31, 32, 33, 34, 35 36, JESTEM W DOMU !!!!!!!!!!!!

31 dzień (23-05 czwartek)
Dzisiejszy dzień właściwie jest bez historii. Wyruszam rano z la Carolina i obieram kurs na Francję. Pogoda zaczyna się trochę psuć, ale mam nadzieję, że nie będzie padało. Drogi w Hiszpanii są bardzo dobre i można docisnąć trochę gazu. Niestety wyciek oleju cały czas jest i moja nogawka coraz bardziej jest naoliwiona. W końcu docieram do przestrzeni przygranicznej miedzy Hiszpanią i Francją. Niestety pogoda się psuje a droga jest coraz bardziej kreta. Wjeżdżam w teren górzysty i musze uważać na ostre zakręty, które podczas zjazdów zmuszają mnie do ograniczenia prędkości. Robi się coraz zimniej i deszczowo – pogoda jest ogólnie zła. W końcu wjeżdżam na teren Francji i obieram kurs na Bordeaux. Czuje się Bordeaux coraz bardziej zmęczony. Pojawiają się pierwsze polskie tablice rejestracyjne. Niestety pojawiają się coraz częściej bramki na autostradach, które we Francji są całkiem drogie. Ostatecznie znajduję hotel, w którym postanawiam przenocować. Czuje się coraz bardziej zmęczony i zziębnięty. Dzisiaj nakręcone 926 km.

32 dzień (24-05 piątek)
Warunki w hotelu były całkiem fajne. Wypiłem dwie gorące kawy i pierwszy raz od dłuższego czasu herbatę lipton. Pogoda niestety jest bardzo zła. Pakuje erteka i kieruję się w stronę Brukseli. Deszcz jest coraz mocniejszy, co niestety zmusza mnie do ograniczenia prędkości. Właściwie cały całą drogę wjeżdżam w deszczowe chmury, potem z nich wyjeżdżam – i tak w kółko. Deszcz spłukuje mnie doszczętnie, są takie momenty ulewy, że chcę się zatrzymać w hotelu i nie ryzykować dalszej drogi. Olej cieknie coraz bardziej. Na jakiejś stacji benzynowej zatrzymuję się i staram przeczekać ulewę. Uzupełniam olej, wypijam ciepłą kawę i podejmuję decyzję, że jak znajdę hotel to zatrzymuję się na noc. Po drodze jednak deszcz nieco ustaje i wiatr osusza moje ciuchy. Temperatura jest jednak niska i zimny wiatr przewiewa mnie dosyć dokładnie. Zaciskam jednak zęby, odkręcam gazy i jadę w kierunku Brukseli. Po drodze znowu dostaje się w zatłoczony Paryż. Podobnie jak w drodze do Afryki przeciskam się sprawnie między sznurkami samochodów i o dziwo udaje mi się przebrnąć przez paryski tłok dosyć szybko. Do Brukseli pozostaje ok. 250km. Kontaktuję się z Piotrem z zapytaniem, o której kładą się spać. Nie wiem czy mam jechać do Brukseli i zaskoczyć ich w porze nocnej, czy szukać hotelu i dojechać do Kingi i Piotra następnego dnia. Po chwili otrzymuje sms’a zwrotnego „Dawaj, czekamy na Ciebie”. Odkręcam wiec gaz i daję czadu kierunku Brukseli. Z wielką ulgą mijam tablice informującą, że jestem na terenie Belgii. Dojeżdżam do celu ok. godz. 22 mokry i totalnie wyziębiony, ale szczęśliwy. Dostaję gorącą herbatę i9 drinka. Czuje się doskonale. Dzisiaj nawinięte 1031 km, z czego większość w ulewnym deszczu. Pozostanę u Kingi i Piotra do poniedziałku. W poniedziałek rano ruszam w kierunku Hanoweru, gdzie odwiedzę kuzyna, z którym nie widziałem się 12 lat.

33 dzień (25-05 sobota)
Nareszcie nie musze się rano spieszyć żeby ruszyć w dalsza podróż. Wyspałem się za wszystkie czasy. Wstaje leniwie i zaczynam oglądać stan motocykla. Widzę kilka zniszczeń, ale tego mogłem się spodziewać po afrykańskiej podróży. Widzę pęknięte mocowanie od przedniej owiewki z zegarami – to efekt dziurawych gwinejskich dróg. Po powrocie do Bydgoszczy musze poszukać miejsca, gdzie będę mógł pospawać aluminium. Cały czas pozostaje problem cieknącego oleju. Jedziemy z Piotrem do dealera BMW. Miejsce powala na kolana. Po wejściu do środka na pierwszym planie wita mnie GS 1200 – może kiedyś sobie sprawie takie cudo. Poza tym cała gama całkiem okazałych maszyn. Gość z obsługi jest trochę zamulony i zaczyna przebąkiwać, ze w sobotę nie sprzedają podzespołów do motocykli. Ostatecznie przynosi uszczelkę korka, ale nie ma głównej uszczelki. Może ja zamówić na środę, ale ja nie chce tak długo siedzieć w Belgii. Biorę co jest i wracamy zobaczyć jaki będzie efekt. Po zamontowaniu uszczelki jadę na autostradę zobaczyć, jaki jest efekt. Jest dużo lepiej, ale nadal są małe wycieki. Piotr zaczyna szperać w swoich skarbach i przynosi jakieś gumowe uszczelki, które montujemy w erteku. Wszystko wskazuje na to, że problem jest zażegnany, ale i tak efekt będzie w 100% widoczny podczas podróży do Hanoweru. Teraz zabieram się za moje ciuchy motocyklowe. Są w takim stanie, że mam opory, aby je ubrać. Całe zasyfione czerwonym, afrykańskim kurzem. Poza tym śmierdzą olejem i bardziej przypominają szmaty niż odzież motocyklisty. Idziemy z Piotrem do pralni i wrzucamy ciuchy do pralki. Efekt jest całkiem niezły, ale do ideału daleko. Mimo wszystko jestem bardzo zadowolony, bo komfort dalszej podróży będzie nieporównywalny. Piorę tez wyściółkę kasku i chustę. Myje motocykl, który wygląda podobnie jak ciuchy przed wypraniem. Wieczorem siadamy przed TV i jest pełen relaks – tak bardzo mi potrzebny. Jutro mamy pojechać zwiedzać Brukselę.

34 dzień (26-05 niedziela)
Wysypiam się za wszystkie czasy. Potem śniadanko i szykujemy się na zwiedzanie Brukseli. Pogoda jest nienajlepsza, ale całe szczęście, że nie pada. Jest zimno i wietrznie. Jedziemy na Waterloo a potem do centrum Brukseli. Zwiedzamy okolice atomium, stare miasto i bardzo gustowne uliczki miasta. Czas mija pod znakiem relaksu i luzu. Jestem bardzo wdzięczny Kindze i Piotrowi za gościnę. Mogę być dumny za to, że mam takich przyjaciół. Jutro wyjazd do Hanoweru. W Internecie pogoda optymistyczna i mam nadzieję, że to 400km przebrnę bez problemów.

[ Dodano: 2013-05-28, 08:47 ]
Dzisiaj jeszcze pozostaje u kuzyna w Hannnoverze. Jutro robię skok do Poznania i tam tez odwiedzę rodzinę, z którą dawno się nie widziałem. Potem lecę prosto na Bydgoszcz – do mojej rodzinki . Najgorsza jest pogoda, bo aura deszczowa

[ Dodano: 2013-05-28, 20:26 ]
35 dzień (27-05 poniedziałek)
Poranek w Belgii nastraja optymistycznie. Nie jest ciepło, ale świeci słońce i nie zanosi się na deszcz. Jak zwykle szybkie śniadanie, pakowanie i już jestem gotowy do przeprawy w kierunku Hannoveru. Na ulicach jest raczej tłok, ale podobnie jak w Paryżu, tutaj też przeciskanie się między samochodami to chleb powszedni. Cała przeprawa przez Bruksele nie zajmuje mi dużo czasu. Wylatuje na autostradę i odkręcam gaz. Jest dosyć zimno, ale ubrałem na siebie wszystko to, co nadawało się do „ocieplenia” zagubionego motocyklisty. Wyjeżdżam z Belgii, potem zahaczam o kawalerek Holandii, by następnie zobaczyć tablicę informującą, że jestem na terenie Niemiec. Cała podróż przebiega sprawnie. Po drodze zatrzymuje się na kanapkę i oczywiście tankowanie. Niestety im dalej zagłębiam się w terenie naszych zachodnich sąsiadów, tym pojawiają się bardziej wyraziste deszczowe chmury. Ostatecznie na 60km przed Hannoverem dopada mnie dosyć intensywny deszcz. Zatrzymuje się tylko, żeby założyć kurtkę przeciwdeszczową i lecę dalej pod adres, który jest wbity do nawigacji. Deszcz niestety się zmaga coraz mocniej i czuję jak mi nosi tył motocykla. Oznacza to, że muszę zwolnić, żeby dotrzeć na miejsce w jednym kawałku. Ostatecznie, mokry jak szczur, staję przed drzwiami domu mojego kuzyna, którego nie widziałem aż od 12 lat! Bardzo mi miło spotkać się z nim po tylu latach oraz poznać jego żonę Megumi i córki Mayę i Julię. Atmosfera jest bardzo sympatyczna a dzieciaki okazały się istnym pokładem energii – szczególnie Maya. Na przywitanie dostaje ciepłą kawę a potem pyszne japońskie jedzenie – niestety nie pamiętam nazwy :- ). Napełniony brzuch uzupełniam dwoma piwami i czuje się po prostu SUPER! Po drodze niestety spod korka lekko łzawi olej. Jutro z kuzynem pojedziemy do serwisu BMW żeby zaradzić temu problemowi. Dzisiaj nawinięte 520 km. Do domu coraz bliżej :- ).,

