25 …

25 dzień (17-05 piątek)
Wstaje ok. 6:45 i zaczynam się szykować do drogi. Dzisiaj w planach mam przekroczenie granicy senegalsko-mauretańska w Rosso – musicie mi wierzyć, że to koszmarne miejsce. Zdecydowanie najgorsze, jakie spotkałem podczas mojej afrykańskiej podróży. Musze się dobrze nastawić emocjonalnie na spotkanie ze zdecydowanie najbardziej upierdliwymi „majfrendami”, którzy niestety kiedykolwiek przyszli na ten świat! Do przejścia granicznego mam ok. 100km. Po porannej toalecie zaczynam dopinać kufry i wiązać worek, po czym schodzę z częścią tobołków do motocykla. Tutaj pojawia się moja pierwsza dzisiejsza niespodzianka. Ktoś w nocy zakosił mi butle z olejem, którą miałem przypiętą do tylnego gmola. W butli było ok. 2 – 2.5 litra oleju ravenol. Po zmianie oleju w Gwinei ciągle beemka wypluwa spod korka olej, dzięki czemu mam opryskana lewa części motocykla, nogawkę oraz but. Nie mogę nad tym zapanować, choć próbowałem kilka razy. Martwi mnie to coraz bardziej – tym bardziej olej na dolewkę jest mi NIEZBĘDNY! Gdyby ktoś połaszczył się na olej w Polsce to wyśmiałbym w duchu takiego żałosnego złodzieja. Ale tutaj!? Tutaj nie! Gdy stan oleju spadnie poniżej minimum będzie bardzo poważny problem! Idę wiec wkurzony jak osa do recepcji i zaczynam moja przemowę do recepcjonisty. Mówię mu, że jestem tutaj drugi raz. Ten hotel gorąco polecał mi policjant, którego pytałem o miejsce do spania w Saint-Louis, gwarantując, że to najlepszy hotel w mieście. Przypominam, że sama obsługa gwarantowała o ochronie na terenie obiektu, zapewniając, że mój motocykl jest w 100% bezpieczny. Pytam gościa jak mam rozumieć fakt, że ktoś rąbnął mi olej silnikowy? Widzę, że chłopach spuszcza głowę i jest mu wyraźnie głupio. Zaczyna gdzieś dzwonić, a ja cały czas nadaję, że mam do domu ok. 10tys kilometrów i po drodze muszę zmienić olej. Po chwili koleś rozłącza swoją rozmowę telefoniczną i mówi, że hotel odkupi mi olej. Bierzemy więc taksówkę (przy okazji dowiaduję się jak bardzo może być rozklekotany samochód, który pełni role taksówki) i jedziemy do serwisu kupić olej. Ostatecznie dostaje 4 litry oleju, który w prawdzie nie jest tym czym dysponowałem, ale z braku laku i kit dobry. Kończę, więc pakowanie, oddaje klucz i nieco spokojniejszy jadę w stronę granicy. Po drodze utwierdzam się,. Że spod korka nadal wydobywa się olej. Nie mam już na to siły!. Ostatecznie dojeżdżam do granicy i z oddali widzę ten rozgardiasz i ogólna scenerie przypominającą zaplute getto. Już jadąc słyszę moje ulubione „my friend”, co jeszcze bardziej mnie negatywnie nastawia. Kieruje się w stronę bramy wjazdowej na teren przejścia granicznego, przejeżdżam przez nią i ustawiam motocykl przed promem, którym trzeba się udać na druga stronę rzeki – na stronę mauretańską. Prawie natychmiast dookoła mnie jest pełno tych kleszczy, które czekają jak tu wyciągnąć ode mnie kasę. Na domiar złego podchodzi jakiś małolat z tacą i prosi o drobne – prezentując się przy tym jak kościelny podczas niedzielnej mszy. Czuje się tak, jakby ktoś pomalował mnie miodem lub dżemem i wpuścił do pomieszczenia pełnego much. Ignoruje totalnie natrętnych „majfrendów” nie odpowiadając im na żadne pytania. Jakiś dydek, który jest najbardziej upierdliwy zaczyna mnie przekonywać, że musze kupić ubezpieczenie na motocykl. Nie wiem po co, skoro kupiłem takowe podczas wjazdu do Senegalu od strony Gwinei. Nie tłumacze mu tego, bo wiem, że jak zacznę to niepotrzebnie rozmowa będzie się nakręcać. Ogólnie przyjmuje taktykę pod znakiem „głębokie milczenie”. Wolno schodzę z motocykla i ściągam kask oraz rękawice. Czuje jak kilak osób z różnych stron puka mnie