25 …

25 dzień (17-05 piątek)
Wstaje ok. 6:45 i zaczynam się szykować do drogi. Dzisiaj w planach mam przekroczenie granicy senegalsko-mauretańska w Rosso – musicie mi wierzyć, że to koszmarne miejsce. Zdecydowanie najgorsze, jakie spotkałem podczas mojej afrykańskiej podróży. Musze się dobrze nastawić emocjonalnie na spotkanie ze zdecydowanie najbardziej upierdliwymi „majfrendami”, którzy niestety kiedykolwiek przyszli na ten świat! Do przejścia granicznego mam ok. 100km. Po porannej toalecie zaczynam dopinać kufry i wiązać worek, po czym schodzę z częścią tobołków do motocykla. Tutaj pojawia się moja pierwsza dzisiejsza niespodzianka. Ktoś w nocy zakosił mi butle z olejem, którą miałem przypiętą do tylnego gmola. W butli było ok. 2 – 2.5 litra oleju ravenol. Po zmianie oleju w Gwinei ciągle beemka wypluwa spod korka olej, dzięki czemu mam opryskana lewa części motocykla, nogawkę oraz but. Nie mogę nad tym zapanować, choć próbowałem kilka razy. Martwi mnie to coraz bardziej – tym bardziej olej na dolewkę jest mi NIEZBĘDNY! Gdyby ktoś połaszczył się na olej w Polsce to wyśmiałbym w duchu takiego żałosnego złodzieja. Ale tutaj!? Tutaj nie! Gdy stan oleju spadnie poniżej minimum będzie bardzo poważny problem! Idę wiec wkurzony jak osa do recepcji i zaczynam moja przemowę do recepcjonisty. Mówię mu, że jestem tutaj drugi raz. Ten hotel gorąco polecał mi policjant, którego pytałem o miejsce do spania w Saint-Louis, gwarantując, że to najlepszy hotel w mieście. Przypominam, że sama obsługa gwarantowała o ochronie na terenie obiektu, zapewniając, że mój motocykl jest w 100% bezpieczny. Pytam gościa jak mam rozumieć fakt, że ktoś rąbnął mi olej silnikowy? Widzę, że chłopach spuszcza głowę i jest mu wyraźnie głupio. Zaczyna gdzieś dzwonić, a ja cały czas nadaję, że mam do domu ok. 10tys kilometrów i po drodze muszę zmienić olej. Po chwili koleś rozłącza swoją rozmowę telefoniczną i mówi, że hotel odkupi mi olej. Bierzemy więc taksówkę (przy okazji dowiaduję się jak bardzo może być rozklekotany samochód, który pełni role taksówki) i jedziemy do serwisu kupić olej. Ostatecznie dostaje 4 litry oleju, który w prawdzie nie jest tym czym dysponowałem, ale z braku laku i kit dobry. Kończę, więc pakowanie, oddaje klucz i nieco spokojniejszy jadę w stronę granicy. Po drodze utwierdzam się,. Że spod korka nadal wydobywa się olej. Nie mam już na to siły!. Ostatecznie dojeżdżam do granicy i z oddali widzę ten rozgardiasz i ogólna scenerie przypominającą zaplute getto. Już jadąc słyszę moje ulubione „my friend”, co jeszcze bardziej mnie negatywnie nastawia. Kieruje się w stronę bramy wjazdowej na teren przejścia granicznego, przejeżdżam przez nią i ustawiam motocykl przed promem, którym trzeba się udać na druga stronę rzeki – na stronę mauretańską. Prawie natychmiast dookoła mnie jest pełno tych kleszczy, które czekają jak tu wyciągnąć ode mnie kasę. Na domiar złego podchodzi jakiś małolat z tacą i prosi o drobne – prezentując się przy tym jak kościelny podczas niedzielnej mszy. Czuje się tak, jakby ktoś pomalował mnie miodem lub dżemem i wpuścił do pomieszczenia pełnego much. Ignoruje totalnie natrętnych „majfrendów” nie odpowiadając im na żadne pytania. Jakiś dydek, który jest najbardziej upierdliwy zaczyna mnie przekonywać, że musze kupić ubezpieczenie na motocykl. Nie wiem po co, skoro kupiłem takowe podczas wjazdu do Senegalu od strony Gwinei. Nie tłumacze mu tego, bo wiem, że jak zacznę to niepotrzebnie rozmowa będzie się nakręcać. Ogólnie przyjmuje taktykę pod