj mam zaplanowana wizytę w Uniwersytecie. Nastawiam gazówkę, żeby zrobić sobie śniadanie i wynoszę wyprane wczoraj, ale ciągle mokre ciuchy motocyklowe. Układam je na motocyklu w promieniach słońca. Warto przed wizytką u Rektora się ogolić. Wchodzę do łazienki i tu zonk. Prąd w tym przybytku jest tylko od godz. 18:00 do 6:00 rano. Światło nad umywalką więc nie chce współpracować. Całe szczęście, że mam lusterka wsteczne przy BMW, które od tej pory spełniają inne, niż zamierzone zadanie. O godz. 10:00 (czasu gwinejskiego) dzwonię do pracownika Uniwersytetu, że jestem gotowy. Za ok. 10 minut samochód stoi przed hotelem. Jedziemy wiec na uczelnie, do której jest ok. 20km od Labe. Po dojechaniu na miejsce szybko wnioskuje, że europejskie standardy są całkowicie różne niż afrykańskie. No, ale cóż. To było dla mnie oczywiste, więc nie robię wielkich oczu ze zdziwienia. Wita mnie kilka osób, których nazwiska i tak nie jestem w stanie zapamiętać – oni mojego zresztą tez nie. Na końcu wchodzi Rektor i wszyscy siadamy przy dużym stole. Podczas rozmowy o standardach na uczelniach cały czas nie mogę oderwać wzroku od czapeczki rektora. Jest baaardzo gustowna :- ). Pytania jednak zadaje bardzo konkretne i rzeczowe. Po krótkiej pogawędce jedziemy wertepami ok. 300m dalej, gdzie jest kilka budynków należących do Uniwersytetu. W każdym z nich odbywają się zajęcia z zakresu różnych specjalności – mnie oczywiście najbardziej interesuje informatyka. Przed wejściem do konkretnego „wydziału” wchodzimy jeszcze do jakiegoś biura, gdzie jest miejsce dyrektora działu informatycznego. Sam nie wiem po co, bo po wejściu siadamy na krzesełka i przysłuchuję się jak pozostała część ekipy rozmawia w kompletnie obcym mi języku. Domyślam się, że rozmawiają o mnie, bo co jakiś czas ów dyrektor spogląda na mnie i z uśmiechem kiwa głową. Po ok. 15 minutach idziemy zwiedzać ten naukowy przybytek dobrej nadziei. W pracowniach panuje ogólny tłok i lekki półmrok. Pytam nauczyciela ile tutaj jest stanowisk. Okazuje się, że moje pytanie jest bardzo skomplikowane, wiec nie chce go kłopotać i dopytywać dalej. Zwracam się z zapytaniem do Pani Fatoumaty, która jest pracownikiem biura współpracy międzynarodowej, jak długo w Gwinei trwa jedna lekcja. Odpowiada mi, że to zależy od nauczyciela. Jej odpowiedź mnie zamurowała.. Jak oni układają plan zajęć? Pytam więc czy nie maja konkretnych reguł w tym aspekcie. Teraz z kolei ona patrzy na mnie jak na dziwoląga. Mówię więc, że w Polsce jednostka lekcyjna to 45 min, ale zwyczajowo łączy się dwie i studenci maja zajęcia 1,5 godzinne. W odpowiedzi słyszę „It’s good idea”. Postanawiam, więc być konsekwentny i trwać w przekonaniu, że w Afryce mnie już nic nie zdziwi. Jeden z pracowników mówi do studentów, że przyjechał do nich profesor z Polski, żeby zobaczyć jak uczy się młodzież w Afryce. Dodaje, że przebyłem ta drogę na motocyklu, co powoduje nagłą burze oklasków. Słyszę jak ktoś ze studentów krzyczy „Robert Lewandowski” – już mnie to nie dziwi, że właśnie ten piłkarz jest tutaj popularny. Przejeżdżając przez wszystkie kraje Afryki, dosłownie w każdym z nich spotkałem, co najmniej jedna osobę, która znałaby nazwisko „Lewandowski”. W Uniwersytecie spędzam ok. 2 godziny. Na zakończenie robimy fotki z flaga Bydgoszczy, która dostałem w urzędzie miasta. Umawiamy się na dalsze zwiedzanie jutro oraz na to, że w poniedziałek będę miał prezentacje dla pracowników i studentów. Prezentacja będzie dotyczyła Polski, Bydgoszczy, Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego oraz kilku kwestii związanych z informatyką. Wracając do hotelu ustalamy, że mam ok. 15 min na przepranie i jedziemy coś zjeść. To jest bardzo dobry pomysł, bo czuje już pustki w żołądku. Zostawiamy Panią Fatoumatę, która mówi, że dojedzie do restauracji na własna rękę Samochód wjeżdża na teren hotelu. Pracownik Uniwersytetu oraz kierowca czekają a ja idę zmienić ciuch. Po chwili jedziemy do restauracji. Przez szybę oglądam Labe. Miasto nie zachwyca, porównując je do miast europejskich. Na tle miast afrykańskich może i jest jednym z lepszych, ale na mnie wrażenia nie robi. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że dystans miedzy Europą i Afryka jest znaczny. Albo ktoś to akceptuje i decyduje się na podróże w tą cześć świata, albo niech wybiera inny kierunek. Zawsze są jakieś plusy i minusy. Mieszkańcy Gwinei są bardzo życzliwi i otwarci. Jeżeli potrzebujesz pomocy to otrzymasz ja od nich. W moim przekonaniu rekompensuje to w pewnym sensie to co widzę przejeżdżając przez Labe. Dojeżdżamy do restauracji. Mówiąc szczerze, gdybym był sam to wchodziłbym do środka z pewnym dreszczykiem emocji. Siadamy przy stole a Fatoumata zamawia jakieś potrawy. Pyta mnie się co wybieram i rzuca jakieś kompletnie obco brzmiące nazwy. Powoduje to mój wybuch śmiechu. Dostaje więc jaką potrawę z kurczaka i ryż. Ryż jest suchy i ogólnie nie wnosi rewelacji smakowych. Kurczak, natomiast jest istnym rajem dla podniebienia. Kilka razy pytam się jak nazywa się danie, ale to co otrzymuje w odpowiedzi to tylko zbitek obco brzmiących dźwięków. Najadam się do syta. Ogólnie żarcie było pycha! Całość popycham butelka coca-coli i decydujemy o powrocie. Fatoumata odjeżdża swoim samochodem a ja zostaje z w suzuki z pracownikiem Uniwersytetu Oskarem i kierowcą. Oskar wysiada po drodze a kierowca podwozi mnie niemal pod same drzwi. Jutro kolejna wizyta w Uniwersytecie. We wtorek rano chce wyjechać z Labe i zacząć moja podróż – tym razem w kierunku Europy.

15 dzień

(07-05 wtorek)

Poranek w hotelu zaczyna się bardzo wcześnie i nietypowo. Dokładnie pod moim oknem jakiś zapalony motocyklista zaczyna „palić gumę” – jest ok. 7:00 rano. Zakrywam się mocno w pieleszach, mając nadzieję ze zapalony biker przestanie testować swojego ścigacza. Ostatecznie koleś odjeżdża a ja przestawiam budzik na 8:00. Poranna toaleta jak zwykle upływa bardzo szybko. Poza tym odkrywam same plusy nie naturalnie nisko powieszonego lustra w moim pokoju. Mogę sobie spokojnie siedzieć na plastikowym krzesełku i się golić – bez potrzeby wstawania. Może i miał racje ten, kto wieszał lustro na wysokości ok. 1 metra? W końcu relaks podczas porannej toalety to jest to!
Po śniadaniu wychodzę z hotelu, żeby poszukać jakiegoś miejsca, gdzie mogę kupić mapę Gambii oraz Senegalu. Stoję chwilę zagubiony przed hotelem, gdy nagle staje przede mną jakiś chłopak pytając czy czegoś potrzebuję.
- Szukam mapy Gambii i Senegalu. Wiesz, gdzie mogę kupić coś takiego? – odpowiadam.
Chłopak absolutnie nie błyszczy inteligencją. Cały czas zadaje mi standardowe pytania a po ustaleniu, że Holland i Poland to nie to samo mój poranny znajomy zaczyna zachwalać mój kraj i pyta czy go kiedyś tam zaproszę. Odpowiadam, że OK., ale najpierw musi spełnić kilka warunków:
1. Musi nauczyć się mówić po polsku.
2. Musi mieć kasę na przelot
3. Musi mieć dobry zawód, który zapewni mu prace w Polsce
Chłopaczek ma trochę zmieszaną minę i informuję mnie, ze poza chęcią do nauki języka polskiego nie ma szansy na spełnienia warunków. Ogólnie mój rozmówca nie wygląda na zbyt rozgarniętego, więc traktuję go w kategorii żartów. Wchodzę do sklepu i pytam o mapę, ale niestety nie ma czegoś takiego w tym składzie. Wychodzę i idę dalej. Nagle słyszę za sobą wołanie i widzie jak goni mnie jakiś chłopak.
- Szukasz mapy Senegalu i Gambi? Pyta
-Tak, ale nigdzie nie mogę znaleźć.
-Ja mam w domu. Chcesz?
-Chcę. Odpowiadam.
- OK. tylko zaniosę zakupy do domu
Przechodzimy koło jakiejś poczty. Chłopak proponuje, żebym tam na niego poczekał a on w międzyczasie skoczy do domu po mapę. Za ok. 5 minut wraca mokry jak szczur. Chyba biegł całą drogę. Ostatecznie płacę 300 dalasi i chowam mapę do kieszeni. Postanawiam, zostać w Bnjul jeszcze jeden dzień. Ebrima oferował swoja pomoc jako przewodni, więc chyba skorzystam. W pokoju hotelowym szukam kartki z nr telefonu. Jest! Powyginana na wszystkie strony, ale jest! Szybka kalkulacja. Jak zadzwonię z mojego telefonu to roaming zrujnuje mój budżet. Idę wiec do recepcji. Wole zapłacić, ale zadzwonię z miejscowego numeru. Facet w recepcji wystukuje numer na swojej komórce, łapie połączenie i oddaję mi słuchawkę. Umawiam się z Ebrimą w Barra – w porcie. Chcę płacić recepcjoniście za połączenie, ale ten tylko się ironicznie uśmiecha i macha ręką. Jestem szoku! W Mauretanii nie spodziewałbym się takiego podejścia. Szykuję się w pokoju i wychodzę w stronę portu, żeby przeprawić się do Barra. Po drodze wydaje mi się, że błądzę. Podchodzę do elegancko ubranego faceta, około trzydziestki i pytam czy ta droga prowadzi do portu,
- Chcesz się dostac do portu? Pyta.
- Tak, ale chyba zapomniałem drogę.
- O! Właśnie jedzie mój kierowca. (Wskazuje na srebrnego opla). Podwieziemy cię.