36 dzień (28-05 wtorek)
Pobudka ok. godz 8:30. Potem pyszne śniadanie, kawa i jesteśmy gotowi, żeby pojechać do BMW. Wcześniej kuzyn odwiózł córki do przedszkola i szkoły. Wsiadamy do samochodu i udajemy się do świątyni Bayerische Motoren Werke. Po wejściu do środka jestem zachwycony. W Brukseli salon BMW zrobił na mnie wrażenie, ale tutejszy przeszedł moje oczekiwania. Na „dzień dobry’ wita mnie cudowny GS 1200, potem LT1200 – same extra egzemplarze. Może kiedyś ………. Na razie musze się skupić na uszczelce, żeby moja babcią dotrzeć do celu bez naoliwienia nogawek oraz lewego buta. Facet przy kasie, jak przystało na Niemca, skrupulatnie szuka w katalogach modelu mojego erteka. Kupujemy uszczelki i jeszcze przez chwilę cieszę oko cackami, o których na razie mogę tylko pomarzyć. Wychodzimy z okazałego budynku i wchodzimy zasymulować kupców do salonu Ferrari. Zaraz przy wejściu stoi egzemplarz (poza zasięgiem pracowników uczelni) za jedyne 300 tyś euro. Jak szkoda, że zapomniałem mojej karty kredytowej……! Przeboleje to i wrócę sobie do domu moja beemką. Dzisiaj jeszcze zwiedzamy 3 sklepy motocyklowe, ale ciągle myślę o tym, co widziałem w BMW. Potem kuzyn, jak przystało na artystę muzyka, zaprowadza mnie do Akademii Muzycznej w Hannoverze – jego byłej uczelni. Cały budynek jest dosyć oryginalny, bo zbudowany w kształcie ucha. Zwiedzamy jeszcze filharmonię oraz kawałek miasta. Generalnie Hannover robi wrażenie całkiem spokojnego, cichego miasta. Wracamy do domu i uszczelniam nieszczęsny wlew oleju, po czym jadę na autostradę wypróbować nowe uszczelki. Na pierwszy rzut oka wszystko jest Ok., ale i tak ostateczny efekt będzie widoczny na trasie do Poznania. Przed domem robimy jeszcze sesję fotograficzna przy erteku – pozuje Megumi, Maya i Julia. Po całym tym zamieszaniu napycham się przepysznymi, japońskimi daniami. Oczywiście jedzenie pałeczkami nie jest moja najmocniejsza stroną, ale żarło jest odlotowe! Jutro jadę do Poznania i tam zatrzymam się u rodziny na jedna noc. Czeka mnie ok. 530 km, ale podobno droga jest bardzo dobra i jeżeli nie będzie lało to powinienem szybko przeskoczyć ten dystans. Z Poznania polecę już bezpośrednio do Bydgoszczy i to będzie koniec mojej afrykańskiej przygody. Mam nadzieję, że pogoda nie zepsuje mi tych ostatnich kilkuset kilometrów.

[ Dodano: 2013-05-30, 17:39 ]
Dzisiaj po ponad miesięcznej tułaczce dotarłem do domu . Bardzo fajnie zjeść obiad przy swoim stole:-). Dziękuję mojemu studentowi -Adamowi za odprowadzenie mnie Fazerem do domu ! Krótkie podsumowanie wyprawy już niebawem!

Francja, Belgia

Afryka staje się wspomnieniem …

30 dzień (22-05 środa)

Dzisiaj od dłuższego czasu mogłem pospać nieco dłużej. W San Fernandom Am być dopiero po 14:00 więc nie ma pospiechu. Z Tarify do San Fernando mam do pokonania ok. 100km, więc nie ma pospiechu. Leniwie wygrzebuje się spod pieleszy ok. godziny 10:00. Za oknem rozciąga się widok na ocean. Mieszkanie w takim miejscu to prawdziwy skarb. Piękny widok i przez większą część roku wspaniała pogoda. Te klimaty znacznie różnią się od naszych polskich, zimowych realiów. Gdyby jeszcze w Hiszpanii kryzys nie był taki głęboki, to byłoby to fajne miejsce do mieszkania. Jak zwykle rano zapinam swój dobytek do erteka, uzupełniam olej i ruszam w drogę. Jadę bardzo spokojnie, niemal prędkością patrolową, bo nie chcę pocałować klamki od drzwi rodziców Juana. Docieram na San Fernando dokładnie 2 minuty przed 14:00. Przypuszczam, że będę musiał poczekać aż domownicy wrócą z pracy – w końcu umawialiśmy się, że będę PO godz. 14 a nie dwie minuty przed. Naciskam na domofon i (o dziwo) słyszę męski głos. Okazało się, że wcale nie przybyłem zbyt wcześnie. Wchodzę na 1 piętro i już na schodach widzę Pana Juana Manuela, który z uśmiechem wita mnie bardzo ciepło. Mężczyzna robi wrażenie bardzo spokojnego i kulturalnego człowieka. Wchodzę do mieszkania, w którym od progu wita mnie Pani Elvira oraz młoda dziewczyna – domyślam się, że to siostra mojego studenta. Właściwie tylko ona mówi po angielsku, ale wśród ludzi przyjaznych sympatyczna atmosferę można wyczuć nie znając żadnego języka. Zostaje poczęstowany sokiem pomarańczowym i siadamy razem w kuchni. Rozmawiamy chwile o Afryce i o tamtejszych warunkach. O różnicach w mentalności oraz poziomie życia – a właściwe różnicy między Afryką i Europą. Nie chcę dłużej zanudzać domowników, więc decyduję się na dalsza drogę. Zresztą i tak chodzi mi o jak najszybsze dotarcie do domu, więc dalsza jazda wydaja się najlepszym rozwiązaniem. Bardzo dziękuję za przechowanie mojego tobołka, życzymy sobie wszystkiego najlepszego i wychodzę przed kamienicę. Teraz beemka ma trochę więcej do dźwigania. Całe szczęście, że ten majdan został w Hiszpanii, bo na gwinejskich drogach byłby zdecydowanie nieporęczny. Mocuję wszystko do motocykla, odpalam gon i ruszam w kierunku Cordoby. Jazda przez Hiszpanię jest całkiem sympatyczna. Drogi w dobrym stanie, do tego pogoda sprzyja. Po woli zaczynam odzwyczajać się od afrykańskich realiów. Nie musze już troszczyć się o zakupi większej ilości wody, która poza swoim domyślnym przeznaczeniem ma służyć jeszcze do gotowania oraz mycia zębów. Używanie innej niż butelkowanej wody w Afryce grozi europejczykowi rewolucjami żołądkowymi. Wolałem więc nie ryzykować. Dzisiaj również mija okres, w którym musiałem brać lek antymalaryczny. Dzisiaj wziąłem ostatnią tabletkę i ten fakt również podkreśla to, że moja Afryka staje się dla mnie historią.
Staram się dzisiaj pokonać jak najwięcej kilometrów, ale na dobra sprawę zacząłem podróż o, godz 14:30, więc docieram tylko do miasta La Carolina. Jadę wolno ulicami małego miasteczka i tradycyjnie szukam szyldu z napisem „hotel”. Okazuje się, że w tej mieścinie jest tylko jeden hotel. Wchodzę wiec do wnętrza budynku i w recepcji pytam o wolny pokój. Tradycyjnie jest problem z angielskim. Pani recepcjonistka robi duże oczy i szybko kogoś woła. Po chwili przychodzi ok. 14-sto letnia dziewczyna, która widząc mnie od razu rzuca: „what do you want?”. Domyślam się, że ta forma zwrotu wynika raczej z kiepskiej angielszczyzny a nie wpojonych manier. Po chwili jednak wspólnymi siłami, oraz mową „gestykulacyjną” ustalamy, o co mi chodzi. Większy problem jest z tym, żeby dziewczyna wytłumaczyła mi, gdzie jest wjazd na teren hotelu oraz miejsce, w którym mogę postawić erteka na noc. Mimo wszystko ostatecznie udaje mi się zaparkować oraz ponosić toboły do pokoju. Dzisiaj więc śpię w La Carolina :- )., Szkoda, że nie La Kamila, ale na ta jedna noc może i Carolina tez będzie OK. :- ). Hotel przypomina mi epokę PRL-u, ale cena jest adekwatna do moich skojarzeń. Najważniejsze, że jest prysznic, parking i dostęp do Internetu. Jutro ruszam wcześniej, więc może uda się nakręcić trochę więcej kilometrów. Dzisiaj nawinięte tylko 509km. Jutro chciałbym osiągnąć okolice Bordeaux, ale pewnie będzie problem.

Wracam !!!!!!!!!!

