Afryka staje się wspomnieniem …

30 dzień (22-05 środa)

Dzisiaj od dłuższego czasu mogłem pospać nieco dłużej. W San Fernandom Am być dopiero po 14:00 więc nie ma pospiechu. Z Tarify do San Fernando mam do pokonania ok. 100km, więc nie ma pospiechu. Leniwie wygrzebuje się spod pieleszy ok. godziny 10:00. Za oknem rozciąga się widok na ocean. Mieszkanie w takim miejscu to prawdziwy skarb. Piękny widok i przez większą część roku wspaniała pogoda. Te klimaty znacznie różnią się od naszych polskich, zimowych realiów. Gdyby jeszcze w Hiszpanii kryzys nie był taki głęboki, to byłoby to fajne miejsce do mieszkania. Jak zwykle rano zapinam swój dobytek do erteka, uzupełniam olej i ruszam w drogę. Jadę bardzo spokojnie, niemal prędkością patrolową, bo nie chcę pocałować klamki od drzwi rodziców Juana. Docieram na San Fernando dokładnie 2 minuty przed 14:00. Przypuszczam, że będę musiał poczekać aż domownicy wrócą z pracy – w końcu umawialiśmy się, że będę PO godz. 14 a nie dwie minuty przed. Naciskam na domofon i (o dziwo) słyszę męski głos. Okazało się, że wcale nie przybyłem zbyt wcześnie. Wchodzę na 1 piętro i już na schodach widzę Pana Juana Manuela, który z uśmiechem wita mnie bardzo ciepło. Mężczyzna robi wrażenie bardzo spokojnego i kulturalnego człowieka. Wchodzę do mieszkania, w którym od progu wita mnie Pani Elvira oraz młoda dziewczyna – domyślam się, że to siostra mojego studenta. Właściwie tylko ona mówi po angielsku, ale wśród ludzi przyjaznych sympatyczna atmosferę można wyczuć nie znając żadnego języka. Zostaje poczęstowany sokiem pomarańczowym i siadamy razem w kuchni. Rozmawiamy chwile o Afryce i o tamtejszych warunkach. O różnicach w mentalności oraz poziomie życia – a właściwe różnicy między Afryką i Europą. Nie chcę dłużej zanudzać domowników, więc decyduję się na dalsza drogę. Zresztą i tak chodzi mi o jak najszybsze dotarcie do domu, więc dalsza jazda wydaja się najlepszym rozwiązaniem. Bardzo dziękuję za przechowanie mojego tobołka, życzymy sobie wszystkiego najlepszego i wychodzę przed kamienicę. Teraz beemka ma trochę więcej do dźwigania. Całe szczęście, że ten majdan został w Hiszpanii, bo na gwinejskich drogach byłby zdecydowanie nieporęczny. Mocuję wszystko do motocykla, odpalam gon i ruszam w kierunku Cordoby. Jazda przez Hiszpanię jest całkiem sympatyczna. Drogi w dobrym stanie, do tego pogoda sprzyja. Po woli zaczynam odzwyczajać się od afrykańskich realiów. Nie musze już troszczyć się o zakupi większej ilości wody, która poza swoim domyślnym przeznaczeniem ma służyć jeszcze do gotowania oraz mycia zębów. Używanie innej niż butelkowanej wody w Afryce grozi europejczykowi rewolucjami żołądkowymi. Wolałem więc nie ryzykować. Dzisiaj również mija okres, w którym musiałem brać lek antymalaryczny. Dzisiaj wziąłem ostatnią tabletkę i ten fakt również podkreśla to, że moja Afryka staje się dla mnie historią.
Staram się dzisiaj pokonać jak najwięcej kilometrów, ale na dobra sprawę zacząłem podróż o, godz 14:30, więc docieram tylko do miasta La Carolina. Jadę wolno ulicami małego miasteczka i tradycyjnie szukam szyldu z napisem „hotel”. Okazuje się, że w tej mieścinie jest tylko jeden hotel. Wchodzę wiec do wnętrza budynku i w recepcji pytam o wolny pokój. Tradycyjnie jest problem z angielskim. Pani recepcjonistka robi duże oczy i szybko kogoś woła. Po chwili przychodzi ok. 14-sto letnia dziewczyna, która widząc mnie od razu rzuca: „what do you want?”. Domyślam się, że ta forma zwrotu wynika raczej z kiepskiej angielszczyzny a nie wpojonych manier. Po chwili jednak wspólnymi siłami, oraz mową „gestykulacyjną” ustalamy, o co mi chodzi. Większy problem jest z tym, żeby dziewczyna wytłumaczyła mi, gdzie jest wjazd na teren hotelu oraz miejsce, w którym mogę postawić erteka na noc. Mimo wszystko ostatecznie udaje mi się zaparkować oraz ponosić toboły do pokoju. Dzisiaj więc śpię w La Carolina :- )., Szkoda, że nie La Kamila, ale na ta jedna noc może i Carolina tez będzie OK. :- ). Hotel przypomina mi epokę PRL-u, ale cena jest adekwatna do moich skojarzeń. Najważniejsze, że jest prysznic, parking i dostęp do Internetu. Jutro ruszam wcześniej, więc może uda się nakręcić trochę więcej kilometrów. Dzisiaj nawinięte tylko 509km. Jutro chciałbym osiągnąć okolice Bordeaux, ale pewnie będzie problem.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.