Tym oto sposobem dostałem się do portu a kierowca jegomościa odprowadza mnie pod samo okienko biletowe, upewniając się czy kupiłem dobry właściwy bilet. Wchodzę do poczekali, w której panuje tłok. Między zatłoczonymi ludźmi chodzą handlarze oferujący dosłownie wszystko. Począwszy od mydła na damskich gaciach skoczywszy. Pozytywne jest to, że nikt nie nalega. Jest prosta gra. Nie chcesz – nie kupujesz. To następna gambijska niespodzianka. Ostatecznie staje przy ścianie i czekana przybycie promu. Między czasie zgadują do mnie 2 dziewczyny i chłopak. Chłopak mówi nienaturalnie szybko. Jeszcze nigdy nie słyszałem żeby ktoś mówił aż tak szybko jak on – nie ważne, w jakim języku. Sprowadza się to do tego, że nie wszystko do mnie dociera. Wyłapuje tylko informację, ze w Gambii zanim się na coś zdecyduję powinienem zawsze negocjować cenę. Moi nowi znajomi to Elen, Emilia i Dam. Prom dopływa do portu i wchodzę razem moimi znajomymi na górny pokład – siadamy na ławeczce. Upał cały czas mi nie daje zapomnieć, że jestem Afryce. Za nami wchodzi jeszcze dużo osób. Na pokładzie zaczyna robić się tłoczno. Ściskamy się na ławce coraz mocniej. W tym momencie Emilia mówi do mnie, żebym pilnował portfela. Mówię jej, że sporo czytałem o Gambii jako o bezpiecznym kraju. Uśmiecha się tylko i mówi: Tak, ale teraz pilnuj portfela. Zaczynają się standardowe pytania dotyczące mojej obecności w Gambii. Pytają mnie, kiedy mam samolot do Polski. Mówię, że nie mam samolotu, ze przyjechałem do Afryki na motocyklu. Widzę przed sobą trzy pary wytrzeszczonych, czarnych jak smoła oczu. Elen wyciąga bułkę i mnie częstuje. W tym momencie przypominają mi się ostrzeżenia lekarza podczas szczepień, żebym nie jadł żywności z niewiadomego miejsca. Mówię więc, że jestem najedzony i odmawiam. Cala trójka zaczyna mi opowiadać coś o Gambii. O tym, że teraz jada do Senegalu – do Dakaru. Elen jedząc bułkę zaczyna mi coś opowiadać z pełnymi ustami z akcentem języka lokalnego. Wyłapuje niewielki sens z jej opowieści. Zaczynam się głośno zastanawiać czy Ebrima jeszcze na mnie czeka. Od czasu naszej rozmowy upłynęły ok. 2 godziny. W końcu prom dobija do portu. Wysiadamy na ląd, gdzie panuje duży chaos i tłok. Szukam pospiesznie wzrokiem mojego przewodnika. Niestety nie widzę go. Decyduję, że jak go nie będzie to tym samym promem wracam do Banjul. Samotnie nie wynajmę jeepa i nie pojadę na zwiedzanie. Dam mówi, że to dobra decyzja. Nagle za plecami słyszę. Chris! Hi! Widzę szeroko roześmianą minę mojego wczoraj poznanego kumpla. Ten gość wiecznie się śmieje i żartuje. Emilia mnie pyta czy wszystko OK. i czy chce iść z tym facetem. Mówię, że tak. Robimy sobie wspólną fotkę i się rozstajemy.
Ebrima czekał na mnie kilka godzin w porcie. W między czasie załatwił samochód i to, że on prowadzi a właściciel może jechać z nami jako pasażer. Zaczynamy ustalać cenę. Ebrima szybko przejmuje kontrole i zaczyna się targować w moim imieniu. Nie wiem, co mówi, bo rozmawiają między sobą w lokalnym języku. Widzę tylko, że właściciel zaczyna się coraz bardziej wkurzać i ponoszą go emocje. Ostatecznie wsiadamy do starego Isuzu Trooper’a i ruszamy w drogę. Szybko zorientowałem się, że w tym samochodzie jedyne kontrolki, które działają do kierunkowskazy. Brakuje też wycieraczek a zewnętrzne lusterka wsteczne odwrócone SA w przeciwna stronę. No cóż! Co kraj to obyczaj. Najważniejsze, żebym nie musiał go pchać, bo byłaby to moja najgorsza inwestycja w ostatnim czasie. Jedziemy do Kunta Kinteh Island – miejsce, w którym porwano głównego bohatera powieści „Korzenie” i wywieziono do Ameryki jako niewolnika. Po ok. 30 minutach docieramy do miejsca. Wysiadamy z samochodu i momentalnie otacza mnie wianuszek dzieciaków z wyciągniętymi rękoma. One wiedzą, że jak przyjeżdża tutaj turysta to ma dla nich cukierki – ja tez mam. I to 2 paczki. Pierwsza z nich rozchodzi się w mgnieniu oka. Potem robię sobie fotkę z dzieciaki. Lgną do mnie jak muchy do miodu. Na początku mam problem, żeby je opanować ale potem fotka jest gotowa. Jest bardzo wesoło i przyjacielsko. Podchodzi gość, który jest przewodnikiem po tym miejscu. Gambijczycy SA bardzo dumni z historii tytułowego Kunta Kinteh i bardzo chętnie opowiadają o tym turystą. Przewodnik ma na imię Maya – co różnie może się kojarzyć polskojęzycznym turysta :- ). Teren miejsca wywozu niewolników dzieli się na 2 części. Jedna na lądzie, gdzie byli doprowadzani po uprzednim złapaniu w okolicznych wioskach. Po zgromadzeniu większej ilości ludzi zostali wywożeni na oddaloną mała wysepkę, z której niewolnicy nie mieli szans uciec. Dzisiaj są tam tylko ruiny zabudowań. Po uzbieraniu 600 osób niewolnicy zostali pakowani jak sardynki pod pokład statku i odpływali do Ameryki.
Zwiedzamy muzeum na lądzie a następnie kierujemy się na przystań i wsiadamy do długiej na ok. 8, może 10 metrów drewnianej łodzi i płyniemy na wyspę. Zwiedzamy tam pozostałości tego potwornego miejsca. Opowieść przewodnika robi na mnie ogromne wrażenie. Z całą pewnością to miejsce kładzie haniebny cień na historie ludzkości. Wracam łodzią na ląd – nie mam ochoty się odzywać. Myślę o tym wszystkim, co widziałem i co usłyszałem. Wpisuje się do pamiątkowej księgi. Wracamy do Barra – do portu i płace resztę należnej kasy za podróż. Pytam Ebrimy ile jestem mu winny za poświęcony czas. Mówi do mnie: Nie na tym polega przyjaźń. Wymiękam. Nie wiem co powiedzieć.. Zaczynam być zmęczony, chce wracac do hotelu i położyć się spać. Ebrima mówi, że „odstawi’ mnie do hotelu. Cały czas się pyta czy jestem zadowolony. Mam wrażenie, że postawił sobie za punkt honoru moje bezpieczeństwo i zadowolenie z podróży. Dopływamy do Banjul i idziemy do hotelu. Po drodze robię zakupy. Siadamy przed hotelem i gawędzimy chwilę. Miedzy wierszami okazuje się, że Ebrima nie ma kasy na powrót do domu. Szybko daje mu kasę na bilety – widzę, że jest zmieszany. Żegnamy się i idę do pokoju. Długo nie mogę zasnąć. Jutro wyjeżdżam z Banjul. Chce jechać do granicy senegalskiej wzdłuż rzeki Gambia. Planuje przejechać przez Brikama, Jappeni, Georgetown i dotrzeć do Basse Santa Su – tam jest przejście graniczne. Zobaczymy czy się uda.

dzień 14

(06-05 poniedziałek)
Kaloack budzi mnie rano bardzo fajna pogodą. Mówiąc szczerze wstawałem „na raty” przestawiając budzik o 15 minut trzy razy. Gdy w końcu wypełzam spod pieleszy robię poranną toaletę. Potem spokojnym krokiem idę do stołówki na śniadanie. Mam sporo czasu i nie muszę się spieszyć. Do gambijskiej granicy jest ok. 90 km. Pakuje po woli swój dobytek i przypinam go do motocykla. Idę jeszcze na chwile popatrzeć na zatokę potem decyduje, że na mnie już pora. Zresztą i tak zbliża się 12:00, wiec kończy się doba hotelowa. Pytam jeszcze recepcjonistę o drogę na Karang. Od razu ostrzega mnie, że nie jest ona najlepsza i proponuje, żebym nie jechał zbyt szybko. Ruszam w kierunku Gambii. Przez ok. 40 km szosa jest zupełnie przyzwoita, niestety po tym dystansie sprawdzają się prognozy recepcjonisty. Szosa przeistacza się w zwykłą polna drogę o licznych wertepach. Mój turystyk klekocze coraz bardziej. Już wiem, że po powrocie muszę poświęcić mu sporo czasu, żeby doprowadzić moja beemkę do stanu używalności. Jadę głównie na 2 biegu lawirując między dziurami. Przypomina mi się mój kurs prawa jazdy, gdy musiałem kręcić ósemki starym, rozpadającym się „mińskiem”. Co pewien czas dojeżdżam do jakiejś wiochy i wertepowa droga przeistacza się (na ok. 400m) w asfaltową. Niestety ten asfalt to jest kombinacja pęknięć, głębokich dziur i innych nagłych niespodzianek. Oznacza to, że nie zwiększam prędkości, tylko nadal kulam się ok. 20 – 30 km/h. Przejeżdżając przez te miejsca jak zwykle wzbudzam sensację. Wszyscy gapią się na samotnego, dziwnego Białasa z kamerą przy kasku, jadącego niespotykanym w tym regionie motocyklem. W tym żółwim tempie przejeżdżam ok. 40 km. W końcu wjeżdżam na lepsza drogę co pozwala mi odkręcić gaz „nawet” do 70 km/h. Dojeżdżam do jakiegoś miasteczka i widzę stacje stację benzynową. Moja czujność każe mi zatankować maszynę, więc skręcam pod dystrybutor. Czuję jednak, że coś ogranicza mój skręt w lewą stronę o jakieś 1/3 możliwości erteka. Na razie o tym nie myślę tylko tankuje „pod korek” i jadę dalej. W końcu dojeżdżam do granicy. Informacje o przejściu granicznym widzę z daleka, więc emocjonalnie nastawiam się na „majfrendów”. Podjeżdżam pod biuro z napisem „Police” i parkuje motocykl. Jak na zawołanie pojawiają się moi „ulubieńcy”, jednak tym razem w wersji żeńskiej – co bardzo mnie dziwi. Zanim zdążę zdjąć kask zostaje zasypany mnóstwem pytań – czy chcesz wymienić kasę, czy chcesz to a może tamto. Nie odpowiadam, nawet nie patrzę na natrętną niewiastę, która kracze mi do ucha z odległości 1,5 metra. W końcu zdziwiona pyta czy ją rozumiem. Kiwam głową, że nie, ale ona nie daje za wygraną. Czuje, że ponownie wstępuje we mnie mój przyjaciel „wkurw”. Zaczynam odpowiadać jej po