15 dzień

(07-05 wtorek)

Poranek w hotelu zaczyna się bardzo wcześnie i nietypowo. Dokładnie pod moim oknem jakiś zapalony motocyklista zaczyna „palić gumę” – jest ok. 7:00 rano. Zakrywam się mocno w pieleszach, mając nadzieję ze zapalony biker przestanie testować swojego ścigacza. Ostatecznie koleś odjeżdża a ja przestawiam budzik na 8:00. Poranna toaleta jak zwykle upływa bardzo szybko. Poza tym odkrywam same plusy nie naturalnie nisko powieszonego lustra w moim pokoju. Mogę sobie spokojnie siedzieć na plastikowym krzesełku i się golić – bez potrzeby wstawania. Może i miał racje ten, kto wieszał lustro na wysokości ok. 1 metra? W końcu relaks podczas porannej toalety to jest to!
Po śniadaniu wychodzę z hotelu, żeby poszukać jakiegoś miejsca, gdzie mogę kupić mapę Gambii oraz Senegalu. Stoję chwilę zagubiony przed hotelem, gdy nagle staje przede mną jakiś chłopak pytając czy czegoś potrzebuję.
- Szukam mapy Gambii i Senegalu. Wiesz, gdzie mogę kupić coś takiego? – odpowiadam.
Chłopak absolutnie nie błyszczy inteligencją. Cały czas zadaje mi standardowe pytania a po ustaleniu, że Holland i Poland to nie to samo mój poranny znajomy zaczyna zachwalać mój kraj i pyta czy go kiedyś tam zaproszę. Odpowiadam, że OK., ale najpierw musi spełnić kilka warunków:
1. Musi nauczyć się mówić po polsku.
2. Musi mieć kasę na przelot
3. Musi mieć dobry zawód, który zapewni mu prace w Polsce
Chłopaczek ma trochę zmieszaną minę i informuję mnie, ze poza chęcią do nauki języka polskiego nie ma szansy na spełnienia warunków. Ogólnie mój rozmówca nie wygląda na zbyt rozgarniętego, więc traktuję go w kategorii żartów. Wchodzę do sklepu i pytam o mapę, ale niestety nie ma czegoś takiego w tym składzie. Wychodzę i idę dalej. Nagle słyszę za sobą wołanie i widzie jak goni mnie jakiś chłopak.
- Szukasz mapy Senegalu i Gambi? Pyta
-Tak, ale nigdzie nie mogę znaleźć.
-Ja mam w domu. Chcesz?
-Chcę. Odpowiadam.
- OK. tylko zaniosę zakupy do domu
Przechodzimy koło jakiejś poczty. Chłopak proponuje, żebym tam na niego poczekał a on w międzyczasie skoczy do domu po mapę. Za ok. 5 minut wraca mokry jak szczur. Chyba biegł całą drogę. Ostatecznie płacę 300 dalasi i chowam mapę do kieszeni. Postanawiam, zostać w Bnjul jeszcze jeden dzień. Ebrima oferował swoja pomoc jako przewodni, więc chyba skorzystam. W pokoju hotelowym szukam kartki z nr telefonu. Jest! Powyginana na wszystkie strony, ale jest! Szybka kalkulacja. Jak zadzwonię z mojego telefonu to roaming zrujnuje mój budżet. Idę wiec do recepcji. Wole zapłacić, ale zadzwonię z miejscowego numeru. Facet w recepcji wystukuje numer na swojej komórce, łapie połączenie i oddaję mi słuchawkę. Umawiam się z Ebrimą w Barra – w porcie. Chcę płacić recepcjoniście za połączenie, ale ten tylko się ironicznie uśmiecha i macha ręką. Jestem szoku! W Mauretanii nie spodziewałbym się takiego podejścia. Szykuję się w pokoju i wychodzę w stronę portu, żeby przeprawić się do Barra. Po drodze wydaje mi się, że błądzę. Podchodzę do elegancko ubranego faceta, około trzydziestki i pytam czy ta droga prowadzi do portu,
- Chcesz się dostac do portu? Pyta.
