Z Lebe do Senegalu …

26,27, a do domu ciągle daleko ….

26 dzień (18-05 sobota)
Poranek w Nouakchott zaczyna się dla mnie wcześnie. Za oknem jest jeszcze kompletnie ciemno, gdy zaczynam pakować manatki i pichcić jakieś jedzenie. Potem tradycyjnie taszczę kufry i przypinam do motocykla. Przed drzwiami hotelu siedzi ochroniarz w wersji turbaniastej i leniwie ziewa. Na mój widok się trochę ożywia, ale tylko na moment. Wolno i spokojnie szykuje erteka do podróży, która według moich planów powinna dzisiaj zakończyć się w Dakhli. Gdy kompletnie wyszykuje motocykl słońce ciemne niebo zaczyna się przejaśniać a z głośników wydobywają się poranne modły muzułmanów. Zostawiam klucz w recepcji, kiwam na pożegnanie ochroniarzowi i przyjmuje kierunek na północ – w stronę Maroko. Na rogatkach miasta tankuje „pod korek” i potem pozostaje sam na sam z całkiem niezłą szosą. Niestety po jakimś czasie zdaję sobie sprawę, ze moje zabiegi związane ponownym układaniem uszczelki pod korkiem oleju spełzły na niczym. Etrek ponownie zaczyna pluć olejem pryskając na owiewkę, moje buty i nogawkę. Zaczyna mnie to coraz bardziej martwić, bo nigdy wcześniej nie spotkałem się z takimi przebojami po zmianie oleju. Droga odprowadzająca mnie z Nouakchott jest na prawdę dobra, co sprowadzanie do tego, że nawet nie zauważyłem jak minęło mi pierwsze 200km. Potem niestety pogoda zaczyna się psuć. Zrywa się coraz większy wiatr nawiewając spore porcje pustynnego pisku na jezdnię. Po pewnym czasie wiatr jest na prawdę silny – na, tyle że zaczynam to bardzo poważnie odczuwać prowadząc motocykl. Dookoła aura robi się coraz bardziej ponura przypominając scenerię z horroru. Widzę przed sobą coś, co można nazwać wielką chmurą piasku i zaczynam zdawać sobie sporawe, że właśnie wjeżdżam w burze piaskową. Wiatr przybiera na sile coraz bardziej, a nawiewany piasek zaczyna zasłaniać jezdnię. Mimo pozamykanych wszystkich możliwych wlotów w kasku czuje obecność drobnego pyłu pod kaskiem – w ustach, we włosach, wszędzie. Szybę mam domkniętą a mimo to oczy ciągle są zasypywane drobnym jak mąka pustynnym piaskiem. Zaczynam się zastanawiać czy jechać dalej, ale szybko dociera do mnie, że jada jest jedynym rozsądnym wyjściem z tej sytuacji. Gdybym się zatrzymał to dokładnie nic by to nie zmieniło. Mógłbym postawić motocykl na asfalcie (bez gwarancji, że wiatr go nie przewróci) a sam usiąść sobie na poboczu. Decyduję, że mimo wszystko jadę dalej. Jadę w takich warunkach ok. 120 – 150 km poczym wiatr zaczyna trochę ustępować. Mimo wszystko jazda w takich warunkach odbiła się na spalaniu, ale niestety nie widzę, żadnej stacji. Mam w kanistrze „piątkę” na czarną godzinę, ale przy takim wietrze wlanie jej do zbiornika jest praktycznie niemożliwe. Jadąc dalej łypie okiem raz na wskaźnik paliwa a raz przed siebie w poszukiwaniu stacji benzynowej. Gdy mam już ostatnia kreskę widzę coś, co w Mauretanii nazywane jest stacja benzynową. Kupuje paliwo – kamień spadł mi z serca. Przy okazji oglądam motocykl upewniając się, ze burza nie wyrządziła poważniejszych szkód. Okazało się, że piasek nawiewany z dosyć duża siłą zdarł lakier z przedniej ściany kanistra, który jest przymocowany to tylnego gmola. Tym oto sposobem mam przygotowany kanister do lakierowania :- ). Pogoda się wyraźnie poprawia a ja dojeżdżam do granicy mauretańskiej. Z daleka dostrzegam małą grupkę „majfrendów” i od razu zaczynam się nastawiać bojowo. Podjeżdżam przed pierwsze biura i zaraz jakiś natręt zaczyna mi nadawać koło ucha. Nie reaguję na jego oferty i o dziwo odczepia się ode mnie. Ogólnie przechodzę mauretańska odprawę bardzo szybko i sprawnie. Teraz trzeba przejechać przez nieszczęsny pas ziemi niczyjej do odprawy marokańskiej. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z tym terenem, gdy zakopałem motocykl, co kosztowało mnie 30 euro. Nauczony doświadczeniem jadę bardzo wolno wybierając tylko te miejsca, które według mojej oceny są na pewno przejezdne. Tak w żółwim tempie docieram do odprawy marokańskiej. Tutaj jest trochę więcej formalności, ale przechodzę przez granice sprawnie. Za dostatnim szlabanem tankuje „pod korek” i odkręcam gaz, trzymając kurs na Dakhla. Po drodze zaczyna się poezja punktów kontrolnych, gdzie trzeba zostawić kopię paszportu. Wkurza mnie to, bo jest ich na prawdę sporo. W hotelu (w Nouakchott) poprosiłem recepcjonistę, żeby zrobił mi ksero paszportu. Mam 22 kopie i umyśle, że to wystarczy, żeby przebrnąć przez Maroko. Jadąc wzdłuż linii brzegowej znowu zachwycam się widokiem oceanu. Mógłbym to oglądać cały czas. Jest naprawdę pięknie! Tym razem spoglądam w lewą stronę, żeby nacieszyć oko błękitna otchłanią Atlantyku. Pokonuje ostatnie kilometry i docieram do Dakhla. Odnajduję ten sam kamping, w którym spałem kilkanaście dni temu – dostaję nawet ten sam pokój. Jest jeszcze jasno, wiec decyduję się powalczyć z wyciekiem oleju. W jakimś garażu, który jest na terenie kampingu znajduję jakiś gumowy pasek i robie z niego uszczelni. Na postoju nic nie wycieka, ale czy moja robota miała sens okaże się dopiero jutro. Nie wiem czy uda ki się jutro osiągnąć Safi – pewnie będzie ciężko. Dzisiaj nakręcone 828 km.