polsku, przypinając kask do bagaży. Na dźwięk polskich słów widzę jak powiększają się jej oczy ze zdziwienia. W końcu odpuszcza, ale ustawia się kontrolnie niedaleko mnie. Podchodzę do umundurowanego policjanta i pytam, gdzie mogę przejść odprawę celną. Zaprasza mnie do biura, które jak to w Afryce jest pełne much a na ladzie leżą księgi jak za czasów subiekta Rzeckiego. Ostatecznie odwiedzam trzy biura i po ok. 15 minutach jestem po odprawie. Poszło gładko na tyle, że aż sam jestem zdziwiony. Jeszcze tylko znudzony życiem celnik chce zobaczyć, co mam w kufrach i potem jestem już na terenie Gambii. Jadę kilkadziesiąt metrów i coraz bardziej zaczyna mnie niepokoić ograniczony skręt w lewo mojego motocykla. Zatrzymuje się i szukam przyczyny. Jak spod ziemi wyrasta młody chłopak, który pyta czy nie chce skorzystać z usług jakiejś restauracji. Gdy odmawiam nie nalega. Jestem w szoku! Czyżbym nieopatrzne znalazł się w Europie? Chłopak z zainteresowaniem ogląda, co robię a ja w tym czasie dostrzegam, że na tych wertepach urwała się zainstalowana w moim motocyklu syrena policyjna, która opadając zaklinowała częściowo lagę. Mam opaski i inne niezbędne gadżety, ale żeby do nich dotrzeć musiałbym zwalić cały bagaż z tylnego siedzenia i wyciągnąć je ze schowka, który jest pod nim. Zaczynam więc szukać sznurka na ulicy, którym będę mógł podwiązać syrenę. Chłopaczek momentalnie znajduje coś, co przypomina mi pasek od kobiecej sukni. Po chwili jest OK. Syrena podwiązana do uchwytu, można wiec jechać. Dostaje od mojego „pomocnika” instrukcje jak dojechać do Barra, gdzie jest przeprawa promowa przez rzekę Gambia do stolicy Banjul. Życzymy sobie miłego dnia i odjeżdżam zdziwiony, że chłopak nie chciał na cole za pomoc. Jadę ok. 3 km i trafiam na patrol, który mnie zatrzymuje. Podchodzi do mnie chłopak w dżinsach, wyciąga legitymacje policyjną, przedstawia się imieniem i nazwiskiem i mówi, że jest tutaj na posterunku przygranicznym i chce sprawdzić moje kufry. Jestem w szoku! Tego nie ma w Senegalu lub Mauretanii. Tam na „posterunkach przygranicznych” czyhają „majfrendzi”, którzy skutecznie zniechęcają turystów do odwiedzin tego kraju. Tłumaczę facetowi, że moje bagaże były sprawdzane 5 minut temu na granicy i jeżeli zacznę znowu otwierać kufry to wszystko z nich powypada. Policjant wyciąga telefon i dzwoni na posterunek graniczny pytając czy moje BMW zostało sprawdzone. Po chwili mówi mi, że wszystko jest OK. i mogę jechać dalej. Jest to dla mnie kolejny szok! Ruszam więc dalej wypatrując drogowskazu na Barra oraz banku, bo nie skorzystałem z super atrakcyjnej oferty Pani „majfrendowej”. W końcu widzę Western Union, wiec podjeżdżam pod same drzwi. Jak zwykle koło motocykla robi się zbiegowisko. Ktoś z gapiów mamrocze, że jeżeli wymienię tutaj kasę a nie u niego to strącę sporo forsy. Inny ktoś pyta mnie czy chce kupić bilet. Kiwam głową, że nie, bo nie wiem, o co mu chodzi. Wchodzę do banku spocony jak szczur, wzbudzając ogólną sensację. Mały bank jest standardzie europejskim. Pracownicy elegancko ubrani, działająca klimatyzacja a przed wejściem funkcjonariusz ochrony w mundurze. Wymieniam kasę i wychodzę do motocykla, który jest otoczony nieco szerszym kręgiem zainteresowanych. Ktoś z tłumu pyta mnie za ile mu sprzedam motocykl. Mówię, że jeżeli mnie zaniesie do Polski to cena będzie atrakcyjna. Potencjalny kupiec zamyka się natychmiast, natomiast ciągle słyszę oferty sprzedaży jakiegoś biletu. Wsiadam na BMW, odpalam i ruszam. Nie ujechałem daleko, bo na mojej drodze widzę szlaban. Okazało się, że nawet nie zauważyłem, że dojechałem do Barra i w tym miejscu kończy się moja lądowa podróż. Dalej czeka mnie przeprawa na druga stronę rzeki Gambia. No tak, The Gambia to mały kraj i nie ma tutaj miejsca na duże przebiegi, do których przyzwyczaiłem się w Saharze Zachodniej. Teraz w końcu kumam skąd te oferty biletowe. Chłopacy widząc, że jednak kieruje się pod okienko kasowe starają się mi „pomóc” pokazując gdzie jest kasa. Po zakupie biletu pada tradycyjne pytanie odnośnie prezentu za pomoc. Nie zwracam na nich uwagi, tylko wjeżdżam na teren nadbrzeża. Panuje tutaj ogólna rozpierducha. Stoją samochody, TIR’y oraz piesi ze swoim dobytkiem włączając w to krowy i kury. Stawiam moto i czekam na prom. Kręcę się tu i tam, widząc jak jeden jegomość bardzo przygląda się beemce. Podchodzę a on zaczyna nadawać jak nakręcony. Standardowe pytania: skąd jesteś, dokąd jedziesz, czy pierwszy raz w tym kraju itp., itd.. Na początku przyjmuje dystans do nieznajomego, ale po chwili okazuje się, że to super facet. Zaczyna mi opowiadać o Gambii i Banjul. Zachwala to miejsce, mówiąc, że jest to najlepszy kraj w całej Afryce. Nagle schodzi na temat Kunta Kinteh, mówiąc że to właśnie z Gambii go zabrano robiąc z niego niewolnika. Nie wiem czy to prawda, ale słucham z zainteresowaniem. Nagle na horyzoncie pojawia się prom. Widzę jak wszyscy się ożywiają chcąc załapać się na przeprawę. Obok mnie stoi kilku facetów z metalowym wózkiem próbując wciągnąć na niego krowę, żeby przeprawić się z nią na drugi brzeg. Zwierze nie może wejść na prom o własnych siłach, tylko musi być przywiązane na wózku. Widok jest koszmarny! Kilku facetów szarpie się z przerażonym zwierzakiem wciągając go na wózek. Ostatecznie krowa spoczywa na wózku dysząc z przerażenia i wytrzeszczając swoje wielkie oczy. Mam chęć ja pogłaskać żeby się uspokoiła. Niestety w Afryce nie można liczyć na szacunek do zwierząt. Mój świeżo poznany rozmówca widzi moja reakcje i uspokaja mnie, że to jest norma w tym kraju. Może i tak, ale zrobiło to na mnie nieciekawe wrażenie. Wjeżdżam na prom szukając dogodnego miejsca. Facet z obsługi każe mi wjechać w taki zakamarek, że miałbym problem ze zmieszczeniem się tam skuterem. Mówię mu ile waży mój motocykl i ze wjazd we wskazane przez niego miejsce nie jest możliwy. Gość coś tam mamrocze pod nosem i odchodzi. Podjeżdżam na sam przód promu i stawiam motocykl. Koło mnie pojawia się kolejny rozmówca. Dyskusja rozwija się ciekawie. Trzeba przyznać, że Gambijczycy to otwarci ludzie, którzy chętnie słuchają i sami dzielą się informacjami. Mój nowy znajomy ma na imię Omar. Opowiada o porze deszczowej i spokojnym życiu w Gambii. Prom wypływa na środek rzeki a ja czuję jak upał wyżera ze mnie resztki sił. Omar wie, co jest grane i śmieje się patrząc jak zamieniam się w wysuszona śliwkę. Na to wszystko pojawia się facet poznany jeszcze w porcie. Zaparkował samochód na promie i poszedł mnie szukać. Okazuje się, że to Ebrima Kanteh i na co dzień jest taksówkarzem. Kiedyś był DJ, więc znajdujemy sporo wspólnych tematów. Generalnie atmosfera robi się bardzo fajna. Ebrami Kanteh jest bardzo rozrywkowym facetem i ciągle opowiada mi gdzie w Afryce są najlepsze dziewczyny. Słucham jego wywodów, bawiąc się przy tym doskonale. Opowiadam im o zimie i śniegu oraz o jego zagrożeniach. Gdy opowiadam, że w Polsce czasami jest nawet -250C Ebrima robi gigantyczne oczy ze zdziwienia krzycząc na cały głos: Chris! Gdzie ty żyjesz? Potem dopytuje czy ubieramy się jakoś specjalnie na te mrozy. W końcu prom dobija do Banjul – cała przeprawa trwała ok. 40 minut. Robimy sobie wspólne fotki. Dostaję od moich towarzyszy podróży namiary telefoniczne i wskazówkę: Jak będziesz miał problem to dzwoń. Pytam gdzie w Banjul jest przyzwoity hotel. Ebrima daje mi wskazówki, ale widzi, że nie bardzo wiem gdzie się udać. Podchodzi do nas jakiś chłopak, którego każde oko patrzy w kompletnie inna stronę. Jakimś cudem dojrzał tablicę rejestracyjna mojego BMW i zaczyna wykrzykiwać: Poland? Polska? Kiwam twierdząco głową. On na to dalej: Dziękuję bardzo! Proszę! Jestem w szoku, że tak daleko od kraju ktoś zna, chociaż tych kilka polskich słów. Przecież to tak, jakbym ja nagle zaczął mównic po Chińsku. Nadal staram się skupić na instrukcjach dotyczących hotelu. Jest okropny gwar, na głowie mam kask i nie bardzo słyszę instrukcje. Poza tym panujący w porcie tłok jest niemiłosierny. Ebrima idzie pieszo i wskazuje mi drogę. Ja jadę wolno na pierwszym biegu koło niego. Robi absolutnie wszystko, żebym trafił do celu. W końcu dziękuje mu za wszystko i udaje się w kierunku, który mi wskazuje. Niestety nie widzę tam hotelu o podanej nazwie. Znowu pytam jakiegoś faceta o drogę. Odwracam głowę i widzie jak z daleka Ebrima kiwa mi ręką. Cały czas szedł za mną kontrolując czy poszukałem hotel. Zawracam więc i jadę do niego. Stoimy koło jakiegoś hotelu, ale nazwa się nie zgadza. Na nasz widok wyskakuje z budynku hotelowego dwóch kolesi zachwalając ten przybytek. Na pierwszy rzut oka nie robi on jednak dobrego wrażenia. Ebrima stwierdza, ze zaprowadzi mnie do innego – lepszego. Przemieszczamy się ok. 200 m i zatrzymujemy przed wejściem hotelowym. Tutaj znowu spotykam się z zachwalaniem przez pracowników. Nie chce mi się już dłużej szukać. Jestem bardzo zmęczony, odwodniony i mam dosyć dzisiejszej podróży. Jedna rzecz, która