w ramie lub ciągnie za rękaw chcąc zaoferować swoja pomoc podczas przekraczania granicy. Nie mówię im jednak, gdzie ich mam tylko podchodzę do umundurowanego policjanta i pytam, od którego biura mam zacząć moja przygodę z odprawa celną. Po wskazaniu skrajnie zapuszczonego budynku idę w jego stronę – koło mnie idzie najbardziej cierpliwy „pomocnik” ciągle cos gadając. Olewam go bardzo szczerze i robie pielgrzymkę zaglądając łącznie do 4 pomieszczeń – każde swoim wystrojem wnętrz jest w gorszym stanie niż polski szalet miejski. Mój „opiekun” snuje się koło mnie cały czas, aż w pewnym momencie mówię do niego spokojnie po Polsku, co o nim sądzę – słowa te nie nadają się do tutejszej publikacji. Musze jednak wyglądać na nieco poirytowanego, bo podchodzi do mnie umundurowany policjant, ogląda załatwione formalności i mówi, że mogę wjechać na prom. Ty sposobem znajduje się na promie, jednak ta łajza, która człapie za mną cały czas po nadbrzeżu drepcze za mną. Nagle pada z jego ust pytanie czy mam dla niego prezent – czyt. kasę. Nie wiem jak musiała w tym momencie wyglądać moja mina, ale jak się na niego spojrzałem to błyskawicznie wrócił powrotem na senegalska stronę. Pomyślałem sobie, że połową sukcesu za mną. Teraz została mi odprawa mauretańska i jadę dalej. Gdy prom dobija do nadbrzeża, celnik bierze ode mnie paszport i kartę motocykla a ja zjeżdżam z promu na parking. Tutaj historia się powtarza i pojawiają się ponownie zatroskani o pomyślne przebycie mojej odprawy „majfrendzi”. Ja ponownie stosuje metodę milczenia, która początkowo przynosi efekt. Odbieram z okienka paszport i kartę pojazdu oraz udaje się do drugiego, równie obleśnego miejsca. Widzę kolejna gromadę nierobów-majfrendów, którzy natychmiast dają mi całą gamę porad i ofert. Jeden z nich jest wybitnie nachalny i próbuje mnie zaprowadzić do jakiegoś biura, ciągnąc za rękaw. Tutaj niestety moje nerwy trochę zawodzą. Jest upał, chce mi się pic, jestem zmęczony. Czuje, że pod kombinezonem motocyklowym jestem cały mokry. Nie mogę zdjąć kurtki i jej zostawić, bo mam w kieszeniach wszystkie dokumenty oraz kasę a ta łajza jeszcze doprowadza mnie do szału. Nagle wybucham i zaczynam wrzeszczeć na tego popaprańca. Mówię mu co o nim myślę i o tym co robi na granicy. Krzyczę, że będę rozmawiał tylko z umundurowanym funkcjonariuszem a nie z kimś takim jak on. Czuję, że mój wkurw zaczyna osiągać apogeum. W tym momencie podchodzi do mnie mauretański celnik, klepie mnie po ramieniu i zaczyna uspokajać. Pokazuje mi drogę do kolejnego biura. Kątem oka widzę jak „majfrend” stoi z wytrzeszczonymi oczami. Chyba nie zdarzyło mu się, żeby jakiś turysta mu kiedykolwiek tak wygarnął. Ostatecznie mam spokój z tymi kleszczami – na końcu podchodzi do mnie tylko jeden i pyta czy chce wymienić kasę. Wymieniam u niego euro na mauretańską walutę. Po całej odprawie wielkie stalowe drzwi do Mauretanii się otwierają i wyruszam w stronę Nouakchott. Mam do przebycia ok. 240km. Chce poszukać noclegu i jutro rano wyruszyć w stronę granicy, żeby wjechać na teren Sahary Zachodniej. Planuje nocować w Dakhla a potem będą mnie czekały nieco dłuższe przebiegi. Mam nadzieję, że ertek da radę. Dzisiaj nakręcone tylko 326km, ale za to wyjechałem z Senegalu pozostawiając za sobą ta czarna Afrykę, która poza koszmarem w Rosso dała mi tez sporo fajnych przeżyć.

21,22,23,24….

Kochani. Dostęp do Internetu to czasami sprawa przypadku. Niestety czasami jest tak, ze obiecują w hotelu … a potem przypominasz sobie wierszyk z dzieciństwa „obiecanki cacanki”. Dzisiaj się udało, ale nie wiem kiedy kolejny raz dostąpię tego zaszczytu. Oto kilka zdań an temat ostatnich przeżyć.