29 dzień (21-05 wtorek)
Poranek w Safi jest bardzo ładny, świeci słońce i wszystko wskazuje na to, że będzie piękny dzień. Od dłuższego czasu spało mi się na prawdę bardzo dobrze. Zresztą to miejsce w mojej pamięci pozostało jako bardzo przyjazne, co przyczyniło się do poczucia relaksu. Śniadanie dzisiejsze jest bardzo dobre. Naleśnik z dżemem oraz pyszny marokański chleb. Bardzo polubiłem ten okrągły, mały chlebek. Jest bardzo dobry nawet na sucho. Po śniadaniu szykuje bagaże i uzupełniam olej, który ertek wypluj poprzedniego dnia. Żegnam się z rodziną właścicieli domu. Poprzednim razem wiedziałem, że będę chciał tutaj wrócić w drodze powrotnej. Teraz jednak wiem, ze widzimy się po raz ostatni. Będę bardzo miło wspominał tych ludzi oraz to miejsce. Wyjeżdżam na szosę i kieruje się w stronę Casablanki. Planuje dotrzeć do Tangeru i poszukać tam noclegu. Do pokonania mam ok. 590km. Pierwsze 100km upływa pod znakiem wyprzedzania tirów na wąskiej drodze. Potem zbliżam się do autostrady, na której można nieco odkręcić gaz. Niestety zaczynają się też pierwsze płatne bramki, więc chcąc czy nie chcąc szykuje drobne. W Maroko autostrady nie SA drogie, ale wiem, że jak dotrę do Francji to mój portfel to odczuje. No cóż. Taka jest europejska rzeczywistość. Autostrada nie daje zbyt wielu powodów do emocjonowania się widokami. Właściwie nic się nie dzieje do czasu, gdy dopada mnie deszcz. Nie spodziewałem się tego dzisiaj, bo rano było bardzo ładnie. Oczywiście deszczak mam w kufrze, ale nawet gdybym go miał pod ręka nie byłoby gdzie go ubrać. Ostatecznie deszcz spłukuje mnie dosyć intensywnie, aż czuję że kurtka dokładnie przemokła. Po jakimś czasie deszcz jednak ustaje i po woli wiatr zaczyna osuszać jego dzieło. Dojeżdżam do stacji benzynowej i prawie suchy tankuje „pod korek” oraz posilam się jakąś kanapką z frytkami. Po woli czuje „zapach europy”, bo mogę płacić kartą. Do Tangeru jeszcze kilka bramek przewietrza mój portfel i ostatecznie wjeżdżam do tego portowego miasta. Przez kilka pierwszych minut się trochę motam, ale ostatecznie znajduje drogę do portu. Okazuje się ze najpierw musze poszukać biura i kupić bilet na prom, dopiero potem mam wrócić do odprawy paszportowej. Zawracam wiec beemkę i wolno jadę wzdłuż głównej drogi, szukając biura, które mi polecił policjant. Widzę jak kiwa do mnie jakiś chłopaczek. Zatrzymuję się a on od razu wie czego szukam. Wskazuje mi miejsce gdzie mogę kupić bilet. Wchodzę do małego biura i za 600MDR kupuje bilet dla mnie i erteka. Odwracam się na piecie i idę szybkim krokiem do motocykla, żeby jak najszybciej znaleźć się w porcie. Widzę jak biegnie za mną chłopaczek, który wskazał mi miejsce zakupu biletu. Oczywiście chce nagrodę za swoja pomoc. Stanowczo odmawiam i wsiadam na motocykl. Chłopak zaczyna wołać jakiegoś swojego kolesia i mu się gęsto skarży, że został tak potraktowany. Obydwoje coś do mnie mówią, jednak ja już tego nie słucham tylko przejeżdżam koło nich i kieruje się w stronę portu. Odprawa idzie bardzo sprawnie i po chwili stoję razem z Artekiem przy stanowisku cumowania promu. Okazało się, że nie uwzględniłem różnicy czasu i jestem na miejscu godzinę za wcześnie. Zaczynam przeszukiwać swoje kieszenie i widzę, że mam ostatnie 140 MDR, które będą mi zupełnie zbędne. Wychodzę więc i szukam „majfrenda”, który mi wymieni te drobiazgi na euro. Po godzinie przypływa prom i wszyscy pakują się, żeby dotrzeć do europy. Jest już późno i zaczyna się ściemniać. Podejmuje decyzję, ze po przeprawie szukam noclegu w Tarifie. Zaczynamy odpływać od afrykańskiego nadbrzeża a ja zaczynam wspominać to co przydarzyło mi się na „czarnym lądzie”. Wspominam bardzo fajnych ludzi, których poznałem w Gambii, sympatycznych policjantów z Gwinei, z którymi spędziłem noc w szałasie i którzy uratowali mnie przed problemami podczas przeprawy do Labe. Niestety wspominam tez koszmar przejść granicznych i okropnych „majfrendów’, którzy potrafią wkurzyć chyba każdego człowieka na ziemi. Wspominam pracowników Uniwersytetu w Labe, którzy musieli włożyć bardzo dużo pracy, żeby ten ośrodek mógł w ogóle ruszyć. Jest jeszcze sporo sytuacji, które pozostaną w mojej pamięci, teraz jednak musze się skupić na drodze powrotnej. Prom dobija do nadbrzeża Tarify i schodzę pod pokład żeby zjechać na europejski ląd. Po woli zjeżdżam po stalowym trapie, który wydaje charakterystyczny, metaliczny dźwięk. Stalowy odgłos przypominający zatrzaskiwanie się wielkiej stalowej bramy, jak wrota do Afryki, które zatrzaskuje się za moimi plecami. Tej Afryki, w której spędziłem ostatnie 23 dni i która przyniosła mi sporo niespodzianek – zarówno tych miłych jak i mniej sympatycznych.

Nie wiem czy kiedykolwiek tam wrócę. Na pewno są miejsca., które chciałbym odwiedzić jeszcze raz. Są jednak też takie, o których chciałbym zapomnieć. Może kiedyś zabiorę rodzinę w te sympatyczniejsze strony.
Dojeżdżam do odprawy hiszpańskiej, która trwa bardzo krótko, potem wjeżdżam na ulice Tarify i zaczynam szukać hotelu. Od razu widać różnice. W miastach afrykańskich szukałem hotelu a tutaj zastanawiam się, który wybrać. Jadę bardzo wolno ulicą i widzę jak jakiś chłopak do mnie macha ręką. Zaczynam się trochę najeżać, bo takie gesty kojarzą mi się z nagabywaniem małolatów do jakiejś speluny, w której można przenocować. Okazało się jednak, że przez to wypatrywanie hotelu zapomniałem włączyć światła w motocyklu i ten chłopak mi po prostu zwracał uwagę. To kolejna różnica miedzy Afryką i Europą. Ostatecznie znajduje hotel, w którym starszy portier nie zna ani słowa po angielsku. Mimo wszystko po odkryciu, że jestem Polski zaczyna mi na migi opowiadać, że był kiedyś związany z polką. Niestety nie wiem jak się skończyła jego znajomość z naszą rodaczką :- ). Jutro jadę do San Fernando odebrać moje rzeczy od rodziców Juana. Potem kieruje się w kierunku Francji i Belgii. Dzisiaj nawinięte 630 km

Moi drodzy.
Pisałem już podziękowania dla sponsorów, którzy umożliwili mi realizacje podróży do państw Afryki. Chciałbym jednak bardzo wyraźnie zaznaczyć, że moja wyprawa do Afryki ma również swoją ciemna stronę. Gdy ja odwiedzam wszystkie te kraje, Kamila sama musi borykać się z domem i wszystkimi obowiązkami. Dochodzi do tego jej obecny stan, więc ogólnie wiem, że jest jej BARDZO ciężko. Nie mogę jej pomóc w żaden sposób. Mogę tylko wysyłać sms’y – o ile one cokolwiek mogą pomóc. Mam nadzieje, że Kamila niebawem poczuje się lepiej i łatwiej jej bezie borykać się problemami. Ja natomiast teraz będę robił wszystko, żeby wrócić do domu jak najszybciej. Jestem dumny, ze moja zona znosi dzielnie te trudne dla niej chwile :- ).

Z wiatrem i pod wiatr

28 dzień (20-05 poniedziałek)
Poranek bardzo wietrzny, ale słońce wygląda nieśmiało zza chmur. Mam nadzieję, ze będzie ładny dzień. W tej części Maroko (Sahara Zachodnia) pogoda nie jest najmocniejszym argumentem. Właściwie zawsze wieje wiatr i nawiewa piasek z pustyni. Chyba nie chciałbym zamieszkać w takim miejscu. Schodzę z pokoju na dół i szukam portiera, który ma klucz od garażu. Po kilku minutach idziemy do wielkiego hangaru po mojego erteka. Wyprowadzam go na ulice (przed hotel) i sprawdzam stan oleju. Oczywiście wypluł niezłą porcję, więc dolewam, żeby uzyskać „stan”. Niestety problem z wypluwaniem oleju spod uszczelki korka nadal jest niepokonany, ale Piotr mi dzisiaj pisał, że już szuka w Brukseli nowy. Po „uzbrojeniu” motocykla w bagaże ruszam w stronę Safi – słysze jak w beemce coraz bardziej stuka przednia owiewka. Mam nadzieję, że nie rozleci się do czasu dotarcia do Europy. Wyjazd z Tan-Tan zdobią postacie dwóch wielbłądów głowami zwróconymi do siebie. Musze przyznać ze wygląda to bardzo fajnie i robi ciekawe wrażenie. Opuszczam jednak Tan-Tan bez większego żalu. Droga przez Saharę jest dosyć dobra i można pomykać bez większych podskoków na asfalcie, jednak dzisiejszy wiatr jest na tyle silny, że postanawiam jechać nieco wolniej. Przyjmuje więc kierunek na Agadir, podnoszę szybę i staram się za nią schować przed saharyjskim wiatrem. Do Agadiru mam ok. 300km. Mimo wiatrowych problemów dojeżdżam do miasta dosyć szybko – na tyle, że sam jestem zdziwiony. Agadir jest dużym, ponad siedmiuset tysięcznym miastem i niestety trochę się gubię szukając kierunku na Safi. Widzę na poboczu dwa samochody (Dacie Logan oraz cos w rodzaju furgonetki typu Lublin), kolo których żegna się kilka osób. Wymieniają między sobą pożegnalne całusy i uściski. Z daleka widać, że to dawno niewidziana rodzinka wpadła znienacka zobaczyć „co słychać”. Zatrzymuje się dyskretnie pytam o drogę na Safi. Facet z furgonetki daje ostatniego całusa i pokazuje, żebym jechał za nim, a on mnie wyprowadzi z miasta w kierunku Safiu. Jestem z tego faktu bardzo zadowolony i żwawo podążam z moim przewodnikiem. Po ok. 20 minutach jestem już na rogatkach miasta w kierunku, którego szukałem,. Życzymy sobie wszystkiego naj i odkręcam gaz. Po pewnym czasie jednak go przymykam, bo widoki na ocean rozkładają na łopatki! Najchętniej siedziałbym i oglądał to co widzę po lewej stronie. Musze tutaj kiedyś wrócić z Kamilą i rozkoszować się dłużej tym wspaniałym zakątkiem. Widzę po drodze gustowny, mały parking więc zatrzymuje się, żeby pstryknąć jakąś fotkę. Zsiadam z motocykla i podziwiam widoki. Nagle podchodzi do mnie jakiś facet i zagaduje po francusku. Pokazuje mu, że w ten sposób nie nawiążemy konwersacji. Gość podchodzi na tył motocykla i ogląda tablicę rejestracyjna. Nagle słyszę: „ O! Polska! Na zdrowie!”. W tej chwili pomyślałem sobie, że miło z jego strony, ale szkoda, że jesteśmy postrzegani tylko z perspektywy tego „toastu”. Potem staramy się nawiązać konwersacje opierająca się głównie o gestykulacje, gdy nagle facet wyciąga ze starej, brudnej reklamówki kiść bananów i próbuje mi je sprzedać. Trochę to trąci stylem bycia „majfrendów”, wiec kiwam głową odmownie, robie kilka fotek i wsiadam na motocykl. Obieram kierunek na Safi i cały czas podziwiam to, co widzę po swojej lewej stronie. Mijam całkiem niezły kurort nad brzegiem oceanu a następnie wspinam się krętą drogą na szczyt wzniesienia. Ertek warczy z niezadowolenia, bo wzniesienie jest całkiem spore i kręte, Momentami redukuje do drugiego biegu. Dochodzą do tego problemy z wyprzedzaniem tirów. Po wzniesieniu (jak to w życiu) jest zjazd – całkiem spory i kręty. W ten sposób pokonuje spory kawałek drogi. Musze uważać na ostrych zakrętach, bo widzę na asfalcie piasek i sporo drobnych kamieni, które nie wróżą nic dobrego. Zdecydowanie pozytywna stroną mojej dzisiejszej przeprawy są dosyć często występujące stacje benzynowe. Właściwie już nie musze się martwić o tankowanie. Po drodze próbuje dodzwonić się do rodziny w Safi (u której nocowałem, gdy jechałem w stronę Gwinei) z mojej gwinejskiej karty SIM. Niestety chyba kredyt się wyczerpał, więc odpuszczam mając nadzieję, że bez problemu znajdę to miejsce. Ostatecznie dojeżdżam do celu, ale wjeżdżam do miasta z zupełnie innej strony niż ostatnio. Właściwie dopiero teraz uświadamiam sobie, że Safi to całkiem duża miejscowość. Nie widziałem tego ostatnio, bo dom, w którym spałem jest na obrzeżu miasta. Okazuje się, że Safi ma ok. 350 tysięcy mieszkańców, wiec populacja prawie dorównuje Bydgoszczy. Błądzę więc ulicami miasta i pytam ludzi jak trafić pod adres, który jest widoczny na wizytówce. Niestety nikt nie mówi po angielsku. W końcu policjant rysuje mi na odwrocie wizytówki odręczny plan. Dojeżdżam w pobliże, ale nadal nie mogę sobie przypomnieć gdzie jest dom. Ostatecznie dzwonię z polskiej karty do właściciela i mówię, że potrzebuje nocleg i nie mogę do niego trafić. Facet doskonale mnie pamięta i wyjeżdża po mnie samochodem. Dojeżdżamy na miejsce i rozpakowuje tobołki z motocykla. Od razu idę pod prysznic. Potem wypijam dwie szklanki marokańskiej herbaty i wsuwam trzy, duże ciastka. Marokańska herbata jest po prostu PYCHA! Może dla niektórych osób jest zbyt słodka, ale ja uwielbiam. Rodzina zamieszkująca w Safi jest mega sympatyczna. Zostaje przyjęty bardzo dobrze. Gospodarz szuka dla mnie połączeń promowych między Tangerem a Hiszpanią. Na stole czeka na mnie pyszny obiad, który składa się z ryby przyrządzonej po marokańsku – ryba w sosie z odrobina cynamonu oraz warzywa. Do tego sałatka oraz okrągły, marokański chleb, który bardzo lubię. Po całej tej kulinarnej uczcie czuje się zmęczony. Szykuje się do spania. Jutro chce dojechać do Tangeru i tam przenocować. Dzisiaj nakrecone 665 km.

