To już 20 dni …

(12-05 niedziela) – drugi dzień pobytu w Labe
Dzisiejsza pobudka była dla mnie bardzo leniwa. Sam się sobie czasami dziwie. Najpierw nastawiam budzik wcześnie a potem się wkurzam, że dzwoni. Chyba ze mną jest cos nie tak. Ostatecznie udało mi się wypełznąć spod pieleszy. Wiem, że dzisiaj nic specjalnego nie będzie się działo. Nie jadę na Uniwersytet, ale za to mam obiecana wycieczkę po Labe. Robię więc poranna toaletę starając się tak ustawić małe wiaderko, żeby z cieknącego kranu woda nie nakapała mi do laczków. Potem wychodzę na słońce. Jest bardzo upalnie, duszno. Dostrzegam, że skóra z mojego prawego ramienia schodzi coraz bardziej. To efekt upału, który mnie dopadł na promie w Banjul, gdy płynąłem na spotkanie z Ebrimą. Od rana mam lekkiego lenia, wiec idę się trochę poszwędać samotnie po Labe. Zajmuje mi to ok. 40 minut. W trakcie przechadzki uświadamiam sobie, że najwyższy czas zmienić olej w moim erteku. Tylko, w co spuścić stary? W drodze powrotnej do hotelu znajduje przy ulicy starą, przeciętą wzdłuż 20 litrową bańkę po paliwie. Tak jakby czekała na mnie. Znalezienie podobnych skarbów przy ulicy w Labe nie jest specjalnym wyczynem, problemem może być jedynie to czy za moment nie pojawi się właściciel i nie zacznie mówić, co o mnie sądzi w jakimś plemiennym języku. Upewniam się, że nikt nie mierzy do mnie z kuszy lub łuku i zabieram znalezisko do hotelu. Przynoszę narzędzia w miejsce zaparkowania motocykla i zabieram się za wymianę oleju silnikowego. Cała ta „operacja’ zajmuje Mi ok 20 – 30 minut. Ertek jest więc gotowy do podróży. Kolejna zmianę planuje w Brukseli. Po chwili dzwoni do mnie Fatoumata i umawiamy się na rozmowę, w której ma również uczestniczyć dwóch pracowników Uniwersytetu. Idę więc kilka uliczek dalej do jakiegoś domu, siadamy w fotelach i zaczynamy dyskutować. Okazuje się, ze mamy kompletnie inne pojęcie o tym jak powinno wyglądać funkcjonowanie Uniwersytetu. Usiłuje się dowiedzieć, czym pracownicy Uniwersytetu w Labe zajmują się w kontekście pracy naukowej i w odpowiedzi widzę wytrzeszczone ze zdziwienie oczy. Zaczynam wiec opowiadać o możliwościach, jakie można podejmować w zakresie pracy naukowej dotyczącej zagadnień informatycznych. Widzę jak moi słuchacze pośpiesznie robią sobie notatki. Potem zasypują mnie różnymi pytaniami dotyczącymi podjęcia ewentualnej współpracy. Widzę ich ogromne zainteresowanie – oni natomiast widzą moje ogromne zdziwienie. Sprawa staje się jasna, że w tej całej możliwości współpracy to my dajemy im możliwości a nie odwrotnie. Nie ma co do tego cienia wątpliwości i oni zdają sobie z tego doskonale sprawę. Mimo wszystko zasługują na uznanie za prace doprowadzającą do uruchomienia uczelni w tym mieście. Uczelnia ma niespełna 10 lat i już teraz widzę, że doprowadzenie do pierwszego naboru studentów musiało się wiązać z bardzo dużym wysiłkiem tych ludzi. Cała dyskusja trwa ok. godziny. Potem mam chwile na odpoczynek i udajemy się zwiedzać Labe. Mówiąc szczerze miasto nie zachwyca, nawet momentami jest całkowicie nieatrakcyjne. Mimo wszystko ludzie są bardzo otwarci, przyjaźni i czuję się tutaj bezpiecznie. Pracownicy Uniwersytetu robią absolutnie wszystko, żebym był zadowolony. Od przyjazdu do miasta płacą za wszystko, otwierają mi drzwi do samochodu. Mam do dyspozycji kierowcę. Momentami jest