———————————————————————–
21 dzień (13-05 poniedziałek) – trzeci dzień pobytu w Labe
Dzisiaj poranek był nieco szybszy – tzn ja zerwałem się z łóżka szybciej, bo podobno o 8:00 mieliśmy jechać na Uniwersytet. Ostatecznie po porannych przygotowaniach nastała nostalgia. Telefon milczy a ja się trochę nudzę. Widocznie coś nie zagrało i muszę czekać. Kręcę się trochę po ulicy, przy której jest zlokalizowany hotel i cały czas czekam na telefon. Ostatecznie znalazłem sobie fajne miejsce koło bramy wjazdowej do hotelu, siadam pod drzewem na krzesełku i oglądam poranek w Labe. Nic specjalnego się nie dziele, poza jeżdżącymi i ciągle trąbiącymi motocyklistami na popierdułkach. Nagle zatrzymuje się koło mnie samochód i wychodzi z niego facet w garniturze. Podchodzi do mnie i się wita – dopiero teraz poznaję dyrektora Uniwersytetu. Ostatnio jak go widziałem był ubrany w jakiś regionalny strój, więc diametralnie różnił się od wizerunku faceta w czarnym garniturze. Mówi, że za chwile pojadę na Uniwersytet, gdzie będę wygłaszał swój wykład. Nareszcie zacznie się coś dziać, bo od rana trochę się nudzę. Musze jeszcze dzisiaj wyjaśnić sprawę z samochodem, który mnie przewiezie przez te największe wertepy zachodniej Afryki oraz wymienić kasę,. Żeby zapłacić za mój pobyt w hotelu. Sprawa z samochodem nie jest jasna, bo mój motocykl jest dla Afrykańczyków zdecydowanie za duży. Martwienie to, ale na razie jestem optymistą. Ślęczę tak więc przez wejściem do hotelu i rozmyślam o opcjach mojej podróży w stronę europy, gdy podjeżdża nieco sfatygowany mercedes 190. Wsiadamy do auta i ruszamy do Uniwersytetu. Po przybyciu na miejsce udajemy się najpierw do jakiegoś biura apotem do Sali gdzie będę mógł wygłosić to co przygotowałem. Będę mówił na temat Polski, Bydgoszczy oraz Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Okazuje się, że studenci potrzebują tłumacza, więc Fatoumata tłumaczy to, co mówię na język francuski. Podczas prezentacji wszyscy są raczej zainteresowani. Prezentuje kraj, miasto i Uniwersytet pokazując i omawiając różne fotografie. Widzę, że dla niektórych zgromadzonych jest to wielki świat. Kompletnie inna planeta. Potem przechodzę na tematy Informatyczne i pojawia się pierwszy problem z tłumaczeniem. Fatoumata nie jest informatykiem, więc dla niej większość omawianych przeze mnie kwestii jest kombinacją kalamburów i zbitkiem kompletnie nic nie znaczących terminów. Pomaga, więc jeden z pracowników, ale też nie wszystko do niego dociera. Ostatecznie po ok. 1,5 godziny docieram do końca mojej prezentacji. Dziękuję wszystkim za zaproszenie, uwagę oraz wyrażam nadzieję na to, ze nie widzimy się ostatni raz. Wszyscy są bardzo przychylni i życzliwi. Widać, że jestem dla nich nie lada atrakcją, z którą warto zrobić sobie zdjęcie lub uścisnąć jej dłoń. Mam przy sobie jedną naszywkę z Godłem Polski oraz kilka z logiem wyprawy. Pytam czy ktoś che na pamiątkę. W tym momencie zostaje otoczony przez tłum studentów i każdy wyciąga rękę po prezent. Natychmiast przypomina mi się sytuacja, gdy rozdzielałem cukierki miedzy dzieci w Kunta Kinteh Camp w Gambii. Mam jeszcze dwie flagi Bydgoszczy i mówię, że mogę je tez rozdać, ale pod warunkiem, że zrobimy sobie na zewnątrz wspólne zdjęcie. Momentalnie cały tłum wybiega przed budynek. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia a flagi Bydgoszczy zostają w Labe. Po całych tych intensywnych przeżyciach wracam do hotelu. Umawiamy się na kolacje za ok. godzinę, potem mamy jechać do kafejki internetowej. Jedziemy do restauracji, która tutaj uchodzi za „tą lepszą”, natomiast w Polsce nie przeszła by żadnych norm Sanepidu. Znowu jem potrawę z kurczaka i ryżu „Yassa”. Jest po prostu pyszna tylko trzeba uważać, który sos się bierze, bo ten pikantny chce wypalić przełyk ż żołądkiem włącznie. Z restauracji jedziemy do kafejki internetowej, która jest