Z Lebe do Senegalu …

26,27, a do domu ciągle daleko ….

26 dzień (18-05 sobota)
Poranek w Nouakchott zaczyna się dla mnie wcześnie. Za oknem jest jeszcze kompletnie ciemno, gdy zaczynam pakować manatki i pichcić jakieś jedzenie. Potem tradycyjnie taszczę kufry i przypinam do motocykla. Przed drzwiami hotelu siedzi ochroniarz w wersji turbaniastej i leniwie ziewa. Na mój widok się trochę ożywia, ale tylko na moment. Wolno i spokojnie szykuje erteka do podróży, która według moich planów powinna dzisiaj zakończyć się w Dakhli. Gdy kompletnie wyszykuje motocykl słońce ciemne niebo zaczyna się przejaśniać a z głośników wydobywają się poranne modły muzułmanów. Zostawiam klucz w recepcji, kiwam na pożegnanie ochroniarzowi i przyjmuje kierunek na północ – w stronę Maroko. Na rogatkach miasta tankuje „pod korek” i potem pozostaje sam na sam z całkiem niezłą szosą. Niestety po jakimś czasie zdaję sobie sprawę, ze moje zabiegi związane ponownym układaniem uszczelki pod korkiem oleju spełzły na niczym. Etrek ponownie zaczyna pluć olejem pryskając na owiewkę, moje buty i nogawkę. Zaczyna mnie to coraz bardziej martwić, bo nigdy wcześniej nie spotkałem się z takimi przebojami po zmianie oleju. Droga odprowadzająca mnie z Nouakchott jest na prawdę dobra, co sprowadzanie do tego, że nawet nie zauważyłem jak minęło mi pierwsze 200km. Potem niestety pogoda zaczyna się psuć. Zrywa się coraz większy wiatr nawiewając spore porcje pustynnego pisku na jezdnię. Po pewnym czasie wiatr jest na prawdę silny – na, tyle że zaczynam to bardzo poważnie odczuwać prowadząc motocykl. Dookoła aura robi się coraz bardziej ponura przypominając scenerię z horroru. Widzę przed sobą coś, co można nazwać wielką chmurą piasku i zaczynam zdawać sobie sporawe, że właśnie wjeżdżam w burze piaskową. Wiatr przybiera na sile coraz bardziej, a nawiewany piasek zaczyna zasłaniać jezdnię. Mimo pozamykanych wszystkich możliwych wlotów w kasku czuje obecność drobnego pyłu pod kaskiem – w ustach, we włosach, wszędzie. Szybę mam domkniętą a mimo to oczy ciągle są zasypywane drobnym jak mąka pustynnym piaskiem. Zaczynam się zastanawiać czy jechać dalej, ale szybko dociera do mnie, że jada jest jedynym rozsądnym wyjściem z tej sytuacji. Gdybym się zatrzymał to dokładnie nic by to nie zmieniło. Mógłbym postawić motocykl na asfalcie (bez gwarancji, że wiatr go nie przewróci) a sam usiąść sobie na poboczu. Decyduję, że mimo wszystko jadę dalej. Jadę w takich warunkach ok. 120 – 150 km poczym wiatr zaczyna trochę ustępować. Mimo wszystko jazda w takich warunkach odbiła się na spalaniu, ale niestety nie widzę, żadnej stacji. Mam w kanistrze „piątkę” na czarną godzinę, ale przy takim wietrze wlanie jej do zbiornika jest praktycznie niemożliwe. Jadąc dalej łypie okiem raz na wskaźnik paliwa a raz przed siebie w poszukiwaniu stacji benzynowej. Gdy mam już ostatnia kreskę widzę coś, co w Mauretanii nazywane jest stacja benzynową. Kupuje paliwo – kamień spadł mi z serca. Przy okazji oglądam motocykl upewniając się, ze burza nie wyrządziła poważniejszych szkód. Okazało się, że piasek nawiewany z dosyć duża siłą zdarł lakier z przedniej ściany kanistra, który jest przymocowany to tylnego gmola. Tym oto sposobem mam przygotowany kanister do lakierowania :- ). Pogoda się wyraźnie poprawia a ja dojeżdżam do granicy mauretańskiej. Z daleka dostrzegam małą grupkę „majfrendów” i od razu zaczynam się nastawiać bojowo. Podjeżdżam przed pierwsze biura i zaraz jakiś natręt zaczyna mi nadawać koło ucha. Nie reaguję na jego oferty i o dziwo odczepia się ode mnie. Ogólnie przechodzę mauretańska odprawę bardzo szybko i sprawnie. Teraz trzeba przejechać przez nieszczęsny pas ziemi niczyjej do odprawy marokańskiej. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z tym terenem, gdy zakopałem motocykl, co kosztowało mnie 30 euro. Nauczony doświadczeniem jadę bardzo wolno wybierając tylko te miejsca, które według mojej oceny są na pewno przejezdne. Tak w żółwim tempie docieram do odprawy marokańskiej. Tutaj jest trochę więcej formalności, ale przechodzę przez granice sprawnie. Za dostatnim szlabanem tankuje „pod korek” i odkręcam gaz, trzymając kurs na Dakhla. Po drodze zaczyna się poezja punktów kontrolnych, gdzie trzeba zostawić kopię paszportu. Wkurza mnie to, bo jest ich na prawdę sporo. W hotelu (w Nouakchott) poprosiłem recepcjonistę, żeby zrobił mi ksero paszportu. Mam 22 kopie i umyśle, że to wystarczy, żeby przebrnąć przez Maroko. Jadąc wzdłuż linii brzegowej znowu zachwycam się widokiem oceanu. Mógłbym to oglądać cały czas. Jest naprawdę pięknie! Tym razem spoglądam w lewą stronę, żeby nacieszyć oko błękitna otchłanią Atlantyku. Pokonuje ostatnie kilometry i docieram do Dakhla. Odnajduję ten sam kamping, w którym spałem kilkanaście dni temu – dostaję nawet ten sam pokój. Jest jeszcze jasno, wiec decyduję się powalczyć z wyciekiem oleju. W jakimś garażu, który jest na terenie kampingu znajduję jakiś gumowy pasek i robie z niego uszczelni. Na postoju nic nie wycieka, ale czy moja robota miała sens okaże się dopiero jutro. Nie wiem czy uda ki się jutro osiągnąć Safi – pewnie będzie ciężko. Dzisiaj nakręcone 828 km.

