16, 17, 18, 19 ale to szybko leci …

16 dzień (08-05 środa)

Wstaje rano i zaczynam się pakować. Przed wyjazdem chce jeszcze wymienić trochę dalasi i wrzucić jakieś info na FB. To pierwsze mi się udaje, ale to drugi nie. Kafejka jeszcze zamknięta i nie mam zamiaru czekać. Nosze z mozołem z 2 piętra swoje tobołki i przypinam do motocykla. Obserwuje to wszystko jakiś chłopaczek, który sadząc po poziomie konwersacji ma kłopoty ze zrozumieniem kolorowych wycinanek. W gruncie rzeczy bawi mnie jego światopogląd więc go nie przeganiam tylko słucham co ma do powiedzenia. Niestety musi to być jegomość, który jest dobrze znany obsłudze bo zaraz zostaje wyrzucony za bramę. Po przygotowaniu erteka do drogi szukam gościa z obsługi, żeby przyniósł mi coś po czym mogę zjechać z gigantycznego krawężnika. Oczywiście zapomniałem jak jest po angielsku „deska”, ale od czego są ręce i gestykulacja? Po chwili mam gotowa do zjazdu platformę. Wystarczy wykonać tylko dwa zygzaki i już jestem na ulicy Banjul. Niestety przy drugim maszyna mnie przechyla i kładę ja na prawy bok. O podniesieniu nie ma mowy, zresztą w mig pojawia się trzech pomagierów i za chwile jadę dalej. Opuszczam Banjul myśląc o nim pozytywnie. Spotkałem tutaj ludzi przyjaznych i życzliwych. Może kiedyś tu wrócę? Nie wiem, ale na razie myślę, żeby szybko dostać się do granicy. Obieram więc kurs na wschód o „odkręcam gwint”. Droga jest bardzo dobra a pogoda cały czas nie pozwala mi zapomnieć, ze jestem Afryce. Po drodze zatrzymuje mnie patrol. Bardziej chyba, żeby pooglądać moja beemke niż z jakiegoś uzasadnionego powodu. Facet nawet nie chce paszportu. Pokazuje mi swoje moto i dumnie podnosi kciuk. – jaką ma pojemność silnika? Pytam – 650 ccm. Odpowiada z zachwytem. A Twój? – 1100ccm. Mówię, i widzę ze nieco popsułem mu nastrój wynikający z zachwytu nad policyjnym potworem. Życzymy sobie miłego dnia i lecę dalej. Droga przez pierwsze 70 – 80 km jest bardzo dobra. Jadę w zamyśleniu nad życiem motocyklisty i naglę widzę na sobie obcy wzrok. Przyglądam się uważnie w lewą stronę i widzie wytrzeszczone małpie oczy. Szok! 2 metry od drogi, pod drzewem stoi małpa i gapi się na mnie. Moja reakcja może być tylko jedna. Hamulce Ida ostro w ruch. Zawracam moto, zatrzymuje się i szybko przypinam kamerę do kasku z nastawieniem na fotografowanie. Małpa oczywiście znika w zaroślach. Jadę wolno a kamera cały czas fotografuje okolice. Widzie z odległości ok. 100m całą rodzinę. Potem jeszcze kilka. W parę minut orientuje się, ze jest tutaj cała masa małp. Niestety są strasznie płochliwe a fotki z odległości, na którą mogę się zbliżyć wychodzą nie fajnie. Zatrzymuję moto, gaszę silnik (żeby nie płoszyć małp) i czekam na okazje do fotki. Widzę, że swoim zachowaniem wzbudzam zainteresowanie czterech chłopaków. Podchodzą do mnie zdziwieni co robię. – widziałem małpy! Cieszę się jak dziecko. Cała czwórka zaczyna się ze mnie śmiać. ¬- no i co? Pytają. -w kraju z którego pochodzę możesz zobaczyć małpę tylko ZOO lub cyrku. Odpowiadam. Proponują mi, żebym zostawił motocykl i po ciuchu poszedł z nimi w zarośla. Tam jest więcej ciekawej zwierzyny. Niestety po pierwsze nie mam czasu, żeby tutaj polować na małpy a po drugi jak ktoś w tym czasie zapoluje na mój motocykl to będę miał większy problem. Odmawiam wiec, odpalam