wypełniona po brzegi. Chwila czekania na zewnątrz i jedno miejsce się zwalnia. Siadam więc pośpiesznie i czekam aż komp uzyska połączenie z Internetem. Gdy to już następuje moje nerwy znowu zostają wystawione na wielka próbę. Mozilla przez ok. 10 minut nie może połączyć się z FB. Czuję, że za chwilę wybuchnę! „Szybkość” tych komputerów jest poniżej wszelkich oczekiwań. Odczekuję jeszcze chwilę i z wściekłością wyciągam pena i wychodzę z tego przybytku. Na zewnątrz Fatoumata pyta z uśmiechem czy załatwiłem wszystko co chciałem. Mam ochotę jej powiedzieć co sądzę o tej kafejce ale w ostatniej chwili się powstrzymuję. Widzę, że robią absolutnie wszystko, żebym był zadowolony. Czasami mam wrażenie, ze stanowi to dla nich w pewnym sensie priorytet. Nie chcę doprowadzać do niesmacznych sytuacji, więc uśmiecham się i wsiadam do samochodu. Pozostaje jeszcze na dzisiaj załatwienie samochodu, który jutro przewiezie mnie i erteka przez ten koszmar. Jedziemy wymienić pieniądze na jakiś targ a potem w umówione miejsce, w którym ma czekać na nas kierowca terenówki. Na miejscu przeżywam kolejne ogromne zdziwienie – niemal szok. Okazało się, ze ten facet dysponuje tylko samochodem osobowym i planuje moją beemke wrzucić na bagażnik dachowy i tak przejechać przez ten odcinek off-roadu. Poza tym „zabezpieczenie” motocykla przed zsunięciem się z dachu ma stanowić jakaś siatka, która wygląda jak stara rybacka sieć. Szczęka opada mi prawie do ziemi! Tłumacze mu, że motocykl waży prawie 300kg, do tego są załadowane kufry. Poza tym nie ma opcji, żeby motocykl leżał! Gość z uprzejmą mina mówi, że jak sobie życzę to możemy postawić motocykl na dachu. Widzę, że koleś bardzo chce pomóc, ale widzę też, że nie ma kompletnie wyobraźni i brak mu zdolności przewidywania konsekwencji swoich „złotych pomysłów”. Kończę dyskusję tak szybko jak tylko to możliwe i wracamy do hotelu. Już wiem, że jutro musze przedrzeć się przez ten trudny odcinek sam, bez żadnych nowatorskich pomysłów tutejszych transportowców. Zabieram się więc pospiesznie do pakowania. Zwijam majdan do kufrów i worka, pozostawiając tylko to co będzie mi niezbędne rano. Nastawiam budzik na 5:30 i kładę się spać. Jutro przede mną prawdziwe wyzwanie!.

22 dzień (14-05 wtorek) – wyjazd z Labe
Budzik budzi mnie bardzo wcześnie. Za oknem jest kompletnie ciemno. W Gwinei czas w stosunku do Polski jest przesunięty o 2 godziny wstecz – tzn. jeżeli w Labe jest 5:30 to w Polsce 7:30. Mimo wszystko jest kompletnie ciemno. Gwinea ma sporo problemów gospodarczych, które przekładają się m.in. na to, że prąd jest tylko od godz. 18:00 do 6:00. Niestety o 5:30 w moim hotelu nie ma już prądu. Zakładam, więc latarkę „czołówkę” i po porannej toalecie oraz śniadaniu pakuję pozostałe rzeczy. Wyciągam też gwinejską kartę SIM z telefonu i wkładam do tropiciela – może uda się nawiązać kontakt i określić moja lokalizację. Przypinam kufry i bagaż na tylne siedzenie. W między czasie słońce leniwie wstaje i robi się coraz jaśniej. Kilkanaście minut po szóstej wyruszam w stronę Senegalu. Po drodze u przydrożnego handlarza kupuje benzynę,. Tutaj po raz kolejny przekonuję się, że obiegowe informacje o analfabetyzmie w Afryce są prawdziwe. Facet mówi mi ile mam zapłacić w jakimś kompletnie obcym mi języku, ale dla mnie to jest czarna magia. Wyciągam notes i proszę go, żeby mi napisał ile mam zapłacić. Niestety ta sztuka przerasta właściciela tego biznesu. Uśmiecha się i pokazuje, że nie potrafi. Ostatecznie wyciąga pieniądze i pokazuje, jaka jest należność za benzynę. Kilkakrotnie spotkałem się z tym, że poszczególne osoby ni potrafiły napisać ceny. Na przykład Ousoumoni, który przeprowadził mnie przez większość drogi do Labe nie potrafił napisać swojego imienia w notesie – zrobił to jego kumpel. Jedyne., co potrafił to napisać swój nr telefonu, ale i to sprawiało mu trochę kłopotów.