27 dzień (19-05 niedziela)
Bardzo wcześnie rano budzi mnie świst wiatru, który jest dosyć intensywny. Oczywiście o tej godzinie nie ma prądu, bo agregat przestał działać. Zakładam, więc swoja „czołówkę” i zaczynam się szykować. Właściwie trudno to nazwać toaletą poranną, bo warunki niewiele odbiegają od obozów harcerskich, które pamiętam ze szkoły. Po spakowaniu kufrów podchodzę do motocykla i czyszczę go z piasku, który nawiał przez noc. Zaczyna się troszeczkę przejaśniać, ale nadal jest ciemno. Wieje intensywny wiatr, który przynosi drobinki piasku osiadające na każdej części garderoby. W oddali słychać szum oceanu. Odnoszę do recepcji klucz i budzę faceta z obsługi prosząc o otwarcie bramy. Wyjeżdżam na szosę i kieruje się na północ – kierunek Agadir. Po przejechaniu ok. 10 km zaliczam trzy punkty kontrolne, w dwóch z nich pamiętają mnie jeszcze wczoraj, jak jechałem do Dakhli szukać noclegu. Poranek jest bardzo wietrzny i dosyć chłodny. Wiatr zmaga się trochę i momentami mam problem z opanowanie motocykla. Postanawiam, wiec nie przekraczać 100km/h. Od czasu do czasu trzeba uważać na nawiany z pustyni piasek, który układa się w dosyć zdradliwe hałdy na szosię. Z pozoru wygląda to niewinnie, ale ertek w miękkim, pustynnym pisaku zarzuca dosyć intensywnie. Odcinek między Dakhlą i Laayoune (ok. 520 km) jest bało komfortowy. Wieje silny wiatr, trudniej prowadzi się motocykl i spalanie jest znacznie większe. Niestety po drodze odkrywam, że moje wczorajsze zabiegi związane z uszczelnieniem wycieku spełzły na niczym! Totalnie tego nie rozumiem! Wymieniłem olej i zaczął się pojawiać ten wyciek spod korka. Dziecinnie prosta czynność i pierwszy raz w życiu widzę taki efekt. Podczas wyciągania korka nieopatrznie wyjąłem też pierścień uszczelniający, który jest między korkiem a cylindrem. Wyczyściłem go jednak i starannie włożyłem na swoje miejsce. Od tego czasu jest wyciek! Nie kumam tego. Ciągle mam opryskaną lewą stronę motocykla. Moja lewa nogawka wygląda jak szmata do czyszczenia. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego ten olej jest wyrzucany pod korkiem. Martwi mnie to bardzo!! Po przejechaniu ok. 600 km zdaje sobie sprawę, że nie uda mi się dzisiaj dotrzeć do Agadiru. Musiałbym pokonać ok. 1200 km, ale trudy podróży zaczynam odczuwać coraz bardziej. Czuję, ze mnie zamula i tracę koncentrację. Przez Saharę prowadzi droga asfaltowa, która jest w dosyć dobrym stanie. Czasami można całkiem nieźle odkręcić gaz. Trzeba tylko uważać na nawiany piasek i wielbłądy, które czasami stoją blisko drogi. Jednak ja czuje się już trochę zmęczony i dochodzę do wniosku, że nie ma sensu się aż tak śpieszyć. Postanawiam więc zwolnić i podziwiać widoki oceanu, który dzisiaj jest trochę bardziej rozdrażniony niż w dniu, kiedy jechałem w stronę przeciwną. Grzbiety fal są białe i uderzają z większą siłą o klify. Mimo wszystko widok jest piękny! Po drodze zaliczam jeszcze kilka punktów kontrolnych – rozdając oczywiście w każdym ksero mojego paszportu. Postanawiam dzisiaj nakręcić ok. 800km i szukać noclegu. Dojeżdżam do miejscowości Tan-Tan i na wjeździe pytam policjanta czy SA tutaj jakieś dobre hotele. Słyszę jego zachwycony glos, żs OCZYWIŚCIE. Przymykam na to oko, dziele w myślach jego przechwałki i jadę wolno poszukując szyldu z napisem hotel. Ujechałem ok. 2 km i zza zakrętu wyłania się cos takiego. Wchodzę do środka i szukam recepcjonisty. Po chwili oglądam pokój, który bardziej mi przypomina wagon sypialny PKP. Nie narzekam jednak, bo cena jest „super śmieszna”. Do obsikanej dziury w podłodze – w toalecie – też zaczynam się przyzwyczajać. O dziwo koleś zapewnia, że jest Internet, ale sygnał najlepszy jest na parterze. W sumie mi to nie przeszkadza. Ważniejsze jest bezpieczne miejsce dla beemki. Tutaj zaczynają się pierwsze schody. Recepcjonista mówi, że mogę postawić motocykl na terenie ogrodzonym, tuż obok recepcji. W nocy jest zamknięta brama, więc wszystko wydaje się cacy. Gość zapewnia, że bardzo Często motocykliści zostawiają w tym miejscu swoje maszyny. Zmienia jednak zdanie, gdy podjeżdżam swoją maszyną koło bramki wjazdowej – właściwe furtki. Próbuje się wcisnąć, ale gdy podczas tego manewru wypinają się obydwa kierunkowskazy rezygnuje z tego zabiegu. Recepcjonista poleca hotel, który jest 300m dalej. Oddaje klucze i ruszam do kolejnego przybytku. Wchodzę do budynku i w recepcji pytam zawiniętą w jakieś chusty dziewczynę czy są wolne pokoje. Idę zobaczyć, czym dysponuje hotelik. Okazuje się, że pokój jest do przyjęcia. Ciągle pozostaje problem miejsca na motocykl, bo hotel mieści się tuż przy ulicy i nie ma mowy, żebym zostawił na noc erteka na pastwę niewinnie wyglądających turbaniarzy. Okazuje się, że za 2 euro mogę mieć do dyspozycji garaż. Jest ekstra! Korzystam z tego i zaczynam doprowadzać się do porządku – prysznic jedzonko… no i znalazł się nawet dostęp do Internetu :- ). Jutro planuje dotrzeć do Safi. Opuszczę wiec tą krainę wielkich piachów i gigantycznych przeciągów. Pojutrze do Tangeru i może do Hiszpanii.

[ Dodano: 2013-05-19, 23:56 ]
Moi drodzy! W najbliższym tygodniu opuszczę teren Afryki i zacznę się kierować w stronę Polski. Moja podróż trwa już 27 dni, które przysporzyły mi sporo nowych doświadczeń – również związanych z jazdą motocyklem. Na razie za zdecydowanie za wcześnie na jakiekolwiek podsumowanie, ale chciałbym bardzo wyraźnie zaznaczyć, że ogromny wkład w przygotowaniu wyprawy ma grupa sponsorów, która wsparła mój projekt. Jestem za to bardzo wdzięczny i mam nadzieję, że firmy, które mnie wsparły będą miały poczucie, że nie zawiodły się na tej inicjatywie.
Sylwetki firm sponsorskich są cały czas dostępne na :

http://www.krykom.pl/afryka/sponsorzy.html

JESZCZE RAZ BARDZO DZIĘKUJĘ :-) !!

25 …

25 dzień (17-05 piątek)
Wstaje ok. 6:45 i zaczynam się szykować do drogi. Dzisiaj w planach mam przekroczenie granicy senegalsko-mauretańska w Rosso – musicie mi wierzyć, że to koszmarne miejsce. Zdecydowanie najgorsze, jakie spotkałem podczas mojej afrykańskiej podróży. Musze się dobrze nastawić emocjonalnie na spotkanie ze zdecydowanie najbardziej upierdliwymi „majfrendami”, którzy niestety kiedykolwiek przyszli na ten świat! Do przejścia granicznego mam ok. 100km. Po porannej toalecie zaczynam dopinać kufry i wiązać worek, po czym schodzę z częścią tobołków do motocykla. Tutaj pojawia się moja pierwsza dzisiejsza niespodzianka. Ktoś w nocy zakosił mi butle z olejem, którą miałem przypiętą do tylnego gmola. W butli było ok. 2 – 2.5 litra oleju ravenol. Po zmianie oleju w Gwinei ciągle beemka wypluwa spod korka olej, dzięki czemu mam opryskana lewa części motocykla, nogawkę oraz but. Nie mogę nad tym zapanować, choć próbowałem kilka razy. Martwi mnie to coraz bardziej – tym bardziej olej na dolewkę jest mi NIEZBĘDNY! Gdyby ktoś połaszczył się na olej w Polsce to wyśmiałbym w duchu takiego żałosnego złodzieja. Ale tutaj!? Tutaj nie! Gdy stan oleju spadnie poniżej minimum będzie bardzo poważny problem! Idę wiec wkurzony jak osa do recepcji i zaczynam moja przemowę do recepcjonisty. Mówię mu, że jestem tutaj drugi raz. Ten hotel gorąco polecał mi policjant, którego pytałem o miejsce do spania w Saint-Louis, gwarantując, że to najlepszy hotel w mieście. Przypominam, że sama obsługa gwarantowała o ochronie na terenie obiektu, zapewniając, że mój motocykl jest w 100% bezpieczny. Pytam gościa jak mam rozumieć fakt, że ktoś rąbnął mi olej silnikowy? Widzę, że chłopach spuszcza głowę i jest mu wyraźnie głupio. Zaczyna gdzieś dzwonić, a ja cały czas nadaję, że mam do domu ok. 10tys kilometrów i po drodze muszę zmienić olej. Po chwili koleś rozłącza swoją rozmowę telefoniczną i mówi, że hotel odkupi mi olej. Bierzemy więc taksówkę (przy okazji dowiaduję się jak bardzo może być rozklekotany samochód, który pełni role taksówki) i jedziemy do serwisu kupić olej. Ostatecznie dostaje 4 litry oleju, który w prawdzie nie jest tym czym dysponowałem, ale z braku laku i kit dobry. Kończę, więc pakowanie, oddaje klucz i nieco spokojniejszy jadę w stronę granicy. Po drodze utwierdzam się,. Że spod korka nadal wydobywa się olej. Nie mam już na to siły!. Ostatecznie dojeżdżam do granicy i z oddali widzę ten rozgardiasz i ogólna scenerie przypominającą zaplute getto. Już jadąc słyszę moje ulubione „my friend”, co jeszcze bardziej mnie negatywnie nastawia. Kieruje się w stronę bramy wjazdowej na teren przejścia granicznego, przejeżdżam przez nią i ustawiam motocykl przed promem, którym trzeba się udać na druga stronę rzeki – na stronę mauretańską. Prawie natychmiast dookoła mnie jest pełno tych kleszczy, które czekają jak tu wyciągnąć ode mnie kasę. Na domiar złego podchodzi jakiś małolat z tacą i prosi o drobne – prezentując się przy tym jak kościelny podczas niedzielnej mszy. Czuje się tak, jakby ktoś pomalował mnie miodem lub dżemem i wpuścił do pomieszczenia pełnego much. Ignoruje totalnie natrętnych „majfrendów” nie odpowiadając im na żadne pytania. Jakiś dydek, który jest najbardziej upierdliwy zaczyna mnie przekonywać, że musze kupić ubezpieczenie na motocykl. Nie wiem po co, skoro kupiłem takowe podczas wjazdu do Senegalu od strony Gwinei. Nie tłumacze mu tego, bo wiem, że jak zacznę to niepotrzebnie rozmowa będzie się nakręcać. Ogólnie przyjmuje taktykę pod znakiem „głębokie milczenie”. Wolno schodzę z motocykla i ściągam kask oraz rękawice. Czuje jak kilak osób z różnych stron puka mnie w ramie lub ciągnie za rękaw chcąc zaoferować swoja pomoc podczas przekraczania granicy. Nie mówię im jednak, gdzie ich mam tylko podchodzę do umundurowanego policjanta i pytam, od którego biura mam zacząć moja przygodę z odprawa celną. Po wskazaniu skrajnie zapuszczonego budynku idę w jego stronę – koło mnie idzie najbardziej cierpliwy „pomocnik” ciągle cos gadając. Olewam go bardzo szczerze i robie pielgrzymkę zaglądając łącznie do 4 pomieszczeń – każde swoim wystrojem wnętrz jest w gorszym stanie niż polski szalet miejski. Mój „opiekun” snuje się koło mnie cały czas, aż w pewnym momencie mówię do niego spokojnie po Polsku, co o nim sądzę – słowa te nie nadają się do tutejszej publikacji. Musze jednak wyglądać na nieco poirytowanego, bo podchodzi do mnie umundurowany policjant, ogląda załatwione formalności i mówi, że mogę wjechać na prom. Ty sposobem znajduje się na promie, jednak ta łajza, która człapie za mną cały czas po nadbrzeżu drepcze za mną. Nagle pada z jego ust pytanie czy mam dla niego prezent – czyt. kasę. Nie wiem jak musiała w tym momencie wyglądać moja mina, ale jak się na niego spojrzałem to błyskawicznie wrócił powrotem na senegalska stronę. Pomyślałem sobie, że połową sukcesu za mną. Teraz została mi odprawa mauretańska i jadę dalej. Gdy prom dobija do nadbrzeża, celnik bierze ode mnie paszport i kartę motocykla a ja zjeżdżam z promu na parking. Tutaj historia się powtarza i pojawiają się ponownie zatroskani o pomyślne przebycie mojej odprawy „majfrendzi”. Ja ponownie stosuje metodę milczenia, która początkowo przynosi efekt. Odbieram z okienka paszport i kartę pojazdu oraz udaje się do drugiego, równie obleśnego miejsca. Widzę kolejna gromadę nierobów-majfrendów, którzy natychmiast dają mi całą gamę porad i ofert. Jeden z nich jest wybitnie nachalny i próbuje mnie zaprowadzić do jakiegoś biura, ciągnąc za rękaw. Tutaj niestety moje nerwy trochę zawodzą. Jest upał, chce mi się pic, jestem zmęczony. Czuje, że pod kombinezonem motocyklowym jestem cały mokry. Nie mogę zdjąć kurtki i jej zostawić, bo mam w kieszeniach wszystkie dokumenty oraz kasę a ta łajza jeszcze doprowadza mnie do szału. Nagle wybucham i zaczynam wrzeszczeć na tego popaprańca. Mówię mu co o nim myślę i o tym co robi na granicy. Krzyczę, że będę rozmawiał tylko z umundurowanym funkcjonariuszem a nie z kimś takim jak on. Czuję, że mój wkurw zaczyna osiągać apogeum. W tym momencie podchodzi do mnie mauretański celnik, klepie mnie po ramieniu i zaczyna uspokajać. Pokazuje mi drogę do kolejnego biura. Kątem oka widzę jak „majfrend” stoi z wytrzeszczonymi oczami. Chyba nie zdarzyło mu się, żeby jakiś turysta mu kiedykolwiek tak wygarnął. Ostatecznie mam spokój z tymi kleszczami – na końcu podchodzi do mnie tylko jeden i pyta czy chce wymienić kasę. Wymieniam u niego euro na mauretańską walutę. Po całej odprawie wielkie stalowe drzwi do Mauretanii się otwierają i wyruszam w stronę Nouakchott. Mam do przebycia ok. 240km. Chce poszukać noclegu i jutro rano wyruszyć w stronę granicy, żeby wjechać na teren Sahary Zachodniej. Planuje nocować w Dakhla a potem będą mnie czekały nieco dłuższe przebiegi. Mam nadzieję, że ertek da radę. Dzisiaj nakręcone tylko 326km, ale za to wyjechałem z Senegalu pozostawiając za sobą ta czarna Afrykę, która poza koszmarem w Rosso dała mi tez sporo fajnych przeżyć.