silnik i jadę dalej. Ujeżdżam ok. 20km i droga zamienia się w klepisko. Prowadzone się roboty związane z budowa nowej drogi a ja jadę wertepami i serce mi pęka jak słyszę klekotanie beemki. Po ujechaniu sporej odległości widzie jak za mną zbliża się jakiś bus. Wyprzedza mnie, ujeżdża ok. 30m i zatrzymuje się przede mną zastawiając mi drogę. Z auta wychodzi szybko 5 białych facetów – jeden bardzo słusznej postury. Machają do mnie wyciągając w moim kierunku ręce. Nie słucham ich tylko odbijam w lewo i dodaje gazu. W lusterku widzie jak pospiesznie wsiadają do busa i ruszają. W tym momencie przez głowę przechodzą mi różne myśli. Zaczynam sobie przypominać gdzie jest zabrany do obrony paralizator. Poza tym zaczynam kalkulować ile kasy mam przy sobie „na widoku” a nie w schowkach aby przewidzieć ewentualne straty. Za każdym razem jak bus się zbliża ja dodaje gazu. Nagle widzie przed sobą punkt kontrolny i policjanta, który kiwa mi, żebym się zatrzymał. Czuje lekka ulgę i zatrzymuje motocykl. Bus nas wyprzedza, zatrzymuje się ok. 10m przede, mną. Wychodzą z niego ci sami jegomoście i w tym momencie słyszę język polski. – cześć. Co słychać? Po prostu zobaczyli polska rejestracje i chcieli mnie zatrzymać, żeby pogadać. Jestem mega wściekły na siebie, że straciłem głowę. Wyzywam się w myślach od najgorszych! – Skąd jesteś? Pada pytanie. – Z Bydgoszczy. Odpowiadam Jeden z nich (ten o słusznej budowie ciala0 zaczyna piać z zachwytu. -Właśnie przeprowadziłem się do Bydgoszczy. Przyjechałem tam za dziewczyna. Wcześniej mieszkałem w Łodzi. -Jak dzielnica? Pytam – Właśnie kupiłem mieszkanie w Fordonie. Okazało się, że ci faceci jeżdżą po Gambii i Pisza o niej książkę. Żegnamy się po chwili. Jadę dalej i cały czas czuje się jak idiota. Nie wolno tak szybko tracić głowy jeżeli wybiera się w samotna podróż po Afryce. Zbliżam się do Georgetown i dochodzie do wniosku, że będę tutaj szukał noclegu. Mam w końcu przekroczyć granice Senegalu, więc jest duże prawdopodobieństwo spotkania „majfrendów” i przeprawa może potrwać dłużej. Wjeżdżam więc do miasta i jadę wolno tradycyjnie wypatrując tabliczkę z napisem „Hotel”. Również tradycyjnie swoim zachowaniem wzbudzam zainteresowanie, co owocuje znajomością z jakimś chłopakiem, który pomyka za mną na rowerze. On właśnie jest na usługach jakiegoś hotelu i szuka takie zagubione dusze jak ja. Po chwili dyskusji wjeżdżam na teren jakiegoś ośrodka, który na pierwszy rzut oka wygląda sympatycznie. Cena też jest niezła, ale jest jeden problem. W ośrodku nie ma prądu, ale jak zapewnia obsługa prąd będzie od godz 18:00 czasu gambijskiego. Wygląda na to, że muszę czekać ok. 15 min, wiec decyduje się sprawdzić czy żarówka w końcu się zapali. W między czasie (nawet nie wiem kiedy) mój nowy znajomy kolarz umył mi motocykl. Gada przy tym jak najęty, Jest ze swoim kumplem, który ma trochę bardziej stonowana osobowość. Obydwoje świata nie widza poza reggae nie gardząc przy tym poczciwym skrętem. Atmosfera robi się sympatyczna – jak to w Gambii. Obsługa mnie zapewnia, że ośrodek jest na przyzwoitym poziomie i będę zadowolony. Pytam więc, czy mogę prosić o taki poziom z prądem i Internetem? Dowiaduję się, że 400m dalej jest ich kolejny ośrodek, w którym znajdę to co mnie interesuje. Wskakuje więc na erteka i razem z