Jadę w kierunku Kundara drogą, która jest prawdziwym koszmarem. Dzisiaj przede mną spore wyzwanie. Chcę dotrzeć do jakiegoś hotelu w Senegalu, ale najpierw musze pokonać odcinek drogi, który przypomina trasę off-road. Musze jechać na tyle ostrożnie, żeby nie zaliczyć większej ilości gleb oraz nie doprowadzić do większych uszkodzeń w moim Arteku – w końcu chce, żeby dowiózł mnie do domu. Podczas mojej przeprawy po drodze spotykam pomykającą yamachą parę z Belgii. Są równie zaniepokojeni droga jak ja, ale podchodzą do tego z większa doza humoru. Ich motocykl wygląda na bardziej sfatygowany niż mój. Chcą dotrzeć do Dakaru, ale mówią, że czują już spore zmęczenie. Ucinamy sobie ok. 5 min pogawędkę, po czym ruszam dalej. Po woli słońce zaczyna przygrzewać bardzo intensywnie. Czuję, że upał odbiera mi siły panowania nad stalowym cielskiem beemki. Zatrzymuje się w jakiejś wiosce i kupuje napoje. Dzieciaki są jak zwykle ogromnie zainteresowane zarówno motocyklem jak i mną. Chyba nie często maja okazje oglądać przepoconego i zakurzonego białasa na bardzo dziwnym motocyklu. Po drodze orientuję się, że chyb a zmieniłem drogę, dlatego bo docieram do jakiejś przeprawy promowej przez małą rzeczkę. Wcześniej tego nie było, więc musiałem nieco zmienić kierunek mojej podróży. Ostatecznie okazało się, że zmiana wyszła mi na dobre, bo tym sposobem ominąłem odcinek drogi usłany wielkimi głazami, na których ostatnio położyłem erteka. Wjeżdżam więc na drewnianą łajbę, która szumnie nazywana jest promem. Upewniam się u „Kapitana”, że droga prowadzi do Senegalu. Cała przeprawa trwa może 5 minut i jest to czas, który „nawigator” tej łajby wykorzystuje na podziwianie mojego motocykla. Na drugim brzegu jeszcze musze mu obowiązkowo zrobić fotkę motocyklu i potem ruszam w dalszą podróż. Warunki jazdy cały czas nie zmieniają się. Panuje niemiłosierny upał, jest pełno czerwonego kurzu, który osiada na każdym skrawku mojej odzieży oraz najbardziej ukrytych zakamarkach motocykla. Kilka razy czyszczę szybę kasku, bo widoczność dosyć szybko pogarsza się. Przejeżdżając przez malutkie pipidówki ludzie kiwają mi przyjacielsko i uśmiechają się. Krzyczą cos w plemiennych językach, ale ja oczywiście tego nie rozumiem. Jestem już bardzo zmęczony tą drogą i marze o asfaltowej nawierzchni. Nagle widzę przed sobą znajomy widok! To posterunek żandarmerii, w którym kilka dni temu spędziłem noc. Podjeżdżam i zatrzymuję się. Widzę, że policjanci są wyraźnie ucieszeni na mój widok. Witamy się serdecznie i ucinamy sobie chwilę pogawędki. Cała ta nasza rozmowa może stanowić wstęp do opatentowania nowego, międzynarodowego języka, który jest mieszaniną słów: angielskich, francuskich, jakiegoś języka plemiennego oraz dosyć dużej porcji intensywnej gestykulacji. Chłopacy proponują mi posiłek podsuwając miskę ryżu. Jest to bardzo miłe z ich strony, ale odmawiam. Jeżeli zostanę tutaj dłużej to mogę nie zdążyć dojechać do hotelu po przekroczeniu granicy Senegalu. Żegnamy się więc i ruszam dalej. Jadąc wertepami sporo rozmyślam o moim pierwszym spotkaniu z żandarmami. Dzisiaj oglądając trasę za dnia mam pewność, że pozostanie wtedy w nocy w punkcie kontrolnym było jedynym słusznym rozwiązaniem. Chłopacy oferując mi nocleg w tym szałasie wykazali ogromny rozsądek, pomagając mi w olbrzymim zakresie. Kto wie, może nawet mnie ocalili? Jestem i będę im za to wdzięczny na zawsze. Dojeżdżam do jakiejś stacji benzynowej, zatrzymuje się i tankuje „pod korek”. Podchodzi do mnie chudy chłopak, który mówi że mnie poznaje. Jadąc dolane tankowałem dokładnie w tym samym miejscu. Po chwili i ja go sobie przypominam. Chłopak jakiś czas mieszkał w Gambii, więc nie ma problemu z językiem angielskim. Rozmawiamy chwilę, a gdy szykuję się do startu mój rozmówca prosi mnie o adres e-mail Obiecuje, że napisze do mnie „co słychać”. Pisze mu adres na kartce i ruszam. Mijam wzniesienia, zakręty oraz kilka rozpadających się mostków. W końcu docieram do asfaltowej nawierzchni! Jestem nieprawdopodobnie szczęśliwy! Przebicie się przez 185 km odcinek koszmarnej drogi zajmuje mi 7,5 godziny. Jestem wyczerpany, ale do granicy mam 130 km. Tym razem jest to droga równa, asfaltowa i w końcu mogę wrzucić wszystkie biegi. Po drodze ponownie zatrzymuję się, żeby zakupić