mnie interesuje to czy maja bezpieczne miejsce dla mojego motocykla. Obydwoje zapewniają, że jest i pokazują gdzie mam wjechać. Problem jest jednaj taki, że krawężnik jest wysokości ok. 20 cm. Zaczynam się denerwować. Retorycznie pytam czy widzi, czym przyjechałem. Jak mam wjechać pod ten krawężnik nie urywając silnika lub przynajmniej owiewek? Sugeruję, że szukam dalej. Na to chłopacy biegają jak wściekli i za moment przynoszą jakieś deski. Jedna z nich przypomina mi płytę kartonową. Tłumaczę więc, że motocykl, bez obciążenia waży ok. 300kg. Znowu zaczynają biegać i szukać czegoś po czym mogę wjechać. Widzę jak taszczą dechy i układają je przed przednim kołem erteka. W tej sytuacji utwierdzam się w przekonaniu, że myślenie ma gigantyczną przyszłość, ponieważ ułożyli deski gwoździami do góry. Ręce mi opadły! Jestem bardzo zmęczony, przegrzany słońcem a jakieś ćwoki nie potrafią zrozumieć, że nie jest to dobry pomysł żeby jeździć oponą po gwoździach. Ostatecznie motocykl parkuje we wskazanym miejscu. Schodzę z niego i ciężko siadam na plastikowym krzesełku. Znowu pełno pytań. Skąd? Dokąd? Gdy mówię, że jadę z Polski i podążam do Labe w Gwinei jeden z pracowników stwierdza, że jestem Strong Men. Wprawdzie moja sylwetka nie przypomina Pudziana, ale nie oponuję. Pytają mnie czy przez dwa tygodnie zamierzam dotrzeć do Labe. Odpowiadam, że skoro do Labe jest ok. 1000 km, to planuję ta drogę przebyć w ok. 2 dni. Tutaj dowiaduje się, że w Gwinei są bardzo złe drogi i będę miał problem. Nie wiem, zobaczymy. Podczas mojej podróży miałem już problemy, więc nie dramatyzuję. Ebrima sugeruje, żebym został w Banjul jeden dzień dłużej, bo niedaleko jest Park Narodowy, w którym można zobaczyć egzotyczną zwierzynę. Przemyślę to. Na razie marze o prysznicu i wypoczynku. Portier pyta czy chce zobaczyć pokoje. Jasne! Wprawdzie Ebrima rekomendował ten hotel jako „Very good hotel in Banjul” ale wolę zobaczyć co mnie czeka. Wchodzimy na drugie piętro i portier z dumą otwiera drzwi do pokoju. Ebrima ma bardzo zadowolona minę z zadowolenia, że zaprowadził mnie (gościa z Europy) w super warunki. Mi natomiast zachciało się płakać. Widzę typowe „peerelowskie” wnętrze pomieszczenia, które niektórzy znają już tylko z opowiadań. Jedyny plus to śmiesznie niska cena i na prawdę duże łóżko. Gdyby nie Ebrima, który zaangażował swój czas (dużo swojego czasu) żeby mi pomóc odjechałbym stąd bez słowa. Myślę sobie jednak, ze skoro wytrzymałem w pamiętnym hotelu „Atlas” przypominającym meksykańskie więzienie to na pewno tutaj też dam radę. Poza tym jest sporo nowości w pokoju, z którymi się wcześniej nigdy nie spotkałem. Na przykład jakiś geniusz powiesił lustro na takiej wysokości, że mogę sobie spokojnie oglądać mój przecudny pępek. Bardzo mądry był ten, kto powiedział, że podróże kształcą. Staram się szybko oporządzić po podróży i wyruszyć na poszukiwanie kafejki Internetowej, bo w moim hotelu „jeszcze nie ma Internetu”. Może kiedyś będzie, ale z całą pewnością nie za mojej kadencji w tym przybytku. Kafejka jest ok. 300 m od hotelu, wiec nie ma powodów do paniki. Wchodzę i pytam o wolny komputer. Całe pomieszczenie jest wielkości ok. 20m2 i panuje w nim półmrok. Tynki na ścianie pamiętają chyba jeszcze czasy kolonializmu Afryki. Siadam przy komputerze – chociaż ten termin jest mocnym nadwyrężeniem. Komp pracuje z taką szybkością, że nie ustępowała mu moja pierwsza maszyna do pisania, na której uczyłem się pisać na klawiaturze – a było to wiele, wiele lat temu. Mimo wszystko daje radę i wrzucam na FB oraz forum opis wczorajszego dnia.
Ogólnie stwierdzam, że ludzie w Gambii są otwarci. Chętnie rozmawiają i służą pomocą. Może kafejki i hotele nie są najwyższych lotów, ale warto się zastanowić czy czasami przychylność ludzi nie jest ważna lub ważniejsza. Jutro chyba jednak pojadę do parku pooglądać to, czego nie ma w Polsce. Dzisiaj nakręcone tylko 130km co jest bardzo słabym wynikiem. Jako pocieszenie może być to, że udało mi się przekroczyć granice oraz przepłynąć promem do Banjul.
Po opuszczeniu Gambii znowu wjadę do Senegalu i obieram kierunek na Gwinee.

Kilka fotek z trasy …

A my narzekamy na paliwo :)

Wstaję rano bez jakiegokolwiek pośpiechu. Po wszystkich codziennych czynnościach idę do motocykla. Wymieniam kartę SIM w tropicielu, bo dostaje informację, ze nie ma mnie na WWW. Wkładam ponownie Orange, bo w Afryce ta firma jest bardzo popularna. Właściwie ma chyba monopol na telefonię komórkową. Nie widziałem reklam innych firm. Po zainstalowaniu tropiciela w motocyklu i dolaniu zawartości z mojego rezerwowego kanistra próbuje go odpalić. No i pojawia się poranny zonk – moto nie chce ze mną gadać. Zaczynam się stresować, bo nie mam zamiaru szukać sobie zameldowania w Saint-Louis. Musze jakoś wrócić do domu – i to nie samolotem!. Kręcę kilka razy z przerwami kilkuminutowymi. Sprawdzam świece – bez skutku. Właściwie dziwie się, że akumulator jeszcze kręci. Po wielu próbach bememka zaczyna współpracować. Prycha, strzela w tłumik i wydaje sporo śmierdzącego dymu. Jestem pewny, że to wina tych zlewek, które kupiłem wczoraj w Mauretanii. Nie mam pretensji do mojego „przewodnika”. Robił co mógł, żeby mi pomóc. Nie wiem tylko jak oni jeżdżą na tym czymś, co potocznie nazywa się benzyna. Rozgrzewam silniki do momentu, że spokojnie mogę wyłączyć ssani. Potem gaszę silnik, wiedząc,  że odjadę z tego miasta bez potrzeby przemeldowania się do Senegalu. Przyczepiam kufry, pakuje resztę tobołków zdaje kluczę do recepcji i wyruszam w drogę. Na rogatkach miasta jeszcze tankowanie „pod korek” – zarówno zbiornik jak i pusty już kanister. Teraz ertek wkręca się na obroty wzorowo. Czuję, że z maszyna jest ok., więc humor mi się poprawia. Na dzisiaj przewidziałem trasę: Louga->Touba->Diourbely->Kaolack oraz atak na granice Gambijska przez Karang. Przez pierwsze 50-60 km droga jest ok, potem zaczyna się na jezdni przegląd wszystkich możliwych konfiguracji pęknięć oraz wybrzuszeń asfalcie. Słyszę jak klekocze każdy element motocykla. Zwalniam dosyć istotnie chcąc nie dopuścić do sytuacji, gdy będę mógł zapakować motocykla do kartonów i wysłać go do Polski. Od tej pory moja podróż przebiega z utrzymaniem prędkości „patrolowej’. Momentami nawet „pomykam” 75 km/h. Widoki są zróżnicowane, ale przejeżdżając przez malutkie miejscowości widzę sytuacje, których nigdy bym się nie spodziewał. Mijam małe pipidówki, w których ludzie żyją w chatach jakie są pokazywane w bajkach dla dzieci. Mamy XXI wiek. Erę FB, telefonii komórkowej, lotów w kosmos a tutaj ludzie żyją warunkach ja z powieści „Chata wuja Toma”. Chatki wykonane z drewna pokryte strzechą lub czymś w tym stylu. Ludzie zajmują się głownie hodowlą bydła oraz siedzeniem pod drzewem z wyciągniętymi kopytami bez przerwy pisząc sms’y. Absolutnie „lajtowe” podejście do życia. Przy drodze widzę od czasu do czasu zwłoki potrąconych przez samochody zwierząt. Nikt tutaj tego nie sprząta. Można dostrzec czaszki zwierząt, które tutaj zakończyły swój żywot. Widziałem ciała kóz, bydła, jednego wielbłąda i czegoś, co przypominało mi dzika. Dzisiaj na prawdę poczułem co to znaczy afrykański upał. Żar leje się z nieba przypalając mnie podczas podróży. Właściwie podczas jazdy nie jest tak źle. Jadę z rozpiętą kurtką i wiatr mnie owiewa. Najgorzej jest podczas postoju. Zaraz po zatrzymaniu motocykla mam w trybie natychmiastowym saunę połączona z solarium. Zasada jest jedna: gdy się zatrzymujesz, natychmiast trzeba zdjąć kask. Właściwie niewiele osób jeździ tu w kasku. Mówiąc szczerze motocyklista w kasku to rzadki widok. Nie wiem czy tutejsze przepisy ruchu drogowego nakładają taki obowiązek. Myślę, że chyba nie, bo w przeciwnym razie motocykliści na popierdułkach masowo występowaliby do rządu o odszkodowanie za odparzenie mózgu. Po drodze zatrzymuje się przed sklepem, żeby kupić cos do picia. Wchodząc do wnętrza mówię „good morning” co rozbawia dzieciarnię bardzo mocno. Biegają koło mnie powtarzając jak nakręcone „good morning”. Dojeżdżam od miejscowości Toube. Typowe senegalskie miasteczko bez żadnych rewelacji. Wszędzie biegają kozy a powietrzu unosi się charakterystyczny swąd potraw z koziego mięsa. Na wjeździe do miasta profilaktycznie podejmuje decyzje o tankowaniu, chociaż moto tego nie wymaga. Pytam jakiegoś pracownika stacji ile jest km do Diourbely. Gościu zaczyna coś mówić jak nakręcony. Nie wiem, w jakim języku, ale zazwyczaj podobne dźwięki mam w głowie nazajutrz po suto zakrapianej imprezie. W końcu podchodzi drugi chłopak, który przynajmniej zna liczebniki. Opuszczam stacje benzynowa i kieruje się w kierunku południowym. Po drodze mijam na zmianę wioski ze słomianymi chatkami oraz trochę większe miejscowości w których na mój widok niektórzy „biznesmeni” krzyczą do mnie pokazując na swój towar. Każdy chce tutaj wcisnąć turyście cokolwiek, byle tylko wyciągnąć od niego kilka franków. Po drodze zatrzymuje mnie policjant. Głownie