- Tak, ale chyba zapomniałem drogę.
- O! Właśnie jedzie mój kierowca. (Wskazuje na srebrnego opla). Podwieziemy cię.
Tym oto sposobem dostałem się do portu a kierowca jegomościa odprowadza mnie pod samo okienko biletowe, upewniając się czy kupiłem dobry właściwy bilet. Wchodzę do poczekali, w której panuje tłok. Między zatłoczonymi ludźmi chodzą handlarze oferujący dosłownie wszystko. Począwszy od mydła na damskich gaciach skoczywszy. Pozytywne jest to, że nikt nie nalega. Jest prosta gra. Nie chcesz – nie kupujesz. To następna gambijska niespodzianka. Ostatecznie staje przy ścianie i czekana przybycie promu. Między czasie zgadują do mnie 2 dziewczyny i chłopak. Chłopak mówi nienaturalnie szybko. Jeszcze nigdy nie słyszałem żeby ktoś mówił aż tak szybko jak on – nie ważne, w jakim języku. Sprowadza się to do tego, że nie wszystko do mnie dociera. Wyłapuje tylko informację, ze w Gambii zanim się na coś zdecyduję powinienem zawsze negocjować cenę. Moi nowi znajomi to Elen, Emilia i Dam. Prom dopływa do portu i wchodzę razem moimi znajomymi na górny pokład – siadamy na ławeczce. Upał cały czas mi nie daje zapomnieć, że jestem Afryce. Za nami wchodzi jeszcze dużo osób. Na pokładzie zaczyna robić się tłoczno. Ściskamy się na ławce coraz mocniej. W tym momencie Emilia mówi do mnie, żebym pilnował portfela. Mówię jej, że sporo czytałem o Gambii jako o bezpiecznym kraju. Uśmiecha się tylko i mówi: Tak, ale teraz pilnuj portfela. Zaczynają się standardowe pytania dotyczące mojej obecności w Gambii. Pytają mnie, kiedy mam samolot do Polski. Mówię, że nie mam samolotu, ze przyjechałem do Afryki na motocyklu. Widzę przed sobą trzy pary wytrzeszczonych, czarnych jak smoła oczu. Elen wyciąga bułkę i mnie częstuje. W tym momencie przypominają mi się ostrzeżenia lekarza podczas szczepień, żebym nie jadł żywności z niewiadomego miejsca. Mówię więc, że jestem najedzony i odmawiam. Cala trójka zaczyna mi opowiadać coś o Gambii. O tym, że teraz jada do Senegalu – do Dakaru. Elen jedząc bułkę zaczyna mi coś opowiadać z pełnymi ustami z akcentem języka lokalnego. Wyłapuje niewielki sens z jej opowieści. Zaczynam się głośno zastanawiać czy Ebrima jeszcze na mnie czeka. Od czasu naszej rozmowy upłynęły ok. 2 godziny. W końcu prom dobija do portu. Wysiadamy na ląd, gdzie panuje duży chaos i tłok. Szukam pospiesznie wzrokiem mojego przewodnika. Niestety nie widzę go. Decyduję, że jak go nie będzie to tym samym promem wracam do Banjul. Samotnie nie wynajmę jeepa i nie pojadę na zwiedzanie. Dam mówi, że to dobra decyzja. Nagle za plecami słyszę. Chris! Hi! Widzę szeroko roześmianą minę mojego wczoraj poznanego kumpla. Ten gość wiecznie się śmieje i żartuje. Emilia mnie pyta czy wszystko OK. i czy chce iść z tym facetem. Mówię, że tak. Robimy sobie wspólną fotkę i się rozstajemy.