21,22,23,24….

Kochani. Dostęp do Internetu to czasami sprawa przypadku. Niestety czasami jest tak, ze obiecują w hotelu … a potem przypominasz sobie wierszyk z dzieciństwa „obiecanki cacanki”. Dzisiaj się udało, ale nie wiem kiedy kolejny raz dostąpię tego zaszczytu. Oto kilka zdań an temat ostatnich przeżyć.
———————————————————————–
21 dzień (13-05 poniedziałek) – trzeci dzień pobytu w Labe
Dzisiaj poranek był nieco szybszy – tzn ja zerwałem się z łóżka szybciej, bo podobno o 8:00 mieliśmy jechać na Uniwersytet. Ostatecznie po porannych przygotowaniach nastała nostalgia. Telefon milczy a ja się trochę nudzę. Widocznie coś nie zagrało i muszę czekać. Kręcę się trochę po ulicy, przy której jest zlokalizowany hotel i cały czas czekam na telefon. Ostatecznie znalazłem sobie fajne miejsce koło bramy wjazdowej do hotelu, siadam pod drzewem na krzesełku i oglądam poranek w Labe. Nic specjalnego się nie dziele, poza jeżdżącymi i ciągle trąbiącymi motocyklistami na popierdułkach. Nagle zatrzymuje się koło mnie samochód i wychodzi z niego facet w garniturze. Podchodzi do mnie i się wita – dopiero teraz poznaję dyrektora Uniwersytetu. Ostatnio jak go widziałem był ubrany w jakiś regionalny strój, więc diametralnie różnił się od wizerunku faceta w czarnym garniturze. Mówi, że za chwile pojadę na Uniwersytet, gdzie będę wygłaszał swój wykład. Nareszcie zacznie się coś dziać, bo od rana trochę się nudzę. Musze jeszcze dzisiaj wyjaśnić sprawę z samochodem, który mnie przewiezie przez te największe wertepy zachodniej Afryki oraz wymienić kasę,. Żeby zapłacić za mój pobyt w hotelu. Sprawa z samochodem nie jest jasna, bo mój motocykl jest dla Afrykańczyków zdecydowanie za duży. Martwienie to, ale na razie jestem optymistą. Ślęczę tak więc przez wejściem do hotelu i rozmyślam o opcjach mojej podróży w stronę europy, gdy podjeżdża nieco sfatygowany mercedes 190. Wsiadamy do auta i ruszamy do Uniwersytetu. Po przybyciu na miejsce udajemy się najpierw do jakiegoś biura apotem do Sali gdzie będę mógł wygłosić to co przygotowałem. Będę mówił na temat Polski, Bydgoszczy oraz Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Okazuje się, że studenci potrzebują tłumacza, więc Fatoumata tłumaczy to, co mówię na język francuski. Podczas prezentacji wszyscy są raczej zainteresowani. Prezentuje kraj, miasto i Uniwersytet pokazując i omawiając różne fotografie. Widzę, że dla niektórych zgromadzonych jest to wielki świat. Kompletnie inna planeta. Potem przechodzę na tematy Informatyczne i pojawia się pierwszy problem z tłumaczeniem. Fatoumata nie jest informatykiem, więc dla niej większość omawianych przeze mnie kwestii jest kombinacją kalamburów i zbitkiem kompletnie nic nie znaczących terminów. Pomaga, więc jeden z pracowników, ale też nie wszystko do niego dociera. Ostatecznie po ok. 1,5 godziny docieram do końca mojej prezentacji. Dziękuję wszystkim za zaproszenie, uwagę oraz wyrażam nadzieję na to, ze nie widzimy się ostatni raz. Wszyscy są bardzo przychylni i życzliwi. Widać, że jestem dla nich nie lada atrakcją, z którą warto zrobić sobie zdjęcie lub uścisnąć jej dłoń. Mam przy sobie jedną naszywkę z Godłem Polski oraz kilka z logiem wyprawy. Pytam czy ktoś che na pamiątkę. W tym momencie zostaje otoczony przez tłum studentów i każdy wyciąga rękę po prezent. Natychmiast przypomina mi się sytuacja, gdy rozdzielałem cukierki miedzy dzieci w Kunta Kinteh Camp w Gambii. Mam jeszcze dwie flagi Bydgoszczy i mówię, że mogę je tez rozdać, ale pod warunkiem, że zrobimy sobie na zewnątrz wspólne zdjęcie. Momentalnie cały tłum wybiega przed budynek. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia a flagi Bydgoszczy zostają w Labe. Po całych tych intensywnych przeżyciach wracam do hotelu. Umawiamy się na kolacje za ok. godzinę, potem mamy jechać do kafejki internetowej. Jedziemy do restauracji, która tutaj uchodzi za „tą lepszą”, natomiast w Polsce nie przeszła by żadnych norm Sanepidu. Znowu jem potrawę z kurczaka i ryżu „Yassa”. Jest po prostu pyszna tylko trzeba uważać, który sos się bierze, bo ten pikantny chce wypalić przełyk ż żołądkiem włącznie. Z restauracji jedziemy do kafejki internetowej, która jest wypełniona po brzegi. Chwila czekania na zewnątrz i jedno miejsce się zwalnia. Siadam więc pośpiesznie i czekam aż komp uzyska połączenie z Internetem. Gdy to już następuje moje nerwy znowu zostają wystawione na wielka próbę. Mozilla przez ok. 10 minut nie może połączyć się z FB. Czuję, że za chwilę wybuchnę! „Szybkość” tych komputerów jest poniżej wszelkich oczekiwań. Odczekuję jeszcze chwilę i z wściekłością wyciągam pena i wychodzę z tego przybytku. Na zewnątrz Fatoumata pyta z uśmiechem czy załatwiłem wszystko co chciałem. Mam ochotę jej powiedzieć co sądzę o tej kafejce ale w ostatniej chwili się powstrzymuję. Widzę, że robią absolutnie wszystko, żebym był zadowolony. Czasami mam wrażenie, ze stanowi to dla nich w pewnym sensie priorytet. Nie chcę doprowadzać do niesmacznych sytuacji, więc uśmiecham się i wsiadam do samochodu. Pozostaje jeszcze na dzisiaj załatwienie samochodu, który jutro przewiezie mnie i erteka przez ten koszmar. Jedziemy wymienić pieniądze na jakiś targ a potem w umówione miejsce, w którym ma czekać na nas kierowca terenówki. Na miejscu przeżywam kolejne ogromne zdziwienie – niemal szok. Okazało się, ze ten facet dysponuje tylko samochodem osobowym i planuje moją beemke wrzucić na bagażnik dachowy i tak przejechać przez ten odcinek off-roadu. Poza tym „zabezpieczenie” motocykla przed zsunięciem się z dachu ma stanowić jakaś siatka, która wygląda jak stara rybacka sieć. Szczęka opada mi prawie do ziemi! Tłumacze mu, że motocykl waży prawie 300kg, do tego są załadowane kufry. Poza tym nie ma opcji, żeby motocykl leżał! Gość z uprzejmą mina mówi, że jak sobie życzę to możemy postawić motocykl na dachu. Widzę, że koleś bardzo chce pomóc, ale widzę też, że nie ma kompletnie wyobraźni i brak mu zdolności przewidywania konsekwencji swoich „złotych pomysłów”. Kończę dyskusję tak szybko jak tylko to możliwe i wracamy do hotelu. Już wiem, że jutro musze przedrzeć się przez ten trudny odcinek sam, bez żadnych nowatorskich pomysłów tutejszych transportowców. Zabieram się więc pospiesznie do pakowania. Zwijam majdan do kufrów i worka, pozostawiając tylko to co będzie mi niezbędne rano. Nastawiam budzik na 5:30 i kładę się spać. Jutro przede mną prawdziwe wyzwanie!.