napoje. Przed sklepem odkrywam, że lewy cylinder jest upaprany w oleju. W pierwszej chwili jestem trochę przestraszony. Szybko wnioskuję, że wymieniając w Labe olej wlałem nieco ponad stan a korek nie był dobrze dokręcony. Efekt jest taki, że upaprany od oleju jest lewy cylinder, owiewka, lewy tylny kufer oraz moja nogawka i lewy but. Biorą pod uwagę to co spotkało mnie podczas przeprawy wertepowej, te drobiazgi nie robią na mnie większego wrażenia. Kupuje napoje i przywiązuje je do motocykla. Chłopak ze sklepu przychodzi z narzędziami i dokręca korek. Daje mi tez „w gratisie” plastikowy worek z wodą. Wskakuje na motocykl i ruszam w kierunku granicy. Rozpędzam motocykl. Droga jest bardzo dobra, wiatr mnie przewiewa i ogólnie jedzie się świetnie. Przejeżdżam ponad 100km i docieram do granicy. Po gwinejskiej stronie odprawa tra ok. 10 minut. Funkcjonariusz zaprasza mnie do szałasu, który szumnie nazywany jest biurem. Jak zwykle ogląda okładkę mojego paszportu przez dłuższą chwilę. Potem przychodzi czas na studiowanie tego co jest wpisane w wizie zarówno gwinejskiej jak i senegalskiej. Pyta, po co byłem w Labe. Gdy tłumacze mu, że celem moje podróży była wizyta w Uniwersytecie, która może doprowadzi do współpracy między uczelniami, robi wielkie gały i niemal „przybija do dacha”. Oddaje mi paszport i pozwala jechać dalej. Ujeżdżam ok. 20m i zatrzymuje się przed sznurkiem, który ma być namiastką szlabanu granicznego. Kolejny koleś we mundurze coś do mnie mówi po francusku. Tłumaczę, że jego kolega przed momentem powiedział mi, że jestem już odprawiony. Oglądam się przy tym za siebie i pokazuję szałas, w którym przeszedłem odprawę graniczną. W tym momencie z owego szałasu wychodzi celnik i kiwa ręką, żebym został puszczony przez granice. Tym sposobem sznurek graniczny opada na dół a ja jadę w stronę odprawy senegalskiej. Dystans, który trzeba przebyć między odprawą gwinejska i senegalską to ok. 33km. Droga jest jednak bardzo dobra i jedzie się świetnie. Dojeżdżam do odprawy. Tutaj tez niema większych problemów. Płacę tylko za ubezpieczenie motocykla. Tym razem ja szukam „majfrenda”, żeby wymienić gwinejska kasę na walutę Senegalu. Cała transakcja przebiega szybko i sprawnie. Chce jeszcze wymienić euro, ale jak widzę kwotę jaka „majfrend’ proponuje mi za 1 euro, to mam pewność że traktuje mnie jak skończonego frajera. Chowam więc banknoty do kieszeni i zagaduje jednego ciekawskiego chcąc zakupić benzynę. Kupuje 10L i ruszam w stronę miasta Tamba. Senegalski celnik zachwalał to miasto i znajdujące się w nim hotele. Od granicy do Tamby jest 110km. Jestem już na prawdę zmęczony., Jadę z nadzieją, że znajdę tam jakiś godny nocleg. Zaczyna się szybko zaciemniać, co zmusza mnie do zwolnienia tempa, bo przejeżdżając przez wioseczki bardzo łatwo można się załapać na bliskie spotkanie z nieoświetlona bryczką lub innym pojazdem tej klasy. Po drodze mijam jeszcze dwa punkty kontrolne, ale się nie zatrzymuję. Nawet nie wiem czy policjanci zwrócili na mnie uwagę, ale nie mam zamiaru siedzieć na siodełku i czekać aż pooglądają mój motocykl, zapytają dokąd jadę i mnie puszczą. Jestem na to zbyt zmęczony i spieszy mi się do jakiegośmniejsca, w którym mogę się położyć i zasnąć. Do Tamby dojeżdżam w nocy i rozglądam się za hotelem. Wyciągam kartkę z nazwa hotelu, który według senegalskiego celnika jest „very good”. Po kilku perturbacjach znajduje ów przybytek i wchodzę do recepcji. Cena jest przystępna, ale po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu o ogromnej różnicy w standardach między naszymi kontynentami. Ostatecznie decyduje się zostać tutaj dwa dni. Musze wyprać zatłuczone czerwonym kurzem ciuchy i porządnie wypocząć. Chłopak z recepcji pomaga mi zanieść graty do pokoju, który mieści się w oddzielnie stojącym domku na terenie hotelu. Zrzucam z siebie zatłuczone ciuchy i włączam coś, co obsługa hotelowa nazywa klimatyzacją. Urządzenie wydaje z siebie odgłosy jak agregat prądotwórczy, ale po tak wyczerpującym dniu już mi to nie przeszkadza. W łazience odkrywam nowe zastosowanie prysznica, który oprócz kierowania strumienia wody na mnie, przy okazji myje sufit i ścianę. Dzisiaj już nie mam siły pisać. Kładę się na łóżko i leże przez dłuższy czas. Potem odchylam pościel i wpełzam po nią.