znakiem „głębokie milczenie”. Wolno schodzę z motocykla i ściągam kask oraz rękawice. Czuje jak kilak osób z różnych stron puka mnie w ramie lub ciągnie za rękaw chcąc zaoferować swoja pomoc podczas przekraczania granicy. Nie mówię im jednak, gdzie ich mam tylko podchodzę do umundurowanego policjanta i pytam, od którego biura mam zacząć moja przygodę z odprawa celną. Po wskazaniu skrajnie zapuszczonego budynku idę w jego stronę – koło mnie idzie najbardziej cierpliwy „pomocnik” ciągle cos gadając. Olewam go bardzo szczerze i robie pielgrzymkę zaglądając łącznie do 4 pomieszczeń – każde swoim wystrojem wnętrz jest w gorszym stanie niż polski szalet miejski. Mój „opiekun” snuje się koło mnie cały czas, aż w pewnym momencie mówię do niego spokojnie po Polsku, co o nim sądzę – słowa te nie nadają się do tutejszej publikacji. Musze jednak wyglądać na nieco poirytowanego, bo podchodzi do mnie umundurowany policjant, ogląda załatwione formalności i mówi, że mogę wjechać na prom. Ty sposobem znajduje się na promie, jednak ta łajza, która człapie za mną cały czas po nadbrzeżu drepcze za mną. Nagle pada z jego ust pytanie czy mam dla niego prezent – czyt. kasę. Nie wiem jak musiała w tym momencie wyglądać moja mina, ale jak się na niego spojrzałem to błyskawicznie wrócił powrotem na senegalska stronę. Pomyślałem sobie, że połową sukcesu za mną. Teraz została mi odprawa mauretańska i jadę dalej. Gdy prom dobija do nadbrzeża, celnik bierze ode mnie paszport i kartę motocykla a ja zjeżdżam z promu na parking. Tutaj historia się powtarza i pojawiają się ponownie zatroskani o pomyślne przebycie mojej odprawy „majfrendzi”. Ja ponownie stosuje metodę milczenia, która początkowo przynosi efekt. Odbieram z okienka paszport i kartę pojazdu oraz udaje się do drugiego, równie obleśnego miejsca. Widzę kolejna gromadę nierobów-majfrendów, którzy natychmiast dają mi całą gamę porad i ofert. Jeden z nich jest wybitnie nachalny i próbuje mnie zaprowadzić do jakiegoś biura, ciągnąc za rękaw. Tutaj niestety moje nerwy trochę zawodzą. Jest upał, chce mi się pic, jestem zmęczony. Czuje, że pod kombinezonem motocyklowym jestem cały mokry. Nie mogę zdjąć kurtki i jej zostawić, bo mam w kieszeniach wszystkie dokumenty oraz kasę a ta łajza jeszcze doprowadza mnie do szału. Nagle wybucham i zaczynam wrzeszczeć na tego popaprańca. Mówię mu co o nim myślę i o tym co robi na granicy. Krzyczę, że będę rozmawiał tylko z umundurowanym funkcjonariuszem a nie z kimś takim jak on. Czuję, że mój wkurw zaczyna osiągać apogeum. W tym momencie podchodzi do mnie mauretański celnik, klepie mnie po ramieniu i zaczyna uspokajać. Pokazuje mi drogę do kolejnego biura. Kątem oka widzę jak „majfrend” stoi z wytrzeszczonymi oczami. Chyba nie zdarzyło mu się, żeby jakiś turysta mu kiedykolwiek tak wygarnął. Ostatecznie mam spokój z tymi kleszczami – na końcu podchodzi do mnie tylko jeden i pyta czy chce wymienić kasę. Wymieniam u niego euro na mauretańską walutę. Po całej odprawie wielkie stalowe drzwi do Mauretanii się otwierają i wyruszam w stronę Nouakchott. Mam do przebycia ok. 240km. Chce poszukać noclegu i jutro rano wyruszyć w stronę granicy, żeby wjechać na teren Sahary Zachodniej. Planuje nocować w Dakhla a potem będą mnie czekały nieco dłuższe przebiegi. Mam nadzieję, że ertek da radę. Dzisiaj nakręcone tylko 326km, ale za to wyjechałem z Senegalu pozostawiając za sobą ta czarna Afrykę, która poza koszmarem w Rosso dała mi tez sporo fajnych przeżyć.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.