22 dzień (14-05 wtorek) – wyjazd z Labe
Budzik budzi mnie bardzo wcześnie. Za oknem jest kompletnie ciemno. W Gwinei czas w stosunku do Polski jest przesunięty o 2 godziny wstecz – tzn. jeżeli w Labe jest 5:30 to w Polsce 7:30. Mimo wszystko jest kompletnie ciemno. Gwinea ma sporo problemów gospodarczych, które przekładają się m.in. na to, że prąd jest tylko od godz. 18:00 do 6:00. Niestety o 5:30 w moim hotelu nie ma już prądu. Zakładam, więc latarkę „czołówkę” i po porannej toalecie oraz śniadaniu pakuję pozostałe rzeczy. Wyciągam też gwinejską kartę SIM z telefonu i wkładam do tropiciela – może uda się nawiązać kontakt i określić moja lokalizację. Przypinam kufry i bagaż na tylne siedzenie. W między czasie słońce leniwie wstaje i robi się coraz jaśniej. Kilkanaście minut po szóstej wyruszam w stronę Senegalu. Po drodze u przydrożnego handlarza kupuje benzynę,. Tutaj po raz kolejny przekonuję się, że obiegowe informacje o analfabetyzmie w Afryce są prawdziwe. Facet mówi mi ile mam zapłacić w jakimś kompletnie obcym mi języku, ale dla mnie to jest czarna magia. Wyciągam notes i proszę go, żeby mi napisał ile mam zapłacić. Niestety ta sztuka przerasta właściciela tego biznesu. Uśmiecha się i pokazuje, że nie potrafi. Ostatecznie wyciąga pieniądze i pokazuje, jaka jest należność za benzynę. Kilkakrotnie spotkałem się z tym, że poszczególne osoby ni potrafiły napisać ceny. Na przykład Ousoumoni, który przeprowadził mnie przez większość drogi do Labe nie potrafił napisać swojego imienia w notesie – zrobił to jego kumpel. Jedyne., co potrafił to napisać swój nr telefonu, ale i to sprawiało mu trochę kłopotów.
Jadę w kierunku Kundara drogą, która jest prawdziwym koszmarem. Dzisiaj przede mną spore wyzwanie. Chcę dotrzeć do jakiegoś hotelu w Senegalu, ale najpierw musze pokonać odcinek drogi, który przypomina trasę off-road. Musze jechać na tyle ostrożnie, żeby nie zaliczyć większej ilości gleb oraz nie doprowadzić do większych uszkodzeń w moim Arteku – w końcu chce, żeby dowiózł mnie do domu. Podczas mojej przeprawy po drodze spotykam pomykającą yamachą parę z Belgii. Są równie zaniepokojeni droga jak ja, ale podchodzą do tego z większa doza humoru. Ich motocykl wygląda na bardziej sfatygowany niż mój. Chcą dotrzeć do Dakaru, ale mówią, że czują już spore zmęczenie. Ucinamy sobie ok. 5 min pogawędkę, po czym ruszam dalej. Po woli słońce zaczyna przygrzewać bardzo intensywnie. Czuję, że upał odbiera mi siły panowania nad stalowym cielskiem beemki. Zatrzymuje się w jakiejś wiosce i kupuje napoje. Dzieciaki są jak zwykle ogromnie zainteresowane zarówno motocyklem jak i mną. Chyba nie często maja okazje oglądać przepoconego i zakurzonego białasa na bardzo dziwnym motocyklu. Po drodze orientuję się, że chyb a zmieniłem drogę, dlatego bo docieram do jakiejś przeprawy promowej przez małą rzeczkę. Wcześniej tego nie było, więc musiałem nieco zmienić kierunek mojej podróży. Ostatecznie okazało się, że zmiana wyszła mi na dobre, bo tym sposobem ominąłem odcinek drogi usłany wielkimi głazami, na których ostatnio położyłem erteka. Wjeżdżam więc na drewnianą łajbę, która szumnie nazywana jest promem. Upewniam się u „Kapitana”, że droga prowadzi do Senegalu. Cała przeprawa trwa może 5 minut i jest to czas, który „nawigator” tej łajby wykorzystuje na podziwianie mojego motocykla. Na drugim brzegu jeszcze musze mu obowiązkowo zrobić fotkę motocyklu i potem ruszam w dalszą podróż. Warunki jazdy cały czas nie zmieniają się. Panuje niemiłosierny upał, jest pełno czerwonego kurzu, który osiada na każdym skrawku mojej odzieży oraz najbardziej ukrytych zakamarkach motocykla. Kilka razy czyszczę szybę kasku, bo widoczność dosyć szybko pogarsza się. Przejeżdżając przez malutkie pipidówki ludzie kiwają mi przyjacielsko i uśmiechają się. Krzyczą cos w plemiennych językach, ale ja oczywiście tego nie rozumiem. Jestem już bardzo zmęczony tą drogą i marze o asfaltowej nawierzchni. Nagle widzę przed sobą znajomy widok! To posterunek żandarmerii, w którym kilka dni temu spędziłem noc. Podjeżdżam i zatrzymuję się. Widzę, że policjanci są wyraźnie ucieszeni na mój widok. Witamy się serdecznie i ucinamy sobie chwilę pogawędki. Cała ta nasza rozmowa może stanowić wstęp do opatentowania nowego, międzynarodowego języka, który jest mieszaniną słów: angielskich, francuskich, jakiegoś języka plemiennego oraz dosyć dużej porcji intensywnej gestykulacji. Chłopacy proponują mi posiłek podsuwając miskę ryżu. Jest to bardzo miłe z ich strony, ale odmawiam. Jeżeli zostanę tutaj dłużej to mogę nie zdążyć dojechać do hotelu po przekroczeniu granicy Senegalu. Żegnamy się więc i ruszam dalej. Jadąc wertepami sporo rozmyślam o moim pierwszym spotkaniu z żandarmami. Dzisiaj oglądając trasę za dnia mam pewność, że pozostanie wtedy w nocy w punkcie kontrolnym było jedynym słusznym rozwiązaniem. Chłopacy oferując mi nocleg w tym szałasie wykazali ogromny rozsądek, pomagając mi w olbrzymim zakresie. Kto wie, może nawet mnie ocalili? Jestem i będę im za to wdzięczny na zawsze. Dojeżdżam do jakiejś stacji benzynowej, zatrzymuje się i tankuje „pod korek”. Podchodzi do mnie chudy chłopak, który mówi że mnie poznaje. Jadąc dolane tankowałem dokładnie w tym samym miejscu. Po chwili i ja go sobie przypominam. Chłopak jakiś czas mieszkał w Gambii, więc nie ma problemu z językiem angielskim. Rozmawiamy chwilę, a gdy szykuję się do startu mój rozmówca prosi mnie o adres e-mail Obiecuje, że napisze do mnie „co słychać”. Pisze mu adres na kartce i ruszam. Mijam wzniesienia, zakręty oraz kilka rozpadających się mostków. W końcu docieram do asfaltowej nawierzchni! Jestem nieprawdopodobnie szczęśliwy! Przebicie się przez 185 km odcinek koszmarnej drogi zajmuje mi 7,5 godziny. Jestem wyczerpany, ale do granicy mam 130 km. Tym razem jest to droga równa, asfaltowa i w końcu mogę wrzucić wszystkie biegi. Po drodze ponownie zatrzymuję się, żeby zakupić napoje. Przed sklepem odkrywam, że lewy cylinder jest upaprany w oleju. W pierwszej chwili jestem trochę przestraszony. Szybko wnioskuję, że wymieniając w Labe olej wlałem nieco ponad stan a korek nie był dobrze dokręcony. Efekt jest taki, że upaprany od oleju jest lewy cylinder, owiewka, lewy tylny kufer oraz moja nogawka i lewy but. Biorą pod uwagę to co spotkało mnie podczas przeprawy wertepowej, te drobiazgi nie robią na mnie większego wrażenia. Kupuje napoje i przywiązuje je do motocykla. Chłopak ze sklepu przychodzi z narzędziami i dokręca korek. Daje mi tez „w gratisie” plastikowy worek z wodą. Wskakuje na motocykl i ruszam w kierunku granicy. Rozpędzam motocykl. Droga jest bardzo dobra, wiatr mnie przewiewa i ogólnie jedzie się świetnie. Przejeżdżam ponad 100km i docieram do granicy. Po gwinejskiej stronie odprawa tra ok. 10 minut. Funkcjonariusz zaprasza mnie do szałasu, który szumnie nazywany jest biurem. Jak zwykle ogląda okładkę mojego paszportu przez dłuższą chwilę. Potem przychodzi czas na studiowanie tego co jest wpisane w wizie zarówno gwinejskiej jak i senegalskiej. Pyta, po co byłem w Labe. Gdy tłumacze mu, że celem moje podróży była wizyta w Uniwersytecie, która może doprowadzi do współpracy między uczelniami, robi wielkie gały i niemal „przybija do dacha”. Oddaje mi paszport i pozwala jechać dalej. Ujeżdżam ok. 20m i zatrzymuje się przed sznurkiem, który ma być namiastką szlabanu granicznego. Kolejny koleś we mundurze coś do mnie mówi po francusku. Tłumaczę, że jego kolega przed momentem powiedział mi, że jestem już odprawiony. Oglądam się przy tym za siebie i pokazuję szałas, w którym przeszedłem odprawę graniczną. W tym momencie z owego szałasu wychodzi celnik i kiwa ręką, żebym został puszczony przez granice. Tym sposobem sznurek graniczny opada na dół a ja jadę w stronę odprawy senegalskiej. Dystans, który trzeba przebyć między odprawą gwinejska i senegalską to ok. 33km. Droga jest jednak bardzo dobra i jedzie się świetnie. Dojeżdżam do odprawy. Tutaj tez niema większych problemów. Płacę tylko za ubezpieczenie motocykla. Tym razem ja szukam „majfrenda”, żeby wymienić gwinejska kasę na walutę Senegalu. Cała transakcja przebiega szybko i sprawnie. Chce jeszcze wymienić euro, ale jak widzę kwotę jaka „majfrend’ proponuje mi za 1 euro, to mam pewność że traktuje mnie jak skończonego frajera. Chowam więc banknoty do kieszeni i zagaduje jednego ciekawskiego chcąc zakupić benzynę. Kupuje 10L i ruszam w stronę miasta Tamba. Senegalski celnik zachwalał to miasto i znajdujące się w nim hotele. Od granicy do Tamby jest 110km. Jestem już na prawdę zmęczony., Jadę z nadzieją, że znajdę tam jakiś godny nocleg. Zaczyna się szybko zaciemniać, co zmusza mnie do zwolnienia tempa, bo przejeżdżając przez wioseczki bardzo łatwo można się załapać na bliskie spotkanie z nieoświetlona bryczką lub innym pojazdem tej klasy. Po drodze mijam jeszcze dwa punkty kontrolne, ale się nie zatrzymuję. Nawet nie wiem czy policjanci zwrócili na mnie uwagę, ale nie mam zamiaru siedzieć na siodełku i czekać aż pooglądają mój motocykl, zapytają dokąd jadę i mnie puszczą. Jestem na to zbyt zmęczony i spieszy mi się do jakiegośmniejsca, w którym mogę się położyć i zasnąć. Do Tamby dojeżdżam w nocy i rozglądam się za hotelem. Wyciągam kartkę z nazwa hotelu, który według senegalskiego celnika jest „very good”. Po kilku perturbacjach znajduje ów przybytek i wchodzę do recepcji. Cena jest przystępna, ale po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu o ogromnej różnicy w standardach między naszymi kontynentami. Ostatecznie decyduje się zostać tutaj dwa dni. Musze wyprać zatłuczone czerwonym kurzem ciuchy i porządnie wypocząć. Chłopak z recepcji pomaga mi zanieść graty do pokoju, który mieści się w oddzielnie stojącym domku na terenie hotelu. Zrzucam z siebie zatłuczone ciuchy i włączam coś, co obsługa hotelowa nazywa klimatyzacją. Urządzenie wydaje z siebie odgłosy jak agregat prądotwórczy, ale po tak wyczerpującym dniu już mi to nie przeszkadza. W łazience odkrywam nowe zastosowanie prysznica, który oprócz kierowania strumienia wody na mnie, przy okazji myje sufit i ścianę. Dzisiaj już nie mam siły pisać. Kładę się na łóżko i leże przez dłuższy czas. Potem odchylam pościel i wpełzam po nią.
Jutro planuje zrobić porządek w moich rzeczach i przejrzeć motocykl. W czwartek wyjeżdżam z Tamby i będę się starał dotrzeć do Saint-Louis – miasta, w którym byłem jadąc w kierunku Gwinei. Chce odszukać znany mi już hotel. Z tego miasta mam ok. 100km do koszmarnego przejścia granicznego w Rosso. Potem obiorę kierunek na Mauretanie, gdzie ponownie zacznie się świat turbanów i łazienek z obsikanymi dziurami w podłodze.