po to żeby pooglądać motocykl. Nawet nie chce paszportu. Ciągle pyta „what is this” pokazując raz na nawigację, raz na kamerę przy kasku. Po co ta kamera? – pyta. Jak wrócę do Polski to chcę pokazać Twój kraj mojej rodzinie – odpowiadam. Uśmiecha się z lekkim zadowoleniem, że Senegal będzie prezentowany w Polsce. Odjeżdżam, bo kask zaraz doprowadzi do wspomnianego wcześniej odparzenia. Jadąc na przemian po wertepach oraz całkiem przyzwoitej drodze uświadamiam sobie, że idea przekroczenia dzisiaj granicy gambijskiej nie jest dobra. Dojechałbym do granicy późno, ale nawet nie wiem do której godziny realizowane są odprawy. Jak sądzę, po odprawie byłoby bardzo późno i znowu powstałby problem z poszukaniem noclegu. Postanawiam, ze ta noc spędzę w Kaloack i jutro rausze w stronę Karang, żeby dostać się do Gambii. Wjeżdżam, więc do miasta i mocno zwalniam. Jadę na 3 biegu, bardzo wolno, szukając reklamy z napisem „Hotel”. Oczywiście zwracam tym na siebie uwagę. Od razu widać, że czegoś szukam, to znaczy, że można mi coś zaoferować i tym samym wyciągnąć ode mnie trochę kasy. Nie chcę nawet myśleć, żebym się zdecydował na jakiś nieznany nocleg u nieznanych ludzi w warunkach zbliżonych do ‘peerelowskiej” mordowni. Widzę w lusterku jak za mną podąża skuter z dwoma czarnymi jegomościami. Ten na tylnym siedzeniu gestykuluje do mnie i krzyczy moje ulubione „my friend”. To co słyszę automatycznie przekonuje mnie, że nie mamy sobie nic do powiedzenia. Dodaje trochę gazu, ale upierdliwcy nie ustępują. Widzie reklamę hotelu, która wygląda bardzo zachęcająco. Jest strzałka informująca „za 200m w lewo”. Skręcam i szczęka mi opada! Ten „hotel” wygląda jak obecna panorama zabudowań w Czarnobylu. Nawet nie wiem czy tam w ogóle cos się dzieje – mówiąc szczerze, nawet nie chce wiedzieć. „Majfrendzi” stoją ode mnie w odległości ok. 30m i coś tam mamroczą. W ogóle nie zwracam na nich uwagi. Tylko wrzucam jedynkę i na pierwszym rondzie skręcam w lewo jadąc tuz obok komisariatu policji. Moje niewielkie, afrykańskie doświadczenie mówi mi, ze warto się pytać o cokolwiek policjanta. Zatrzymuje wiec moto i wchodzę do komendy. Podchodzę do blatu, za którym siedzi dwóch umundurowanych twardzieli. Pytam jednego z nich, czy wie gdzie w tym mieście jest przyzwoity hotel. Patrzy na mnie tępym wzrokiem kompletnie nie wiedząc o co mi chodzi. Drugi, bardziej rozgarnięty, podchwytuje rozmowę. Ni tłumaczy mi gdzie jest hotel, tylko od razu proponuje, żebym jechał za nim. Tak wiec w asyście policji wjeżdżam na hotelowy parking. Żegnam się z policjantem otrzymując jeszcze od niego szkolenie z zakresu senegalskiego pożegnania, które się sprowadza do: najpierw „piątka”, potem żółwik. Hotel jest ogrodzony, ma charakter pawilonów. Wszystko wygląda bardzo fajnie. Młody chłopak w recepcji płynnie mówi po angielsku. Cena jest bardzo ciekawa, do tego wlicza śniadanie. Czuję, ze jest OK. Senegal jest krajem o dużym rozwarstwieniu społecznym – zresztą Mauretania i Maroko też. Różnica w statusie materialnym ludzi jest gigantyczna. Jedni mieszkają w chatach, które my, europejczycy znamy z dziecinnych powieści. Inni żyją na całkiem przyzwoitym, europejskim poziomie.
Nie jest jeszcze zbyt późno, więc zdążę porobić sobie porządek w ciuchach, podładować wszystkie baterie. Nie było sensu jechać dzisiaj na granicę gambijska. Musze się nastawić na „majfrendów” Czuję, że w związku z tym jutro czeka mnie ciężki dzień. Idę do pokoju, biorę prysznic. Postanawiam zrobić zaległe pranie. Wyciągam worek, który roboczo nazwałem „kosz na brudna bieliznę” i wywalam wszystko na podłogę. Ci, którzy jeżdżą na motocyklach i stosują pełną odzież (również buty) motocyklowe, mogą się spodziewać, jaki jest efekt. Dobrze, że klima działa :- ). Na pewno wypłoszyłem wszystkie pająki w promieniu kilku metrów :- ). Robie szybko pranie i wywieszam je na zewnątrz, na dworze. Mimo wieczornej pory jest upał. Dzisiaj nakręcone tylko 370 km, ale nie chciałem narażać na destrukcje motocykla. Zresztą teraz nie muszę robić dużych przebiegów, nie ma takiej potrzeby. Do Labe miałem dotrzeć na ok. 15 maja wiec, jeżeli nie będzie jakichś niespodzianek to spokojnie to osiągane robiąc znacznie krótsze trasy.

Jedziemy dalej :) dzień 12 …

Rano budzi mnie dźwięk budzika w komórce. Nie mogę się poderwać z łóżka. Coraz bardziej odczuwam podróż. Bolą mnie plecy. Po kilkunastu minutach zrywam się robię codzienne, poranne czynności. Mycie, śniadanie, pakowanie kufrów i worka. Po woli znoszę każdy tobołek do motocykla. Pod hotelem ochroniarz z modlitewnikiem w ręku chodzi koło mojego motocykla. Chyba gość przejął się rolą, skoro tak uparcie pilnuje moja beemkę. Przypinam kufry i słyszą jak koleś od „ochrony” obiektu mamrocze pod nosem jakieś modły wpatrując się w swój malutki modlitewnik. To się nazywa religijne zaparcie! Wczoraj podczas wnoszenia bagaży do pokoju widziałem jak jeden z recepcjonistów modlił się na małym dywaniku, bijąc czołem o ziemię. Nie ma, że boli! Jest czas na modlitwę to trzeba przerwać pracę :- ). Po „uzbrojeniu” motocykla we wszystkie bagaże pytam jeszcze recepcjonistę o drogę na Rosso – tam przekroczę granice z Senegalem. Wsiadam na motocykl, ogień na tłoki i jazda. Jadąc przez miasto nie mogę się nadziwić jaki może być bałagan uliczny w stolicy kraju. No. Cóż! Afryka ma swoje prawa. Właściwie nie wiem, po co są wyznaczone 2 pasy ruchu? I tak, każdy jedzie jak chce. Przede mną zdezelowany złom jedzie mając linię miedzy kolami. Za chwile facet z bryczką, którą ciągnie stary osiołek włącza się do ruchu. Jest gigantyczna różnica miedzy stolicami europejskimi a afrykańskimi w kontekście porządku ruchu drogowego. Wydajemy się, ze jestem jedyna osobą, która w Mauretanii włącza kierunkowskaz zmieniając pas ruchu. Właściwie po co to robię? Skoro oni nie włączają to na pewno tez nie zwracają uwagi czy inni to robią. Przede mną facet skręca w lewo. Wyciąga przez szybę lewa rękę i jazda. Jestem w szoku! Droga się zawęża i wjeżdżam w jakiś zakamarek, gdzie na poboczu jest pełno kóz. Moja pierwsza myśl – Zgubiłem drogę do Rosso. Idą trzy dziewczyny. Podnoszę szczękę kasku i pytam jadę w dobra stronę. Przerażone odwracają głowę i przyśpieszają kroku. Nie wiem czym, ale je przeraziłem. Jakiś facet, który siedzi przed budynkiem na schodach podchodzi i kiwa głową, ze to jest droga na Rosso. Okazało się, ze to zadupie, w które wjechałem to była „normalna” ulica stolicy Mauretanii. Jadę dalej i z niepokojem patrzę na wskaźnik paliwa. Podjeżdżam na stację, ale tam tylko olej napędowy. Ogólnie w Mauretanii miałem problem, żeby kupić etylinę. Jadę dalej i wjeżdżam na kolejna stacje. Tutaj historia się powtarza. Wskaźnik niepokojąco spada, a wiem, że do Rosso ok. 240 km. Pytam na stacji, gdzie mogę kupić paliwo do mojego motocykla. Oczywiście jest problem, bo nikt nie zna angielskiego. Podjeżdża młody chłopak na rowerze – ok. 14 lat. O dziwi mówi po angielsku i informuję mnie, ze mogę kupić benzynę koło jakiegoś rynku, do którego muszę się cofnąć w stronę centrum Nouakchott. Proszę, żeby mi narysował drogę, ale podchodzi jakiś wysoki facet, który mówi, że pojedzie tam motocyklem a ja mam jechać za nim – jak się potem okazało mój przewodnik ma na imię Mammadau.. Wyprowadza swoja pierdziawkę (poobijaną hondę 125ccm) i jedziemy po paliwo. Gość przeciska się w korkach zapominając, ze ja ze swoim, turystykiem nie mogę wcisnąć się w każdy zakamarek korków. Widzę jak ogląda się i czeka za każdym razem jak zostaje za jakąś bryczką lub innym zdezelowanym cudem techniki. Jedziemy w kierunku coraz ciaśniejszych zakamarków,. Wszystko to co widzę przypomina mi wczesne lata ’90, gdy po przewrocie Okrągłego Stołu, każdy mógł handlować gdzie chce, na czym chce i jak chce. Zaczynamy wjeżdżać w naprawdę podejrzane zakamarki. Ostatecznie dojeżdżamy do uliczki, której ciąg stanowią budynki przypominające szeregowo połączonych ze sobą garaży. W każdym z nich widać kogoś, kto oferuje jakieś tam usługi. Dookoła wala się pełno śmieci, plastikowych butelek i innych skarbów. Zatrzymujemy się i mój przewodnik wchodzi do jednego takiego przybytku. Momentalnie koło mojego BMW zbiera się widownia. Gapie nie mogą się nadziwić patrząc w ekran nawigacji. Pokazują coś palcem mamrocząc do siebie w nieznanym mi języku. W międzyczasie mój przewodnik ustala detale paliwowej transakcji. Widzę jak właściciel paliwowego biznesu litr po litrze odmierza zamówione przeze mnie 15 litrów. Ostatecznie płace i jest OK. Dostaje od publiczności starą butelkę plastikową, żebym mógł zrobić z niej lejek. Wlewamy do BMW zawartość plastikowego kanistra. Robię sobie z moim opiekunem fotkę, po czym otrzymuje od niego ofertę, ze wyprowadzi mnie z tego śmietnika, na drogę do Rosso. Oczywiście przyjmuje ofertę z wielkim zadowoleniem i za 10 minut pędzę już samotnie w stronę granicy senegalskiej. Droga do granicy zaczyna być coraz gorsza. Momentami zwalniam do 20 