fanami reggae jadę owe 400m. Z daleka widzie, że prąd jest, więc przepowiednie się sprawdzają.. Pytam o Internet, na co obsługa kręci nosem. Znajomy kolarz mówi, że przyniesie mi Internet mobilny za niewielka kasę. Zaczyna mi przy tym opowiadać, co to jest port USB. Mówię mu, że już kiedyś widziałem coś takiego, więc niech lepiej przyniesie tego pena. Zachowuję jednak czujność i proszę o pokazanie pokoju – potem dopiero podejmę decyzję czy zostaje. Idziemy do jednego z nich i wchodzimy do środka. W tym momencie widzie jak po ścianie ucieka ok. 15cm jaszczurka. Chciałeś Afrykę to masz – myślę sobie. Z resztą co za różnica? Jeżeli jaszczurka teraz jest tutaj to z chwile może być gdziekolwiek. Nie ma znaczenia, który wybiorę pokój. Cena jest niska, wiec godzę się. Wychodząc z pokoju chce zamknąć drzwi i klamka zostaje mi w dłoni. Koleś z obsługi mówi, że zaraz dostane drugi pokój, ale przy tym zaczyna mnie instruować jak przyciągać drzwi przy pomocy klamki. Patrzę na niego jak na kosmitę a on chyba wyczuwa moje poirytowanie. Za chwilę mam inny pokój i chyba jednak cieszę się, że w tamtym klamka się zepsuła. Może jednak jaszczurka nie przyjdzie do mnie? Pokoik jest mały, ale to mi wystarczy. Łazienka z prysznicem, który swoim wyglądem sugeruje, żeby nie wchodzić tam bez klapek basenowych. Nad łóżkiem wisi podwinięta moskitiera, która wygląda jak welon Pani Młodej sprzed tamtej epoki. Biorę prysznic, robię żarcie i siadam do netu. Szybkością mnie nie zaskakuje, ale udaje mi się wrzucić na FB to, co chcę. Po tym wszystkim kładę się spać. Dzisiaj nakręcone tylko 350 km.

17 dzień (09-05 czwartek)

Ranek Georgetown jest całkiem pogodny. Wychylam nochal z pokoju i widzę koło mojego motocykla moich wczorajszych znajomych. Wynoszę pierwszy tobołek i przypinam go do bagażnika. Fachowcy od reggae zaczynają mnie zagadywać i ponownie atmosfera robi się sympatyczna. Niestety nie mogę wdawać się z nimi w wielkie dyskusje, bo tym sposobem nie dojadę do wyznaczonego celu. Po ok. 20 minutach kręcenia się tam i z powrotem ertek jest załadowany i czeka do drogi. Robimy sobie jeszcze pamiątkową fotkę. Gdy wsiadam na motocykla mój kolega Tippo zaczyna coś owijać w bawełnę i dokładnie nie rozumiem o co mu chodzi. Jak się okazało chodzi o kasę. Mówi, że nagania klientów do tego hotelu, ale nie ma pensji tylko bazuje na tym, co dostanie „z dobrego serca”. Mówi, że zbiera na worek ryżu, który chce kupić dla rodziny. Chłopacy wskazali mi to miejsce, załatwili pena i wyszorowali motocykl. Bezsprzecznie należy im się kasa. Niestety mam tylko niewielka kwotę dalasi. Poza tym mam banknot 50 euro – to byłoby z dużo. Czuje się jak kretyn dając im niewielka kwotę. Pierwszy raz podczas mojej afrykańskiej podróży żałuję, że nie daje więcej. Chłopacy są jednak weseleli i rozstajemy się z uśmiechem. Po kilkudziesięciu kilometrach droga znowu zamienia się w plac budowy. Obok mnie walce i spychacze pracują nad nową drogą. Jadę tak z zamyśleniu aż nagle słyszę jakiś krzyk. Odwracam głowę w prawo i widzę umundurowanego faceta. Zatrzymuje się i dowiaduję, że właśnie przejechałbym granice Senegalu bez kontroli. Jestem w szoku. Zero „majfrendów”a dookoła maszyny robocze oraz budka graniczna przypominająca szopę na grabie. Wchodzę do tego „biura” i podaje swój paszport. Facet