27 dzień (19-05 niedziela)
Bardzo wcześnie rano budzi mnie świst wiatru, który jest dosyć intensywny. Oczywiście o tej godzinie nie ma prądu, bo agregat przestał działać. Zakładam, więc swoja „czołówkę” i zaczynam się szykować. Właściwie trudno to nazwać toaletą poranną, bo warunki niewiele odbiegają od obozów harcerskich, które pamiętam ze szkoły. Po spakowaniu kufrów podchodzę do motocykla i czyszczę go z piasku, który nawiał przez noc. Zaczyna się troszeczkę przejaśniać, ale nadal jest ciemno. Wieje intensywny wiatr, który przynosi drobinki piasku osiadające na każdej części garderoby. W oddali słychać szum oceanu. Odnoszę do recepcji klucz i budzę faceta z obsługi prosząc o otwarcie bramy. Wyjeżdżam na szosę i kieruje się na północ – kierunek Agadir. Po przejechaniu ok. 10 km zaliczam trzy punkty kontrolne, w dwóch z nich pamiętają mnie jeszcze wczoraj, jak jechałem do Dakhli szukać noclegu. Poranek jest bardzo wietrzny i dosyć chłodny. Wiatr zmaga się trochę i momentami mam problem z opanowanie motocykla. Postanawiam, wiec nie przekraczać 100km/h. Od czasu do czasu trzeba uważać na nawiany z pustyni piasek, który układa się w dosyć zdradliwe hałdy na szosię. Z pozoru wygląda to niewinnie, ale ertek w miękkim, pustynnym pisaku zarzuca dosyć intensywnie. Odcinek między Dakhlą i Laayoune (ok. 520 km) jest bało komfortowy. Wieje silny wiatr, trudniej prowadzi się motocykl i spalanie jest znacznie większe. Niestety po drodze odkrywam, że moje wczorajsze zabiegi związane z uszczelnieniem wycieku spełzły na niczym! Totalnie tego nie rozumiem! Wymieniłem olej i zaczął się pojawiać ten wyciek spod korka. Dziecinnie prosta czynność i pierwszy raz w życiu widzę taki efekt. Podczas wyciągania korka nieopatrznie wyjąłem też pierścień uszczelniający, który jest między korkiem a cylindrem. Wyczyściłem go jednak i starannie włożyłem na swoje miejsce. Od tego czasu jest wyciek! Nie kumam tego. Ciągle mam opryskaną lewą stronę motocykla. Moja lewa nogawka wygląda jak szmata do czyszczenia. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego ten olej jest wyrzucany pod korkiem. Martwi mnie to bardzo!! Po przejechaniu ok. 600 km zdaje sobie sprawę, że nie uda mi się dzisiaj dotrzeć do Agadiru. Musiałbym pokonać ok. 1200 km, ale trudy podróży zaczynam odczuwać coraz bardziej. Czuję, ze mnie zamula i tracę koncentrację. Przez Saharę prowadzi droga asfaltowa, która jest w dosyć dobrym stanie. Czasami można całkiem nieźle odkręcić gaz. Trzeba tylko uważać na nawiany piasek i wielbłądy, które czasami stoją blisko drogi. Jednak ja czuje się już trochę zmęczony i dochodzę do wniosku, że nie ma sensu się aż tak śpieszyć. Postanawiam więc zwolnić i podziwiać widoki oceanu, który dzisiaj jest trochę bardziej rozdrażniony niż w dniu, kiedy jechałem w stronę przeciwną. Grzbiety fal są białe i uderzają z większą siłą o klify. Mimo