km/h. Słyszę jak mój motocykl klekocze coraz bardziej. Odkrywam, że poluźniła się przednia część owiewki, mocującej zegary i lusterka. Modlę się tylko, żeby nic się nie urwało na tych wertepach. Na punkcie kontrolnym pytam policjanta ile km jest do granicy. Odpowiada, ze 10 więc czeka mnie jeszcze kilkanaście minut tej jazdy w warunkach zagrażających mojemu motocyklowi. Nie mogę się nadziwić, że droga do granicy państwa może być w aż tak złym stanie. Zawsze wydawało mi się, że droga dojazdowa jest wizytówka miejsca docelowego. Zapominam jednak, że jestem w Afryce, gdzie pewne prawidła są totalnie postawione na głowie. BMW nie chodzi Dorze na paliwie zakupionym w Nouakchott. Źle wkręca się dolnego zakresu szarpiąc przy redukcjach i wydając dziwny klekot. Dojeżdżam do granicy, która jest „zabezpieczona” zwykłą dwuskrzydłową stalowa bramą. Wjazd na przestrzeń odprawy wygląda jak wjazd na teren więzienia. Oczywiście dookoła krąży jak stado sępów pełno „majfrendów”. To zjawisko zdecydowanie jest czarna strona afrykańskich przejść granicznych. Sądzę, że trzeba wiele razy przejechać przez różne przejścia, żeby się nauczyć z nimi obcować. Podchodzę do jakiegoś umundurowanego funkcjonariusza. Odsyła mnie na ksero paszportu. Robię też ksero dowodu rejestracyjnego oraz prawa jazdy. Zaangażowanie celników do swoich obowiązków jest wprost proporcjonalne do chińskiej filozofii pracy – „tumiwisizm”. Siedzą na skrzynkach i patrzą się na plac. Niektórzy podziwiają moje BMW. Chcąc czy nie chcąc korzystam z „usług” jednego z „majfrendów”. Po ok. 30 minutach i uiszczeniu opłaty w każdym biurze jestem gotowy wjechać na prom, który przewiezie mnie na senegalską stronę rzeki. Gdy dopływamy do odprawy senegalskiej historia się powtarza. Okazuje się, że musze wykupić ubezpieczenie motocykla oraz opłaty tranzytowe. Jest upał niemiłosierny. Chodzę z „majfrendem” od biura do biura. W każdym z nich łatają roje much a w powietrzu unosi się specyficzny zapach wynikający ogólnego syfu. Szok! W pewnym momencie czuję, że trochę słabnę. Temperatura daje o sobie znać. Koszt opłat tranzytowych przekracza stan franków, które mam w kieszeni. Oczywiście mam kasę, ale jest ona skrzętnie ukryta w zakamarkach mojej obrzeży motocyklowej w tylko mi znanych miejscach. Wyciąganie euro i opłata w tych warunkach odpada. Tym bardziej, że wiem jakie nominały i ich ilość są w poszczególnych „skrytkach”. „Majfrend” byłby bardzo zainteresowany tymi rulonikami. Mówię, że nie mam tyle kasy i muszę mieć możliwość wypłaty z bankomatu. Celnik jest trochę zaskoczony, ale „majfend” deklaruje, że wypłaci ze swoich a potem pojedziemy do oddalonego o 15 km bankomatu i ja mu zwrócę to co zapłacił. Nie mam wyjścia. Godzę się i wystawiamy mój motocykl za bramę odprawy. Momentalnie robi się zbiegowisko koło erteka na tyle duże, że nie mogę się dopchać do motocykla. Wszyscy oglądają nawigację, kufry i logo BMW kiwając przy tym z zachwytem swoimi czarnymi głowami. Zainteresowanie jest takie jakby stała w tym miejscu kompletnie nago Claudia Schiffer. Po kilku minutach odjeżdżamy w kierunku, gdzie ma być bankomat. Widzę, że w zdezelowanym Renault 21 jadącym przede mną są 4 osoby. Jedziemy ok. 10 km i przechodzą mi przez głowę różne myśli – włącznie z tą, dlaczego zabrał ze sobą taka obstawę. Nie wiem czy robię dobrze. Jadę ze 4 czarnymi, nieznanymi mi ludźmi w nieznanym kierunku po kasę. Mogę odkręcić gaz i uciec. Nie sądzę, żeby poradzili sobie z pogonią za mną w tym francuskim trupie. Nie jestem jednak nauczony takich praktyk. Dojeżdżamy faktycznie do bankomatu. Wypłacam, co należne i kieruję się w stronę Saint-Louis – tam zaplanowałem nocleg. Po drodze rozważam historie ostatnich 2 godzin. Przejścia graniczne w Afryce to koszmar. Jest to główny argument, który zniechęca mnie do przemieszczania się między państwami. Widok „majfrendów” najczęściej wzbudza u mnie furię. Każdy z nich patrzy na turystę jak na chodzący portfel. Na przejściu widziałem jak „urabiają” jakiegoś Chińczyka, który nie miał zielonego pojęcia o angielskim. Stał kompletnie zdezorientowany i mrugał ze zdziwienia swoimi skośnymi oczkami. Sadzę, że „majfrendzi” wycisną z niego sporo kasy.
Jadąc w kierunku Saint-Louis obserwuję Senegal. Na pierwszy rzut oka jest zdecydowanie lepiej niż w Mauretanii. Przede wszystkim lepsze są drogi. Ludzie nie mieszkają w przydrożnych namiotach i nie ma turbaniarzy jak w arabskiej części Afryki. Dojeżdżam do miasta, które wybrałem na nocleg. Na ulicach tłok, ale bałagan trochę mniejszy niż w Mauretanii. Jadę przed siebie szukając hotelu. Po drodze pytam policjanta, gdzie w Saint-Louis mogę znaleźć hotel. Pokazuje mi rondo i mówi, żebym na nim skręcił w lewo. Stosuje się do zaleceń „Pana władzy”. Wjeżdżam w dzielnice, która przypomina mi raczej getto niż miejsce, w którym mogę poszukać hotel. Na ulicach tłok a w powietrzu unosi się po prostu smród. Wynika to z tego, ze na chodnikach jest sporo kóz, które oglądają sobie wieczorne życie miasta w Senegalu. Jadę po woli dojeżdżając do jakiegoś portu, Decyduje się wrócić do centrum miasta. Staram się zawrócić maszynę na wąskiej przestrzeni, czym od razu wzbudzam zainteresowanie. Każdy wie, że czegoś szukam i w kilka chwil otrzymuje jakieś propozycje. Nie zwracam na nie uwagi i odjeżdżam w stronę centrum. Dwóch gówniarzy jedzie za mną na skuterze oferując mi coś czego nie chce. Pytam kolejnego policjanta gdzi jest hotel. Pokazuje mi drogę, która tym razem doprowadza mnie do celu. Gówniarze na skuterze przekonują mnie, że ten hotel jest zbyt drogi i oni maja cos lepszego. Wjeżdżam na ogrodzony teren hotelu. Obsługa pokazuje mi gdzie mogę zaparkować motocykl. Słyszę dziwna prace silnika. Mam nadzieję, że to wina paliwa zakupionego w Nouakchott. Jutro rano wleje moja rezerwowa piątkę i mam nadzieję, że wszystko wróci do normy. Pani w recepcji daje mi klucz do pokoju. Trochę kuma po angielsku a ja jestem szczęśliwy, że za kilka chwil wyląduje pod prysznicem. Koło hotelu jest jakiś koncert związany z promocja Nescafe. Basy wala na tyle intensywnie, że co chwila włącza się mój alarm w motocyklu. Obsługa hotelowa prosi mnie o jego wyłączenie. Słucham kilka piosenek i ide do pokoju. Pijąc senegalskie piwo pisze tych kilka refleksji – jak zwykle na szybko. Dzisiaj nakręcone 615 km włączając w to koszmarne przejście graniczne. Sądzę, że wynik nie jest zły. Jutro chciałbym wjechać do Gambii. Zobaczymy czy się uda. Do Karang mam 381 km. Dystans niewielki, ale nie wiadomo, jakie „atrakcje’ czekają mnie na granicy. Gdyby nie przejścia graniczne to Afryka na prawdę byłaby fajna!

9,10,11 …

9 dzień (01-05 środa)
Dzisiaj spało mi się bardzo dobrze. Nastawiłem budzik na 8:00, ale wczoraj nadrabiałem zaległości w necie do 2:20, wiec nie udało mi się poderwać na dźwięk budzika. Ostatecznie wynurzyłem się z łóżeczka o 9:00. Śniadanie, kawka i herbata marokańska. Po prostu pycha. Potem pakowanie i krótka dyskusja z gospodarzami. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Dostaje instrukcję jak dalej jechać – jedyna słuszna droga wiedzie na Agadir. Opuszczam, więc Sofi z bardzo miłymi wspomnieniami. Okazało się, że gospodarz jest architektem a gospodyni pielęgniarką. Urodzili się w Maroko, ale wiele lat pracowali we Francji. Powrócili do Maroko i zamieszkali w Sofi 3 lata temu.
Droga do Agadiru jest całkiem fajna i nie sprawia problemu w prowadzeniu motocykla. Robi się coraz cieplej a widoki zaczynają na prawdę być interesujące. Po drodze zatrzymuję się na tankowanie oraz kilka razy rozprostować kości. Do Agadiru przemykam szybko – czas zleciał mi w mgnieniu oka. Na ulicach lekki tłok i jak zwykle chaos, do którego się przyzwyczaiłem. Wyjazd z Agadiru na południe wiedzie wprost w kierunku oceanu. Widoki są nieziemskie. Jadę sporo kilometrów mając Ocean Atlantycki po prawej ręce. Momentami jestem od nadbrzeża ok. 30- 50m. Nie śpieszę się, bo nei ma sensu. Lepiej nacieszyć oko, bo nie wiem czy będę miał jeszcze okazję wpatrywać się w błękitną otchłań Atlantyku. Włączam kamerę i filmuje to, co dla mnie jest totalnie obce. Jazdę utrudnia bardzo silny wiatr, który momentami sprawia kłopot, żeby utrzymać motocykl w pionie. Mimo wszystko zatrzymuję się na skalistym nadbrzeżu żeby porobić kilka fotek. Stawiam erteka na bocznej stópce, która nie jest jego najmocniejsza stroną. Obawiam się, że wiatr zrobi mi psikusa i będę musiał się szarpać z prawie 300kg maszyną, żeby ja postawić na koła. Kończę wiec fotografowanie, wsiadam na moto i jadę dalej. Warunki (poza bocznym wiatrem) są raczej trudne. Serpentyny i zawijasy. Do tego wzniesienia i zjazdy. Momentami redukuje do 3 biegu. Wyjeżdżam zza skalnego zakrętu i widzę policję, dźwig i sporo gapiów. Ciągnik z naczepą nie zmieścił się – naczepa została na jezdni, ale kabina wylądowała w głębokim rowie. Nie wiem czy kierowca przeżył, ale szoferka była doszczętnie zmiażdżona. To daje mi do myślenia i trochę zwalniam.