najdłużej patrzy się na okładkę. Już chciałem mu powiedzieć, że wiza jest kilka kartek dalej, ale sam na to wpadł. Przystawia oficjalny stempel i mówi, że mogę jechać dalej. NIE DO WIARY. Cała odprawa trwała może dwie minuty. Jestem więc ponownie w Senegalu, który chcę szybko opuścić, żeby wjechać do Gwinei. Droga jest dosyć dobra a do przejechania ok. 150 km (z reszta dokładnie nie wiem ile). Czas upływa szybko i ponownie dostaje się na granice senegalską – tym jednak razem senegalsko – gwinejską. Upał powala na kolana. Przed mało okazałym budynkiem siedzi grupa osób. Drzwi do budynku są jednak zamknięte. Podchodzę i pytam czy tutaj znajduje się biuro. Odpowiada mi facet w wieku ok. 55 lat, że celnicy maja lunch i trzeba czekać. Pytam go ile on już czeka – dowiaduję się, że 2 godziny. Wygląda więc na to, że proza afrykańskich przejść granicznych powróciła. Facet z którym wymieniam kilka zdań to Kenneth, który jest z Nowej Zelandii. Bardzo kulturalny i dobrze ułożony człowiek. Kupił w Portugalii samochód terenowy i samotnie ze swoim pieskiem jedzie przez Afrykę. Chce dotrzeć do RPA. Podchodzi do mnie „majfrend” i pyta czy chce wymienić kasę. Nie jest natrętny, tylko po prostu pyta. To skłania mnie do wymiany. Daje mu walutę Senegalu oraz Gambii i dostaje franki gwinejskie. Po chwili wchodzę do biura i dostaje przydziałową pieczątkę w paszporcie – gość mówi, że mogę jechać na odprawę gwinejską, która jest 33 km dalej. Pytam go o stacje benzynowe, bo widzę, że warto dokupić paliwa. Słyszę, że w Gwinei nie ma stacji benzynowych, co wprawia mnie w totalne osłupienie. Skąd mam, więc brać benzynę? Celnik woła młodego chłopaczka, z którym załatwiam sprawę zakupu paliwa. Jadę dalej do posterunku gwinejskiego – czyli owe 33 km. Droga jest bardzo dobra, diametralnie różniąc się tym co jest między odprawą Sahary Zachodniej i Mauretanii. Odprawa gwinejska też przechodzi dosyć szybko. Widzę tylko, że Kennetha problemy i ciągle coś tłumaczy celnikom. Ja natomiast przechodzę od jednego szałasu do drugiego, które pełnia role biur. Za 10 minut jadę dalej. Jadę kilka kilometrów i napotykam punkt kontrolny. Gość chce ode mnie jakąś kartkę, ale ja nie mam pojęcia, o co chodzi. Mówię mu, że kilka minut temu byłem sprawdzany, ale on nie kuma po angielsku. Wchodzę do kolejnej latryny, która umownie nazwano biurem. Patrzę jak funkcjonariusz ogląda moja wizę i pokazuje coś drugiemu, który zna kilka podstawowych angielskich słów. Zaczynam im tłumaczyć,. że jadę do Uniwersytetu w Labe w celach nawiązania kontaktów z Uniwersytetem Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Idę do kufra i zabieram dokumenty z Labe i UKW. Pokazuje mu to i tłumacze jeszcze raz. Gość słucha jak świnia grzmotu, ale z uwagi na powagę sprawy robi mądrą minę. Widzi przed nazwiskami figurującymi na dokumentach stopnie naukowe, co go jeszcze bardziej podkręca. Ostatecznie spisuje wszystko, przybija mi z uśmiechem piątkę i jadę dalej. Nie wiem co mu nie pasowało w mojej wizie, ale teraz mam to gdzieś. Widzę drogowskazy na Labe oraz informacje 250km. Droga jest na tyle dobra, że 120km/h nie robi wrażenia. Jadę i myślę sobie, że wieczorem jak będę w hotelu to zacznę od wyprania wszystkich brudów. Nagle widzę, że kończy się asfalt. Jestem w szoku! Chyba zabłądziłem!? Pytam