23 dzień (15-05 środa) – Tamba, Senegal
Poranek jest pod znakiem lenistwa. Leżę w łóżku długo nie myśląc o żadnym pośpiechu. W końcu jednak wynurzam się z wyra i szykuję swój wizerunek w czymś, co nazywane jest tutaj łazienką. Wychodzę z pokoju planując zobaczyć, co motocyklem oraz poszukać banku, żeby wymienić euro. Koło mojego motocykla stoi kilka osób i widząc mnie od razu pytają czy go umyć. Zgadzam się na to, bo wygląd erteka po wczorajszej trasie klasyfikuje go do klasy motocykli szrotowo-śmietnikowych. Widzę koło hotelu roje dzieciaków z małymi tackami, które wyciągają w moją stronę chcąc kasę. Zresztą z podobna sytuacja spotykam się podczas przechadzki w stronę banku. W Afryce biały człowiek głównie jest postrzegany jak niekończąca się studnia kasy lub chodzący portfel! Nie zwracam uwagi na zaczepki tylko kieruje się „do centrum” w poszukiwaniu banku. Ostatecznie znajduję cos takiego i wymieniem nim euro, po kursie innym niż oferował mi wczoraj „majfrend”. Szykuje swoje motocyklowe ciuchy i wywieszam je na motocyklu, żeby wyschły. Udaje się z laptopem do całkiem ładnie wyglądającej restauracji i staram się połączyć z Internetem. Moje próby spełzają na niczym, bo pomimo zapewnień obsługi, że WiFi jest na całym terenie obiektu, nie uzyskuje połączenia. Mówiąc szczerze przywykłem już do tego, że jeżeli w hotelu zapewniają mnie o wszechobecnym sygnale Internetu często nic z tego nie wychodzi. Przyjmuję do siebie fakt, że nie mam na to żadnego wpływu. Spędzam w restauracji kilka godzin opisując moje ostatnie przeżycia i zrzucając fotki z aparatu.
Wracam do pokoju i robie sobie herbatę. Nie piłem tego od dawna – przynajmniej tej, którą znam z Polski. Na zewnątrz jest taki upał, że jak wychodzę to aż zapiera dech w piersiach. Nie wiem jak jutro będzie wyglądała moja podróż, ale do Saint-Louis mam około 500km. Zrobienie takiej trasy w Saharze Zachodniej byłoby niczym, ale tutaj jest ogromny upał i co chwilę jakieś małe zadupia, w których trzeba zwolnić. Bardzo chcę jutro tam dotrzeć, bo to oznaczałoby, że w piątek miałbym szanse opuścić Senegal, którego niestety nie polubiłem. Sądzę jednak, ze jeżeli wyjadę bardzo wcześnie to powinienem dotrzeć do celu – przynajmniej taką mam nadzieję.

24 dzień (16-05 czwartek)
Dzisiaj wstaje bardzo wcześnie – budzik dzwoni o 5:30. Na dworze jest zupełnie ciemno. Po woli szykuje rzeczy i robie poranna toaletę. Chce dzisiaj dojechać do Saint-Louis, ale nie chcę, żeby to było po zmierzchu. Po oporządzenie się w pokoju idę z tobolami do motocykla. Obsługa recepcji jest w szoku widząc mnie o tej godzinie. Zapinam kufry oraz worek z ciuchami. Kupuje dwie butelki wody i jeszcze po ciemku wyruszam z Tamby. Jadę bardzo ostrożnie, bo o tej godzinie – o zmierzchu – bardzo łatwo nadziać się na głęboka dziurę w asfalcie lub nieoświetloną bryczkę. Mijam małe miasteczka, które po woli budzą się do życia. Przypominam sobie faceta, którego spotkałem w porcie, gdy czekałem na prom po stronie hiszpańskiej. Ostrzegał mnie, żebym nie jechał nocą przez Senegal. Niestety już drugi raz złamałem postawioną sobie wówczas obietnicę. Po woli jednak się rozjaśnia i mogę się czuć nieco pewniej za kierownica erteka. Właściwie nie spodziewam się dzisiaj niczego specjalnego. Po prostu chcę jak najszybciej przejechać przez Senegal, żeby zbliżyć się do Europy. Mijam różne mieściny i uświadamiam sobie, że chyba zbliżam się do tej bardziej piaszczystej części Afryki. Po woli ta „czarna Afryka” zostaje za moimi plecami. Dzisiaj jeszcze za wcześnie, żeby robić jakiekolwiek podsumowania, ale na pewno mam już swoje preferencje. Jadę tak i rozmyślam o tym co widziałem i co przeżyłem do tej pory podczas mojej afrykańskiej podróży. Wjeżdżam do jakiejś mieściny i szybko sobie uświadamiam, że koło mnie na typowej afrykańskiej popierdułce dwóch małolatów chce sprowokować mnie do rywalizacji motocyklowej. Nie jestem za bardzo chętny na takie wyzwania, więc puszczam ich przodem. Widzę jak chłopacy pomykają prawą stroną dokładnie koło jakiejś terenówki. Kierowca samochodu nie rozgląda się specjalnie i nagle podejmuje decyzje o skręcie w prawo. Oczywiście kończy się to glebą dla chłopaków. Widzę jeszcze jak dynamicznie gestykulują cos, chcąc w ten sposób wyrazić swoje poglądy o ruchu drogowym. Niestety, tak to już jest, ze afrykańskie miasta mogą stanowić doskonałe miejsce do nakręcenia odcinków nowego teleturnieju pod tytułem „Co mi zrobisz, jak cię stuknę?”. Teoria „duży może więcej” jest w Afryce jak najbardziej żywa i niestety często praktykowana. Staram się przebić na drogę wylotową z tej mieściny. Tłok jest dosyć duży i trzeba uważać na niczym nieprzejmujących się pieszych, spacerujące kozy, krowy oraz wjeżdżające nagle bryczki. Zaczyna mnie to denerwować i staram się przecisnąć przez ten gąszcz samowoli ulicznej. Po drodze wyprzedzam kilka ciężarówek, które gubią za sobą dosyć obwite porcje swojego piaszczystego ładunku. Przyspieszam coraz bardziej i zaczynam już dostrzegać wyjazd z tej nieciekawej mieściny. Oczywiście sprzyja to odkręceniu gazy. Niestety w tym momencie widzę umundurowanego jegomościa, który pokazuje mi, że mam zjechać na pobocze. To spotkanie kosztuje mnie 15 000 CFA (ok. 25-30 euro). Początkowo upierdliwy policjant chce 18 000, ale po mozolnych dyskusjach opuszcza cenę do 15000. Chcę utargować wartość „bilecika” na 10000, ale widzę, że na moja propozycje policjant reaguje lekkim poirytowaniem i zaczyna chować mój paszport oraz prawo jazdy do kieszeni. Decyduję, więc, że płace owe 15 000 i z bólem serca jadę dalej. Po drodze w duchu mówię do siebie, co sądzę o napotkanym służbiście, ale te określenia nie nadają się do przytoczenia. Rozmyślając tak o swoich niespodziewanych wydatkach docieram do Saint-Louis. Miasto wygląda typowo w afrykańskim stylu. Na poboczach poszczególnych ulic można znaleźć dosłownie wszystko – widziałem dzisiaj nawet stara ramę od ciężarówki. Poza tym jest cała masa rozpoczętych wiele lat temu budów, które pewnie nigdy nie zostaną zwieńczone sukcesem. Niektóre niedokończone budynki zostały zaadoptowane na sklepy, inne niszczeją nakreślając beznadziejną panoramę typowego afrykańskiego miasta. Jadąc wolno ulicami staram się odszukać hotel, w którym spałem jadąc w stronę Gwinei. Odszukanie tego przybytku zajmuje mi ok. 15 minut. Wnoszę swoje toboły to pokoju i zaczynam doprowadzać się do porządku. Za oknem znowu jest jakiś festyn związany z promocja senegalskiego jazzu. Ostatnio była tutaj impreza związana z promocja Nescafe – widać Saint-Louis to bardzo rozrywkowe miasto. Jutro planuje wstać wcześnie i udać się na najbardziej koszmarne przejście graniczne, jakie miałem okazje poznać podczas mojej podróży. Chodzi oczywiście o granicę senegalsko-mauretańska w Rosso. Czuję, że będę musiał się jutro wykazać nie lada cierpliwością. W planach mam dotarcie do Nouakchott i poszukanie tam noclegu. Dzisiaj nakręciłem 630 km.