mi naprawdę głupio! Gdy chce płacić denerwują się mówiąc „jeżeli ty jesteś zadowolony to my też”. Kompletnie inne wrażenie niż moje mauretańsko-senegalsko-„majfrednowe’ doświadczenia! Zwiedzamy dzisiaj muzeum w Labe. Budynek jest mały, ale przewodnik ma bardzo dużą wiedzę na temat historii życia ludzi w tej części Afryki. Pokazuje i omawia stroje oraz inne przybory codziennego użytku, które niegdyś były bardzo popularne. Widzę jednak w śród nich starą znajomą mi, poczciwą proce i od razu przypominają mi się niesforne lekcje w podstawówce :- ). Na zakończenie robimy sobie wspólne fotki. Szefowa muzeum wydaje wyjątkową zgodę specjalnie dla mnie, bo oficjalnie tego obiektu fotografować nie wolno. Potem przejeżdżamy w kilka miejsc w Labe – miedzy innymi na lotnisko. Niestety tutaj jestem w szoku, ale bez pozytywnego zabarwienia. Widzę jak koło pasa spokojnie pasie się kilka krów. Wieża kontroli lotów przypomina mi raczej ambonę myśliwską w Borach Tucholskich. Następnie wpadamy do kafejki internetowej, w której w końcu udaje mi się dostać na konto wyprawy na FB. Niestety układ klawiatury jest taki, że swój login pisze ok. 2-3 minut. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Po raz kolejny podczas mojej afrykańskiej przygody powtarzam sobie w duchu „bądź dzielny” i ostatecznie loguję się. Całe szczęście, że opisy przygotowuje na moim laptopie z klawiatura QWERTY, bo w przeciwnym razie wróciłbym do Polski na Święta Bożego Narodzenia. Jeżeli ktokolwiek z Was będzie się czuł zniesmaczony moimi jakimikolwiek literówkami to najmocniej przepraszam, ale zadanie pisania na gwinejskich klawiaturach zdecydowanie przekracza moje informatyczne kompetencje. W między czasie łapie kontakt z Panem Tomkiem od tropiciela. Wiem, że cały czas nie ma sygnału, ale to nie jest jego wina. Kupiłem tutaj gwinejska kartę SIM, która postaram się przetestować i przywrócić moja lokalizacje na aplikację WWW. Po całych tych przeżyciach jedziemy do knajpy na kolacje, gdzie otrzymuje standardowe pytanie: „Na co masz ochotę?”. Skąd mam wiedzieć na co, jeżeli nie mam zielonego pojęcia o gwinejskich potrawach. Chce tylko coś zjeść i nie mieć po tym rewolucji żołądkowych. Podkreślam też, że nie lubię pikantnych potraw. Dostaję więc potrawę z kurczaka i w oddzielnym naczyniu sos do polania. Całe szczęście, że nie polałem sobie tym sosem całej zawartości talerza! Po skosztowaniu tej przyprawy poczułem się jakbym połknął lawę z Etny! Czuje jak serce zaczyna mi walić jak młotem a łzy mam już na plecach. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie przeżyłem! Po opanowaniu emocji oraz dojściu do siebie odstawiam owe naczynie z przyprawa i zadowalam się tym, co jeszcze nie zostało przyprawione. Po wszystkim zostaje odstawiony do hotelu. Jutro mam wystąpienie na Uniwersytecie – niestety mam być gotowy o 8:00 rano! Mam nadzieję, że zdążę się ogarnąć do tej godziny. Potem będę szukał pickupa, który może przewieść mój motocykl przez ten koszmarny odcinek w stronę granicy senegalskiej. Wole nie ryzykować podróży przez skrajnie niedostosowane warunki do mojego 300 kg motocykla. Niestety, ale tą cześć trasy przegram i zrobię wszystko, żeby nie przejeżdżać jeszcze raz przez to piekło. Mam nadzieje, że mi się uda. Jeżeli nie …….. wole o tym nie myśleć.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.