kogoś czy to droga na Labe – kiwa potwierdzając to czego nie chcę, żeby potwierdził. Do Labe jest ok. 180km i przede mną wertepy. Jadę na 2 lub 3 biegu lawirując miedzy dziurami. Robi się coraz ciemniej a droga wiedzie przez las i wertepy nie staja się coraz mniejsze. Już wiem, że ta ostatni część podróży do mojego afrykańskiego celu będzie koszmarem. Wiem, że czeka mnie nocna przeprawa, więc do póki jest jeszcze trochę jasno wlewam z kanistra paliwo do beemki. Po jednej stronie widzę las a po drugiej jakieś bagno. Nie mogę uwierzyć w to, że droga do drugiego pod względem wielkości miasta w Gwinei wiedzieć przez cos takiego! Jestem coraz bardziej wkurzony. Z tego, co wiem to na całym świecie robi się spora kasę na turystyce. Jest jednak taka kwestia, ze trzeba turystę zachęcić do przyjazdu. Nawet zakuty, półanalfabeta ze wsi wie, że jeżeli ma ktoś do niego przyjechać to warto zrobić drogę i wstawić oznaczenia. Afryka jednak rządzi się innymi prawami. Jest już ciemno a ja jadę przez las słuchając jak klekocze mój motocykl. Wjeżdżam do jakiegoś wąwozu, który ma podłoże kamieniste i bardzo nierówne. Nie za dobrze widzę co jest przede mnę i kosztuje mnie to glebę. Gmole zrobione przez Moto_jacka po raz kolejny spisały się na piątkę. Szarpie się z 300’tu kilowym kolosem a on nawet nie drgnie. Szkolenia z zakresu podnoszenia turystyka są dobre na asfalcie, ale tutaj się nie sprawdziły. Widzę przede mną światło motocykla więc staje i zaczynam kiwać. Zatrzymuje się, ale kontrolnie ok. 15 m przede mną. Przypomina mi się mja przygoda w Gambii z busem i rozumiem to. Na motocyklu jedzie jakiś chłopach z dziewczyną. Pytam czy pomoże mi podnieść motocykl. On kiwa głową a ona ma przerażone oczy patrząc na moje BMW. W tym czasie widzę za mną nadjeżdżający samochód. Boje się, że nie zauważy leżącego motocykla i uderzy w niego. Kiwam, żeby się zatrzymał. W końcu w 4 osoby podnosimy mój motocykl. Wskakuje na niego i jadę dalej umorusany w czerwonym pisku jak zwierzę. Jest już bardzo późno i ciemno. Kulam się ok. 30km./h patrząc czy za chwile nie zaliczę kolejnej gleby. Nagle z mojej lewej strony oświetlają mnie latarki i żwawym krokiem podchodzi do mnie jakiś chłopak mówiąc coś w swoim języku. W natłoku słów wydaje mi się, że mówi policja. Zatrzymuję się ale włączam jedynkę i trzymam sprzęgło gotowy do jazdy. Chłopak mówi, żebym wygasił silnik. Pytam „kim jesteś”, odpowiada, że żandarmeria i chce mój paszport. Nie sięgam po niego, więc jest chwila konsternacji. Podchodzi drugi i latarką oświetla swój mundur, dystynkcje oraz zaparkowany nieopodal motocykl policyjny. Gaszę silnik i daje im paszport. Pytają dokąd jadę. Mówię, że do Labe. Mówią, że dalsza droga jest trudna, niebezpieczna i jest już późno. Zdecydowanie odradzają mi dalsza jazdę. Mówią, że oni tutaj maja służbę cały tydzień (w dzień i noc) wiec mogę się u nich przespać i pojechać bezpiecznie rano. Chwilę siedzę na motocyklu myśląc co dalej robić. W końcu przystaje na ich propozycję – niech afrykańska przygoda trwa. Stawiam erteka koło policyjnego motocykla i ciężko siadam na drewniana ławkę, która mi podstawili. Jestem totalnie wyczerpany szarpaniem się z motocyklem. Stanowisko patrolowe to dwa słomiane zadaszenia z wiklinowymi pryczami. Kładę się tak jak stoję na jedna z nich. Zasypiam.