Jutro planuje zrobić porządek w moich rzeczach i przejrzeć motocykl. W czwartek wyjeżdżam z Tamby i będę się starał dotrzeć do Saint-Louis – miasta, w którym byłem jadąc w kierunku Gwinei. Chce odszukać znany mi już hotel. Z tego miasta mam ok. 100km do koszmarnego przejścia granicznego w Rosso. Potem obiorę kierunek na Mauretanie, gdzie ponownie zacznie się świat turbanów i łazienek z obsikanymi dziurami w podłodze.

23 dzień (15-05 środa) – Tamba, Senegal
Poranek jest pod znakiem lenistwa. Leżę w łóżku długo nie myśląc o żadnym pośpiechu. W końcu jednak wynurzam się z wyra i szykuję swój wizerunek w czymś, co nazywane jest tutaj łazienką. Wychodzę z pokoju planując zobaczyć, co motocyklem oraz poszukać banku, żeby wymienić euro. Koło mojego motocykla stoi kilka osób i widząc mnie od razu pytają czy go umyć. Zgadzam się na to, bo wygląd erteka po wczorajszej trasie klasyfikuje go do klasy motocykli szrotowo-śmietnikowych. Widzę koło hotelu roje dzieciaków z małymi tackami, które wyciągają w moją stronę chcąc kasę. Zresztą z podobna sytuacja spotykam się podczas przechadzki w stronę banku. W Afryce biały człowiek głównie jest postrzegany jak niekończąca się studnia kasy lub chodzący portfel! Nie zwracam uwagi na zaczepki tylko kieruje się „do centrum” w poszukiwaniu banku. Ostatecznie znajduję cos takiego i wymieniem nim euro, po kursie innym niż oferował mi wczoraj „majfrend”. Szykuje swoje motocyklowe ciuchy i wywieszam je na motocyklu, żeby wyschły. Udaje się z laptopem do całkiem ładnie wyglądającej restauracji i staram się połączyć z Internetem. Moje próby spełzają na niczym, bo pomimo zapewnień obsługi, że WiFi jest na całym terenie obiektu, nie uzyskuje połączenia. Mówiąc szczerze przywykłem już do tego, że jeżeli w hotelu zapewniają mnie o wszechobecnym sygnale Internetu często nic z tego nie wychodzi. Przyjmuję do siebie fakt, że nie mam na to żadnego wpływu. Spędzam w restauracji kilka godzin opisując moje ostatnie przeżycia i zrzucając fotki z aparatu.
Wracam do pokoju i robie sobie herbatę. Nie piłem tego od dawna – przynajmniej tej, którą znam z Polski. Na zewnątrz jest taki upał, że jak wychodzę to aż zapiera dech w piersiach. Nie wiem jak jutro będzie wyglądała moja podróż, ale do Saint-Louis mam około 500km. Zrobienie takiej trasy w Saharze Zachodniej byłoby niczym, ale tutaj jest ogromny upał i co chwilę jakieś małe zadupia, w których trzeba zwolnić. Bardzo chcę jutro tam dotrzeć, bo to oznaczałoby, że w piątek miałbym szanse opuścić Senegal, którego niestety nie polubiłem. Sądzę jednak, ze jeżeli wyjadę bardzo wcześnie to powinienem dotrzeć do celu – przynajmniej taką mam nadzieję.