Zbliżam się do granicy Sahary Zachodniej – państwa,. Które pozostaje pod protektoratem Maroko. Drogi są coraz gorsze i widoki mniej ciekawe. Grunt skalisty o czerwonym zabarwieniu. Wygląda trochę jak panorama Marsa, z tą różnicą, że przy drodze pasą się wielbłądy : -). Teren totalnie nieatrakcyjny do zamieszkania. Co ok. 40-50 km przejeżdżam przez malutkie miasteczka, które wyglądają jak wymarłe – jak Czarnobyl. Wprowadza to trochę dreszczy nastrój. Drogowskazy coraz częściej są tylko w języku arabskim, co nie ułatwia mi podróży. Efekt jest taki, że się zamotałem – pojechałem w przeciwną stronę./ Wracam ok. 40 km (nie wiem dokładnie ile) myśląc o noclegu. Jak nie znajdę hotelu to będzie moja pierwsza nocka w namiocie gdzieś w skalistym polu. Jadę coraz szybciej, widzę przed sobą kolejny patrol. Zatrzymuje się i pytam o hotel. Policjant łamanym angielskim wskazuje drogę do miasteczka. Tym sposobem dojeżdżam do Bouiżakarne – małego zadupia w Saharze Zachodniej. Znajduje hotel Atlas – właściwie słowo „hotel” jest w tym przypadku gigantycznym nadużyciem. Przypominają mi się czasy harcerstwa i obozów, na których miałem nieco lepsze warunki zakwaterowania. Obsługa „hotelowa” ogląda mój motocykl jakbym przyleciał statkiem kosmicznym. Mój pokój ma ok. 8m2 powierzchni i ok. 4m wysokości. Poza tym jest wyposażony w 2 łóżka rozpadającą się szafę i nieświeże koce. Ogólnie w powietrzu utrzymuje się nieciekawa woń. O Internet nawet nie pytam, bo to tak samo jakbym zapytał się o możliwość relaksu w jacuzzi. Odpalam moja kuchenkę gazową na kartusze, gotuje sobie zupkę chińska. Zaraz kładę się spać. Chcę wstać najszybciej jak to tylko możliwe, żeby stad wyjechać. Dzisiaj nakręcone 563 km, ale doMauretanii jeszcze daleko.

[ Dodano: 2013-05-04, 01:34 ]
10 dzień (02-05 czwartek)
Wstaję ok. 7:15, żeby jak najszybciej opuścić Bouiżakarnei ten obleśny „hotel”. W Saharze Zachodniej o tej godzinie jest jeszcze ciemno – trochę dziwne jak na początek maja. Odpalam kuchenkę, szybkie śniadanie, pakowanie, przypinanie kufrów i jazda. Gdy ruszam to słońce już wyjrzało na dobre, ale jest wiatr, który nie ułatwia jazdy. Ogólnie cała Sahara Zachodnia jest bardzo wietrzna. Wyjeżdżając z miasta zatrzymuję się zatankować. Na stacji pusto, tylko z głośników wydobywa się coś co nazwałbym skrzyżowaniem muzyki z muzułmańskimi modłami. Podjeżdża samochód, którego kierowca chce zatankować olej napędowy. Wkurza się, że nie ma obsługi. Chodzi w kółko i macha zniecierpliwiony rękoma. Postanawiam wsiadać na moto i szukać innej stacji, gdy nagle słyszę jakieś wołania. Odwracam się i widzie staruszka owiniętego w turban z cerą jak wysuszona śliwka – tym sposobem na stacje przybyła jej błyskotliwa obsługa. Jest tylko problem z dystrybutorem, który nie chce oddać ani kropli paliwa. Powodem jest nie do końca wyzerowany licznik poprzedniego tankowania. Staruszek zaczyna walić w dystrybutor a gdy to nie pomaga otwiera go i ręcznie ustawia cyferki na „zero”. Moja pierwsza myśl jest taka, że mam nadzieję, na bardziej precyzyjne naliczanie rachunku. Po zatankowaniu pod korek ruszam w drogę. Do Dahli ok. 1000 km. Problemem z Sahara jest to, że trzeba przejechać od miasta do miasta, które są położone daleko od siebie. Pomiędzy jest tylko piasek lub drobne kamyczki o czerwonawym zabarwieniu. Oczywiście można zafundować sobie nocleg pod namiotem (który profilaktycznie zabrałem ze sobą), ale są pewne drobiazgi:
1. Trzeba zjechać trochę dalej z szosy. Nie wiem czy moim nisko zawieszonym ertekiem jestem w stanie to zrobić bez zakopania się.
2. 2. Jeżeli spełnię pkt pierwszy to nie wiem czy udami się go postawić stabilnie na centralną podstawę bez zapadnięcia się motocykla. W końcu to (łącznie z bagażami) ponad 300kg masa
Są to wystarczające argumenty, żebym robił wszystko, aby dotrzeć do jakiegoś miasta i poszukać noclegu. Plusem jest to, że droga przez Saharę nie jest bardzo uczęszczana i można trochę odkręcić gaz. Staram się jednak tego nie robić i nie przekraczać 120km/h. W końcu od tego czy BMW dalej jedzie zależy moje „być lub nie”. Jadać wzdłuż wybrzeża cały czas, jak wierny przyjaciel, po mojej prawej ręce rozciąga się Atlantyk. Widoki cały czas cieszą oko. To co jest dla mnie niesamowite, to pasące się bezpańsko wielbłądy – czasem bardzo blisko drogi. Do tej pory oglądałem je tylko w ZOO lub cyrku. Właśnie dostrzegam stado ok. 15 sztuk. Zatrzymuję się, żeby je sfotografować. Zwierzaki przestają wyskubywać popalona słońcem trawę i wszystkie (jak na zawołanie) wytrzeszczają na mnie gały. Po krótkiej chwili zaczynają iść w moja stronę całym stadem. Nie wiem czy są agresywne czy nie. Zsiadam z motocykla i wyprostowuje się co ostudza ich zapędy. Chyba przestraszyły się mojej sylwetki :- ). Robię kilka fotek. Widok piękny. Pasące się stado wielbłądów na tle Oceanu Atlantyckiego. Extra! Gdy fotografuję zwierzaki mijają mnie 2 BMW na niemieckich tablicach. Kiwamy sobie nawzajem,. Potem jadę za nimi ok. 50 km – Az do punktu kontrolnego. W południowej części Maroka i na całej długości Sahary jest sporo punktów kontrolnych – policja uzbrojona w broń oraz kolczatki. Dzisiaj zatrzymywali mnie chyba 10 razy. Zawsze to samo. Dokąd, skąd jedziesz. Jaka narodowość, jaki zawód wykonujesz? Niby nic, ale zawsze zabiorą kilka minut jazdy. Niektórzy zatrzymywali mnie po prostu, żeby pooglądać motocykl. Nawet nie chcieli paszportu. Chcieli za to wiedzieć jaka pojemność silnika. Jadąc przez tą część Maroka oraz Saharę Zachodnią warto zrobić sobie ksero paszportu – strony z danymi osobowymi. Ja zrobiłem 20 kopii, ale już widzę, że to będzie za mało. Takie kserokopie przyśpieszają kontrole na punktach. Po ok. 520 km dojeżdżam do Laayoune. Jak na saharyjskie warunki całkiem wypasione miasteczko. Na wjeździe czuwają dwa duże posągi strusiów oraz oczywiście policjanci na punkcie kontrolnym. Do Dakhla sporo kilometrów, ale mam nadzieję, że uda mi się poszukać nocleg nieco wcześniej. Niestety, jak przystało na Saharę nie ma na co liczyć. Zapada więc decyzja. Odkręcam gaz i próbuje osiągnąć Dahlke. Jadę zatrzymując się tylko na tankowanie. Robi się coraz później a po mojej prawej ręce słońce chowa się za bezkresem Atlantyku. Zbliża się 22:00 i z daleka dostrzegam światła Dakhli. Wpatruje się w nie z takim zainteresowaniem, że prawie nie zauważam policjanta na kolejnym punkcie, który daje mi sygnał do zatrzymania się. Kolejne minuty stracone, ale wiem, że dojadę do miasta, w którym na pewno znajdę nocleg. Na samym wjeździe widzę szyld reklamowy ‘Camping”. Zaczynam dynamiczniej hamować i chcę zawrócić. Niestety tyle godzin na moto daje o sobie znać. Za bardzo pochylam go na lewa stronę i delikatnie kładę na asfalt. Całe szczęście, że Moto_Jack perfekcyjnie wykonał gmole na kufry. W przeciwnym razie lewy byłby do klejenia,. Kolejny problem to jak podnieść ponad 300kg kolosa. Jestem wyczerpany ponad 12 godzinną jazdą oraz nakręcone 1019 km (jeszcze nigdy w jeden dzień nie nakręciłem takiej trasy). Szarpię się chwile z motocyklem przypominając sobie wszelkie instrukcje pod tytułem „jak stawiamy turystyka na koła”. Ostatecznie udaje się i wjeżdżam na teren kempingu. Jest wolny pokój. Profilaktyczni aprosze recepcjonistę, żeby mi pokazał pokój, prysznic oraz kibelek. Pamiętając wczorajszy „standard” to co widzę uznaje za wystarczające i nie szukam dalej. Rozpakowuje graty i idę pod prysznic. Jestem w szoku, że jest ciepła woda!. Odpalam kuchenkę robię kolacje i pisze tych kilka zdań o tym co mnie dzisiaj spotkało. Do granicy z Mauretania pozostało ok. 350 km. Jutro robię ‘atak” na mauretańską granicę. Z moich wiadomości wynika, że trzeba być cierpliwym na granicy, wiec będę robił wszystko, żeby się do tego zastosować. Mauretania jest ostatnim krajem muzułmańskim. Następny będzie Senegal – to już jest ta „czarna” część Afryki.

Moi drodzy. Przepraszam, że wstawiam tylko tekst. Zawsze jak pisze to jest późno i głównie chce mi się spać po ciężkim dniu. Jutro wjeżdżam do Senegalu i od teraz trasy będą krótsze a co za tym idzie będę miał więcej czasu na dopasowanie rozmiarów fotek.
Dodaje teraz kilka refleksji z 11 dnia podróży,.