18 dzień (10-05 piątek)

Rano budzi mnie dźwięk piania kogutów oraz dyskusja policjantów. Wychodzę spod słomianego zadaszenia i czuje każdy detal pryczy na swoich plecach. Chłopacy widząc mnie śmieją się i przybijają piątkę. Robię kilka skłonów, żeby rozruszać kości. Jest 6:35 czasu gwinejskiego. Moi dobroczyńcy proponują mi, że za moment będzie ryż do jedzenia. Jest jednak dla mnie za wcześnie na jedzenie, zresztą chcę jak najszybciej dotrzeć do celu a droga czeka mnie bardzo trudna. Ta przeprawa uczy mnie tego, żebym już nigdy nie powiedział, że w Afryce nie może mnie spotkać nic gorszego. Robimy sobie wspólne fotki i podejmuję decyzje, że ruszam dalej. Dostaje ostatnie instrukcje jak jechać, odpalam maszynę i ruszam. Po drodze wiedze stacje benzynową wiec profilaktycznie zatrzymuje się – mimo tego, że motocykl tego jeszcze nie wymaga. Tankuje pod korek zbiornik oraz kanister. Koleś na stacji mówi po angielsku, bo mieszkał w Gambii. Mówi, że powinienem mówić do ludzi po francusku, bo to francuskojęzyczny kraj. Dobre sobie! Jak mam mówić, skoro nie znam tego języka? To tak jak ja kazałbym jemu mówić po polsku. Szybko przekonuję się, że znowu wlali mi do zbiornika jakieś szczochy, bo maszyna gaśnie na wolnych obrotach. Problem w tym, że tym razem mam w kanistrze tylko taka benzynę. Jadę tymi koszmarnymi wertepami dalej starając się nie doprowadzić do demontażu motocykla. Po pewnym czasie mija mnie na jakiejś popierdułce 125ccm młody chłopak i kiwa do mnie. Pytam czy to droga na Labe. Kiwa głową, że tak. Proponuje wspólna jazdę, bo tez się wybiera do tego miasta. Jest to dla mnie bardzo wygodne, bo chłopak zna dosłownie każdą dziurę i jak jadę za nim to mogę omijać największe wertepy. Mój nowy przewodnik ma na imię Ousoumoni. W tych warunkach jazdy widzę, że jego pierdzący motorek ma zdecydowana przewagę nad moim. Mimo wszystko jak zostaje to chłopak czeka na mnie. Po kilku km daje mi znać ręka, żebym zwolnił i był ostrożny. Przejeżdżamy przez odcinek ok. 40m, którego podłoże jest kamieniste, a średnia wielkość kamieni jest porównywalna z wielkością głowy. Są również kamienie wielkości moich kufrów bocznych. Patrzę uważnie czy nie haczę dolną owiewką. Tracę koncentracje nad przednim kołem i kładę beemke na prawy bok. Stawiamy ją razem na koła. Cały ten odcinek pokonuje bardzo długo przejeżdżając po woli kamień po kamieniu. Znowu czuje zapach sprzęgła. To już nie jest off-road – to jest extreme. Po pokonaniu tego koszmaru jedziemy dalej. Droga jest jednym wielkim kłębem czerwonego kurzu. Momentami czuję się tak, jakbym jechał w czerwonej mące. W pewnym momencie Ousoumoni spotyka kumpli i mówi, że zostaje. Żegnamy się i ostatnie ok. 60km do Labe jadę sam. Docieram do miasta, które było moim założeniem. Przejazd przez ostatnie ponad 100km zajmuje mi prawie 7 godzin. Po 18 dniach dojeżdżam do wyznaczonego sobie celu. Jestem bardzo zadowolony, że się udało. Na razie nie myślę o tym jak wrócę – myślę o tym, ze dotarłem tam gdzie chciałem. Znajduje hotel i wnoszę toboły do pokoju. Wyglądam tak, jakbym pracował przez tydzień na wszystkich zmianach w kopalni węgla czerwonego. Motocykl jest koszmarnie umorusany. Wchodzę pod prysznic, potem piorę wszystkie łachy. Jakiś chłopak myje mi motocykl. Potem dzwonię na Uniwersytet i pytam, kiedy możemy się spotkać. Przyjeżdża do hotelu pani z Biura Współpracy Międzynarodowej i umawiamy się na jutro. Mam nadzieję, że będzie to owocny dzień. Przez ostatnie dwa dni nakręcone 550 km.