wszystko widok jest piękny! Po drodze zaliczam jeszcze kilka punktów kontrolnych – rozdając oczywiście w każdym ksero mojego paszportu. Postanawiam dzisiaj nakręcić ok. 800km i szukać noclegu. Dojeżdżam do miejscowości Tan-Tan i na wjeździe pytam policjanta czy SA tutaj jakieś dobre hotele. Słyszę jego zachwycony glos, żs OCZYWIŚCIE. Przymykam na to oko, dziele w myślach jego przechwałki i jadę wolno poszukując szyldu z napisem hotel. Ujechałem ok. 2 km i zza zakrętu wyłania się cos takiego. Wchodzę do środka i szukam recepcjonisty. Po chwili oglądam pokój, który bardziej mi przypomina wagon sypialny PKP. Nie narzekam jednak, bo cena jest „super śmieszna”. Do obsikanej dziury w podłodze – w toalecie – też zaczynam się przyzwyczajać. O dziwo koleś zapewnia, że jest Internet, ale sygnał najlepszy jest na parterze. W sumie mi to nie przeszkadza. Ważniejsze jest bezpieczne miejsce dla beemki. Tutaj zaczynają się pierwsze schody. Recepcjonista mówi, że mogę postawić motocykl na terenie ogrodzonym, tuż obok recepcji. W nocy jest zamknięta brama, więc wszystko wydaje się cacy. Gość zapewnia, że bardzo Często motocykliści zostawiają w tym miejscu swoje maszyny. Zmienia jednak zdanie, gdy podjeżdżam swoją maszyną koło bramki wjazdowej – właściwe furtki. Próbuje się wcisnąć, ale gdy podczas tego manewru wypinają się obydwa kierunkowskazy rezygnuje z tego zabiegu. Recepcjonista poleca hotel, który jest 300m dalej. Oddaje klucze i ruszam do kolejnego przybytku. Wchodzę do budynku i w recepcji pytam zawiniętą w jakieś chusty dziewczynę czy są wolne pokoje. Idę zobaczyć, czym dysponuje hotelik. Okazuje się, że pokój jest do przyjęcia. Ciągle pozostaje problem miejsca na motocykl, bo hotel mieści się tuż przy ulicy i nie ma mowy, żebym zostawił na noc erteka na pastwę niewinnie wyglądających turbaniarzy. Okazuje się, że za 2 euro mogę mieć do dyspozycji garaż. Jest ekstra! Korzystam z tego i zaczynam doprowadzać się do porządku – prysznic jedzonko… no i znalazł się nawet dostęp do Internetu :- ). Jutro planuje dotrzeć do Safi. Opuszczę wiec tą krainę wielkich piachów i gigantycznych przeciągów. Pojutrze do Tangeru i może do Hiszpanii.

[ Dodano: 2013-05-19, 23:56 ]
Moi drodzy! W najbliższym tygodniu opuszczę teren Afryki i zacznę się kierować w stronę Polski. Moja podróż trwa już 27 dni, które przysporzyły mi sporo nowych doświadczeń – również związanych z jazdą motocyklem. Na razie za zdecydowanie za wcześnie na jakiekolwiek podsumowanie, ale chciałbym bardzo wyraźnie zaznaczyć, że ogromny wkład w przygotowaniu wyprawy ma grupa sponsorów, która wsparła mój projekt. Jestem za to bardzo wdzięczny i mam nadzieję, że firmy, które mnie wsparły będą miały poczucie, że nie zawiodły się na tej inicjatywie.
Sylwetki firm sponsorskich są cały czas dostępne na :

http://www.krykom.pl/afryka/sponsorzy.html

JESZCZE RAZ BARDZO DZIĘKUJĘ :-) !!