11 dzień (03-05 piątek)
Dzisiaj budzę się na dźwięk budzika z komórki o godz 7:00. Za oknami ciemno – decyduję się na kimanie przez jeszcze godzinę. O 8:00 wstaje i oporządzam się do wyjazdu. Kręcę się z pokoju na parking kilka razy montując wszystkie moje skarby. Kemping jest kompleksem szeregowo połączonych pawilonów, w których są pokoje ok. 8-10 m2. Do oceanu jest ok100m i zasypiając słyszałem uderzenia fal o brzeg. Pakując moje tobołki do motocykla przyglądam się Pani, która zamiata przed wejściami do pokojów. Zobaczyła, że ja obserwuję, podnosi rekę, uśmiecha się i coś mówi w nieznanym mi języku. Nie zdążyłem policzyć ile miała zębów, ale nie było tego duzo. Również z uśmiechem odpowiadam jej „good morning”. Po spakowaniu motocykla oddaje klucz do recepcji i ruszam w kierunku granicy mauretańskiej. Wg zapewnień recepcjonisty do granicy pozostałymi 350 km. Wjeżdżam w typową pustynna aurę. Wiatr dosyć silny zasypuje częściowo drogę z dwóch stron. Gdy na liczniku pojawia się owe 350 km wiem, że trasa będzie sporo dłuższa. Jak zwykle nuda i monotonia – jak przystało na przejazd przez Saharę Zachodnią. Po drodze dostaje sms’y od marka z wyprawy do Wagadugu, który ostrzega mnie przed natarczywymi „majfrendami”, którzy kręcą się na granicy chcąc wydobyć od turystów parę euro. Przed granica mauretańską tankuje „pod korek”. Dojeżdżam do odprawy celnej i na „dzień dobry” przyczepia się „majfrend”, który próbuje mnie zagadywać.
- kim jesteś? Jaka pełnisz tutaj rolę ? Pytam go stanowczo, gdy ten chce mój paszport.
- Policjantem – odpowiada
Patrzę na jego wyświechtane i brudne dżinsy oraz żółtą opaskę zrobioną z jakiego odpadu folii, którą zawiązał sobie na lewej ręce.
-Gdzie masz mundur i identyfikator? Nie będę z Tobą rozmawiał, bo nie wiem kim jesteś. Na pewno nie dam Ci mojego paszportu. – odpowiadam stanowczo schodząc z motocykla.
„Majfrebd” bełkocze coś po arabsku gestykulując. Na to wszystko podchodzi umundurowany policjant, salutuje i bardzo grzecznie prosi mnie o dokumenty. Załatwiamy sprawę odprawy, a „majfrend” w tym czasie patrzy na mnie ‘spod byka’ siedząc na jakichś brudnych workach. Po stronie marokańskiej odprawa przebiega sprawnie. Przechodzę wprawdzie prze 2 lub 3 pomieszczenia, w których pytają mnie dokładnie o to samo, ale ogólnie jest OK. Ostatecznie celnik salutuje i przepuszcza mnie na mauretańska stronę. Ledwie wyjeżdżam za szlaban a już całe stado „majfrendów” wymieniającymi kasę oblega mój motocykl. Decyduje się na wymijane i staram się z jednym z nich nawiązać konwersacje. Mam przy sobie marokańskie pieniądze, które chce wymienić na ouguiya oraz dołożyć trochę euro – też na wyśmiane. Koleś nie może skumać, o co mi chodzi. Opadają mi ręce. On tylko rozumie, że ktoś chce wymienić euro na ouguiya, a aj ma marokańskie DH i przeliczam mu je na euro. Okazuje się za trudne. Inny ‘majfrend; tłumaczy mu o co mi chodzi. Widzę roztargnienie w wielkich czarnych oczach. Za chwilę zajarzył, bo zaczyna przytakiwać głową. Teraz tylko drobnostka. Trzeba przeprowadzić proste rachunki, żeby wszystko było OK. Facet ma niesamowity problem podzielić 440 przez 12. Ręce opadły mi do końca. Wildze teraz ogromny sens edukacji z zakresu nauk ścisłych. Jestem ciekawy jak ten „waluciarz” daje sobie rade robiąc zakupy. Po przeprowadzeniu tych wielkich operacji finansowych kolejny „majfrend: próbuje wcisnąć mi mauretańskie karty sim, a drugi proponuje mi serwis mojego BMW. Teraz ja patrzę na niego z niedowierzaniem. Czyżby moja maszyna wyglądała Az tak źle? Jeżeli nawet, to nie sadzę, żebym zdecydował się na usługi z zakresu serwisu u któregokolwiek z tych „dżentelmenów”. Kiwam przecząco głowa i jadę do odprawy mauretańskiej. Miedzy odprawa marokańska i mauretańska jest tzw pas ziemi niczyjej – ok. 2-3 km. To co tam zobaczyłem zamurowało mnie kompletnie. Jest to istny śmietnik, na którym są wraki samochodów, stare opony, telewizory oraz spora ilość ujeżdżonego gruzu. Jadąc po tym gruzie słyszę jak klekocze mi każda część mojego wypielęgnowanego erteka. Czasami udaje mi się włączać 2 bieg. Zjeżdżając z jakiejś niewielkiej górki widzie przed sobą kilka metrów drogi piaszczystej. Zatrzymuje się i próbuje ocenić szanse przejazdu. Na nawrócenie motocykla nie ma szans. Podejmuje próbę pokonania tego kilkumetrowego pasa piaszczystej drogi. Niestety moja niewiedza wychodzi na jaw. Piasek pustynny jest bardzo sypki i i łatwo się zapada. Tylne koło motocykla zaczyna kopać i po chwili zapadam się po sam silnik. Próbuje przygazować i wydostać się z piaszczystej pułapki, ale zaczynam czuć zapach palonego sprzęgła. Niestety motocykl turystyczny nie jest dobry na takie atrakcje. Beemka jest na tyle zakopana, że mogę spokojnie z niej zejść a ona pozostaje w pionie. Czuje jak zaczyna we mnie wzbierać gigantyczny wkurz! Widzę biegnącego w moja stronę zawiniętego we wszystkie turbany świata ‘majfrenda”. Ledwie dobiegł już oferuje swoja pomoc za „jedyne” 30 euro. W pierwszej chwili chce dać mu w mordę! Szybko kalkuluje. Jak dostanie pysk to zostaje tutaj na długo, bo nie ma w okolicach innego, a nawet gdyby by to i tak są to kolesie. Oferuje mu 10 euro – nie zgadza się. W końcu stanęło na 20. Nie mam wyjścia. Płacę, przeklinam i tyle. Wiem, że jak odjadę i „majfredn’ nie dostanie kasy, to gdy za 10 metrów znowu się zakopie to po mnie. Ostatecznie dojeżdżam do odprawy mauretańskiej. Tutaj dziadostwo przeplata się z syfem. Mam do ‘pokonania” 3 budki, w których sprawdzają moje dokumenty. W pierwszej z nich gość tempo patrzy się w mój paszport. Po chwili coś mówi, Alle ja nie rozumiem co. Okazało się, że próbuje wymówić moje imię. Ostatecznie spisuje dane i puszcza mnie dalej. Zatrzymuje się przy drugiej budce, a raczej kontenerze, w którym panuje porządek trochę lepszy niż w mojej szopie, w której trzymam drewno kominkowe. Przyczepia się kolejny „majfrend”. Jestem już tym zdegustowany. Okazuje się, że musze zapłacić 10 euro za ubezpieczenie motocykla na terenie Mauretanii. „Majfrend” chodzi za mną krok w krok bawiąc się w przewodnika., Wiem czym to się ma skończyć Na końcu powie, że należy mu się papier za „good serwis”. Początkowo podtrzymuje z nim konwersacje, ale po pewnym czasie zaczynam go ignorować i nie odpowiadam. Pyta mnie czy rozumiem co do mnie mówi. Patrzę na niego wkurzonym wzrokiem dając mu do zrozumienia, żeby się odczepił. Nie pomaga. Przyczepił się jak piasek do mokrej dupy!! Teraz chce mnie zachęcić do zakupów w restauracji. Wkurzony jak osa wsiadam na motocykl i ruszam przed siebie mijając szlaban. Widzę w lusterku jak gestykuluje za mną. Chce mu pokazać środkowy palec, ale nie będę się zniżał do poziomu, który nie jest mój. Jadę kilka kilometrów bez kasku i z rozpięta kurtką. Jest gorąco. Wiatr owiewa mnie i czuje, że emocje opadają. Zatrzymuje się, zakładam kask, dopinam ciuchy i jazdą. Kierunek stolica Mauretanii – Nouakchott. Mam do pokonania jakieś 460 km, a jest po 16. Po raz kolejny się motam i skręcam w przeciwna stronę. Jadę tak ok. 20 km. Zawracam i obierając już właściwy kurs jadę w stronę Nouakchott. Po drodze sporo punktów kontrolnych. Przed wyjazdem zrobiłem obie 20 kopii strony z danymi mojego paszportu. Do dzisiaj zostały mi tylko dwie a jestem jeszcze w Mauretanii, nie mówiąc o tym, że w drodze powrotnej też będą patrole. Na każdym z nich chcą „fiszkę”. Jazda strasznie nudna. Pustynia i tyle. Jedyny problem w tym, że nie ma stacji benzynowych. Zatrzymuje się i pytam jakiegoś „turbaniarza” gdzie jest stacja. Pisze mi na pisaku 30km. Moja beemka już od kilku km przestaje pokazywać w ogóle stan – to znaczy, że jadę „na oparach”. W tym jednak wypadku jestem przygotowany na nieszczęście. Mam ze sobą 5-cio litrowy kanister paliwa. Jakimś jednak cudem dojeżdżam do stacji tankuje do pełna. Wyjeżdżam na szosę i robię szybkie przeliczenia. Jak będę trzymał 110 – 120 km/h to do ok. 22:00 powinienem być w stolicy. Jazda monotonna zamula i koncentracja spada. Tym bardziej jak jedziesz dziennie ok. 700km. Tak właśnie było dzisiaj. Zjeżdżając ze wzniesienia nie zauważyłem szerokiego na całą jezdnie i głębokiego na kilkanaście centymetrów uskoku. W ostatniej dosłownie chwili uniosłem się lekko na podestach. Czuje jak ponad 300kg maszyna traci kontakt z asfaltem i leci kilka metrów. Uderzam z impetem z powrotem na szosę. Amortyzatory dobijają głośno – to wszystko przy ok. 120km/h. Całe szczęście, że BWM może się pochwalić na prawdę dobra trakcją. Domykam gaz i motocykl toczy się swoją bezwładnością. Ja przez chwilę nie mogę się uspokoić i czuje, że mam mokre plecy. Mówię sobie „NIE. Bez sensu miałaby być ta wyprawa, gdybym z niej nie wrócił”. Do samego Nouakchott jadę bardzo ostrożnie. Jest już ciemno. Nade mną czyste, gwiaździste niebo. Na wjeździe Do stolicy kolejne trzy punkty. Ledwo wjeżdżam do miasta widzę reklamę hotelu. Nie jest to badziewie, w jakim miałem okazje spać przez ostatnie dni. W recepcji młody chłopak z dobrym angielskim instruuje mnie oraz pokazuje gdzie mogę zostawić motocykl. Przenoszę graty do pokoju. Biorę kąpiel i najadam się do syta pisząc tych kilka refleksji z dzisiejszego dnia. Dzisiaj nakręciłem 880km. Jutro jadę do Senegalu. Mam nadzieje, że tam już nie będzie przejazdów przez pustynie i pooglądam sobie uroki czarnej Afryki. Poza tym dystanse będą mniejsze. W Senegalu tez muszę poszukać wizę do Gwinei Bissau, ale przedtem Gambia – no i muszę pomyśleć o zmianie oleju, bo moja podróż ma już 6811 km.