19 dzień (11-05 sobota)

 Pierwszy dzień pobytu w Labe Rano budzi mnie dźwięk alarmu z komórki. Nie jestem z tego powodu zbyt zadowolony, ale i tak cieszę się, że dzisiaj nie musiałem spać w polu z policjantami w punkcie kontrolnym. Na dzisiaj mam zaplanowana wizytę w Uniwersytecie. Nastawiam gazówkę, żeby zrobić sobie śniadanie i wynoszę wyprane wczoraj, ale ciągle mokre ciuchy motocyklowe. Układam je na motocyklu w promieniach słońca. Warto przed wizytką u Rektora się ogolić. Wchodzę do łazienki i tu zonk. Prąd w tym przybytku jest tylko od godz. 18:00 do 6:00 rano. Światło nad umywalką więc nie chce współpracować. Całe szczęście, że mam lusterka wsteczne przy BMW, które od tej pory spełniają inne, niż zamierzone zadanie. O godz. 10:00 (czasu gwinejskiego) dzwonię do pracownika Uniwersytetu, że jestem gotowy. Za ok. 10 minut samochód stoi przed hotelem. Jedziemy wiec na uczelnie, do której jest ok. 20km od Labe. Po dojechaniu na miejsce szybko wnioskuje, że europejskie standardy są całkowicie różne niż afrykańskie. No, ale cóż. To było dla mnie oczywiste, więc nie robię wielkich oczu ze zdziwienia. Wita mnie kilka osób, których nazwiska i tak nie jestem w stanie zapamiętać – oni mojego zresztą tez nie. Na końcu wchodzi Rektor i wszyscy siadamy przy dużym stole. Podczas rozmowy o standardach na uczelniach cały czas nie mogę oderwać wzroku od czapeczki rektora. Jest baaardzo gustowna :- ). Pytania jednak zadaje bardzo konkretne i rzeczowe. Po krótkiej pogawędce jedziemy wertepami ok. 300m dalej, gdzie jest kilka budynków należących do Uniwersytetu. W każdym z nich odbywają się zajęcia z zakresu różnych specjalności – mnie oczywiście najbardziej interesuje informatyka. Przed wejściem do konkretnego „wydziału” wchodzimy jeszcze do jakiegoś biura, gdzie jest miejsce dyrektora działu informatycznego. Sam nie wiem po co, bo po wejściu siadamy na krzesełka i przysłuchuję się jak pozostała część ekipy rozmawia w kompletnie obcym mi języku. Domyślam się, że rozmawiają o mnie, bo co jakiś czas ów dyrektor spogląda na mnie i z uśmiechem kiwa głową. Po ok. 15 minutach idziemy zwiedzać ten naukowy przybytek dobrej nadziei. W pracowniach panuje ogólny tłok i lekki półmrok. Pytam nauczyciela ile tutaj jest stanowisk. Okazuje się, że moje pytanie jest bardzo skomplikowane, wiec nie chce go kłopotać i dopytywać dalej. Zwracam się z zapytaniem do Pani Fatoumaty, która jest pracownikiem biura współpracy międzynarodowej, jak długo w Gwinei trwa jedna lekcja. Odpowiada mi, że to zależy od nauczyciela. Jej odpowiedź mnie zamurowała.. Jak oni układają plan zajęć? Pytam więc czy nie maja konkretnych reguł w tym aspekcie. Teraz z kolei ona patrzy na mnie jak na dziwoląga. Mówię więc, że w Polsce jednostka lekcyjna to 45 min, ale zwyczajowo łączy się dwie i studenci maja zajęcia 1,5 godzinne. W odpowiedzi słyszę „It’s good idea”. Postanawiam, więc