24 dzień (16-05 czwartek)
Dzisiaj wstaje bardzo wcześnie – budzik dzwoni o 5:30. Na dworze jest zupełnie ciemno. Po woli szykuje rzeczy i robie poranna toaletę. Chce dzisiaj dojechać do Saint-Louis, ale nie chcę, żeby to było po zmierzchu. Po oporządzenie się w pokoju idę z tobolami do motocykla. Obsługa recepcji jest w szoku widząc mnie o tej godzinie. Zapinam kufry oraz worek z ciuchami. Kupuje dwie butelki wody i jeszcze po ciemku wyruszam z Tamby. Jadę bardzo ostrożnie, bo o tej godzinie – o zmierzchu – bardzo łatwo nadziać się na głęboka dziurę w asfalcie lub nieoświetloną bryczkę. Mijam małe miasteczka, które po woli budzą się do życia. Przypominam sobie faceta, którego spotkałem w porcie, gdy czekałem na prom po stronie hiszpańskiej. Ostrzegał mnie, żebym nie jechał nocą przez Senegal. Niestety już drugi raz złamałem postawioną sobie wówczas obietnicę. Po woli jednak się rozjaśnia i mogę się czuć nieco pewniej za kierownica erteka. Właściwie nie spodziewam się dzisiaj niczego specjalnego. Po prostu chcę jak najszybciej przejechać przez Senegal, żeby zbliżyć się do Europy. Mijam różne mieściny i uświadamiam sobie, że chyba zbliżam się do tej bardziej piaszczystej części Afryki. Po woli ta „czarna Afryka” zostaje za moimi plecami. Dzisiaj jeszcze za wcześnie, żeby robić jakiekolwiek podsumowania, ale na pewno mam już swoje preferencje. Jadę tak i rozmyślam o tym co widziałem i co przeżyłem do tej pory podczas mojej afrykańskiej podróży. Wjeżdżam do jakiejś mieściny i szybko sobie uświadamiam, że koło mnie na typowej afrykańskiej popierdułce dwóch małolatów chce sprowokować mnie do rywalizacji motocyklowej. Nie jestem za bardzo chętny na takie wyzwania, więc puszczam ich przodem. Widzę jak chłopacy pomykają prawą stroną dokładnie koło jakiejś terenówki. Kierowca samochodu nie rozgląda się specjalnie i nagle podejmuje decyzje o skręcie w prawo. Oczywiście kończy się to glebą dla chłopaków. Widzę jeszcze jak dynamicznie gestykulują cos, chcąc w ten sposób wyrazić swoje poglądy o ruchu drogowym. Niestety, tak to już jest, ze afrykańskie miasta mogą stanowić doskonałe miejsce do nakręcenia odcinków nowego teleturnieju pod tytułem „Co mi zrobisz, jak cię stuknę?”. Teoria „duży może więcej” jest w Afryce jak najbardziej żywa i niestety często praktykowana. Staram się przebić na drogę wylotową z tej mieściny. Tłok jest dosyć duży i trzeba uważać na niczym nieprzejmujących się pieszych, spacerujące kozy, krowy oraz wjeżdżające nagle bryczki. Zaczyna mnie to denerwować i staram się przecisnąć przez ten gąszcz samowoli ulicznej. Po drodze wyprzedzam kilka ciężarówek, które gubią za sobą dosyć obwite porcje swojego piaszczystego ładunku. Przyspieszam coraz bardziej i zaczynam już dostrzegać wyjazd z tej nieciekawej mieściny. Oczywiście sprzyja to odkręceniu gazy. Niestety w tym momencie widzę umundurowanego jegomościa, który pokazuje mi, że mam zjechać na pobocze. To spotkanie kosztuje mnie 15 000 CFA (ok. 25-30 euro). Początkowo upierdliwy policjant chce 18 000, ale po mozolnych dyskusjach opuszcza cenę do 15000. Chcę utargować wartość „bilecika” na 10000, ale widzę, że na moja propozycje policjant reaguje lekkim poirytowaniem i zaczyna chować mój paszport oraz prawo jazdy do kieszeni. Decyduję, więc, że płace owe 15 000 i z bólem serca jadę dalej. Po drodze w duchu mówię do siebie, co sądzę o napotkanym służbiście, ale te określenia nie nadają się do przytoczenia. Rozmyślając tak o swoich niespodziewanych wydatkach docieram do Saint-Louis. Miasto wygląda typowo w afrykańskim stylu. Na poboczach poszczególnych ulic można znaleźć dosłownie wszystko – widziałem dzisiaj nawet stara ramę od ciężarówki. Poza tym jest cała masa rozpoczętych wiele lat temu budów, które pewnie nigdy nie zostaną zwieńczone sukcesem. Niektóre niedokończone budynki zostały zaadoptowane na sklepy, inne niszczeją nakreślając beznadziejną panoramę typowego afrykańskiego miasta. Jadąc wolno ulicami staram się odszukać hotel, w którym spałem jadąc w stronę Gwinei. Odszukanie tego przybytku zajmuje mi ok. 15 minut. Wnoszę swoje toboły to pokoju i zaczynam doprowadzać się do porządku. Za oknem znowu jest jakiś festyn związany z promocja senegalskiego jazzu. Ostatnio była tutaj impreza związana z promocja Nescafe – widać Saint-Louis to bardzo rozrywkowe miasto. Jutro planuje wstać wcześnie i udać się na najbardziej koszmarne przejście graniczne, jakie miałem okazje poznać podczas mojej podróży. Chodzi oczywiście o granicę senegalsko-mauretańska w Rosso. Czuję, że będę musiał się jutro wykazać nie lada cierpliwością. W planach mam dotarcie do Nouakchott i poszukanie tam noclegu. Dzisiaj nakręciłem 630 km.