być konsekwentny i trwać w przekonaniu, że w Afryce mnie już nic nie zdziwi. Jeden z pracowników mówi do studentów, że przyjechał do nich profesor z Polski, żeby zobaczyć jak uczy się młodzież w Afryce. Dodaje, że przebyłem ta drogę na motocyklu, co powoduje nagłą burze oklasków. Słyszę jak ktoś ze studentów krzyczy „Robert Lewandowski” – już mnie to nie dziwi, że właśnie ten piłkarz jest tutaj popularny. Przejeżdżając przez wszystkie kraje Afryki, dosłownie w każdym z nich spotkałem, co najmniej jedna osobę, która znałaby nazwisko „Lewandowski”. W Uniwersytecie spędzam ok. 2 godziny. Na zakończenie robimy fotki z flaga Bydgoszczy, która dostałem w urzędzie miasta. Umawiamy się na dalsze zwiedzanie jutro oraz na to, że w poniedziałek będę miał prezentacje dla pracowników i studentów. Prezentacja będzie dotyczyła Polski, Bydgoszczy, Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego oraz kilku kwestii związanych z informatyką. Wracając do hotelu ustalamy, że mam ok. 15 min na przepranie i jedziemy coś zjeść. To jest bardzo dobry pomysł, bo czuje już pustki w żołądku. Zostawiamy Panią Fatoumatę, która mówi, że dojedzie do restauracji na własna rękę Samochód wjeżdża na teren hotelu. Pracownik Uniwersytetu oraz kierowca czekają a ja idę zmienić ciuch. Po chwili jedziemy do restauracji. Przez szybę oglądam Labe. Miasto nie zachwyca, porównując je do miast europejskich. Na tle miast afrykańskich może i jest jednym z lepszych, ale na mnie wrażenia nie robi. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że dystans miedzy Europą i Afryka jest znaczny. Albo ktoś to akceptuje i decyduje się na podróże w tą cześć świata, albo niech wybiera inny kierunek. Zawsze są jakieś plusy i minusy. Mieszkańcy Gwinei są bardzo życzliwi i otwarci. Jeżeli potrzebujesz pomocy to otrzymasz ja od nich. W moim przekonaniu rekompensuje to w pewnym sensie to co widzę przejeżdżając przez Labe. Dojeżdżamy do restauracji. Mówiąc szczerze, gdybym był sam to wchodziłbym do środka z pewnym dreszczykiem emocji. Siadamy przy stole a Fatoumata zamawia jakieś potrawy. Pyta mnie się co wybieram i rzuca jakieś kompletnie obco brzmiące nazwy. Powoduje to mój wybuch śmiechu. Dostaje więc jaką potrawę z kurczaka i ryż. Ryż jest suchy i ogólnie nie wnosi rewelacji smakowych. Kurczak, natomiast jest istnym rajem dla podniebienia. Kilka razy pytam się jak nazywa się danie, ale to co otrzymuje w odpowiedzi to tylko zbitek obco brzmiących dźwięków. Najadam się do syta. Ogólnie żarcie było pycha! Całość popycham butelka coca-coli i decydujemy o powrocie. Fatoumata odjeżdża swoim samochodem a ja zostaje z w suzuki z pracownikiem Uniwersytetu Oskarem i kierowcą. Oskar wysiada po drodze a kierowca podwozi mnie niemal pod same drzwi. Jutro kolejna wizyta w Uniwersytecie. We wtorek rano chce wyjechać z Labe i zacząć moja podróż – tym razem w kierunku Europy.