Ebrima czekał na mnie kilka godzin w porcie. W między czasie załatwił samochód i to, że on prowadzi a właściciel może jechać z nami jako pasażer. Zaczynamy ustalać cenę. Ebrima szybko przejmuje kontrole i zaczyna się targować w moim imieniu. Nie wiem, co mówi, bo rozmawiają między sobą w lokalnym języku. Widzę tylko, że właściciel zaczyna się coraz bardziej wkurzać i ponoszą go emocje. Ostatecznie wsiadamy do starego Isuzu Trooper’a i ruszamy w drogę. Szybko zorientowałem się, że w tym samochodzie jedyne kontrolki, które działają do kierunkowskazy. Brakuje też wycieraczek a zewnętrzne lusterka wsteczne odwrócone SA w przeciwna stronę. No cóż! Co kraj to obyczaj. Najważniejsze, żebym nie musiał go pchać, bo byłaby to moja najgorsza inwestycja w ostatnim czasie. Jedziemy do Kunta Kinteh Island – miejsce, w którym porwano głównego bohatera powieści „Korzenie” i wywieziono do Ameryki jako niewolnika. Po ok. 30 minutach docieramy do miejsca. Wysiadamy z samochodu i momentalnie otacza mnie wianuszek dzieciaków z wyciągniętymi rękoma. One wiedzą, że jak przyjeżdża tutaj turysta to ma dla nich cukierki – ja tez mam. I to 2 paczki. Pierwsza z nich rozchodzi się w mgnieniu oka. Potem robię sobie fotkę z dzieciaki. Lgną do mnie jak muchy do miodu. Na początku mam problem, żeby je opanować ale potem fotka jest gotowa. Jest bardzo wesoło i przyjacielsko. Podchodzi gość, który jest przewodnikiem po tym miejscu. Gambijczycy SA bardzo dumni z historii tytułowego Kunta Kinteh i bardzo chętnie opowiadają o tym turystą. Przewodnik ma na imię Maya – co różnie może się kojarzyć polskojęzycznym turysta :- ). Teren miejsca wywozu niewolników dzieli się na 2 części. Jedna na lądzie, gdzie byli doprowadzani po uprzednim złapaniu w okolicznych wioskach. Po zgromadzeniu większej ilości ludzi zostali wywożeni na oddaloną mała wysepkę, z której niewolnicy nie mieli szans uciec. Dzisiaj są tam tylko ruiny zabudowań. Po uzbieraniu 600 osób niewolnicy zostali pakowani jak sardynki pod pokład statku i odpływali do Ameryki.
Zwiedzamy muzeum na lądzie a następnie kierujemy się na przystań i wsiadamy do długiej na ok. 8, może 10 metrów drewnianej łodzi i płyniemy na wyspę. Zwiedzamy tam pozostałości tego potwornego miejsca. Opowieść przewodnika robi na mnie ogromne wrażenie. Z całą pewnością to miejsce kładzie haniebny cień na historie ludzkości. Wracam łodzią na ląd – nie mam ochoty się odzywać. Myślę o tym wszystkim, co widziałem i co usłyszałem. Wpisuje się do pamiątkowej księgi. Wracamy do Barra – do portu i płace resztę należnej kasy za podróż. Pytam Ebrimy ile jestem mu winny za poświęcony czas. Mówi do mnie: Nie na tym polega przyjaźń. Wymiękam. Nie wiem co powiedzieć.. Zaczynam być zmęczony, chce wracac do hotelu i położyć się spać. Ebrima mówi, że „odstawi’ mnie do hotelu. Cały czas się pyta czy jestem zadowolony. Mam wrażenie, że postawił sobie za punkt honoru moje bezpieczeństwo i zadowolenie z podróży. Dopływamy do Banjul i idziemy do hotelu. Po drodze robię zakupy. Siadamy przed hotelem i gawędzimy chwilę. Miedzy wierszami okazuje się, że Ebrima nie ma kasy na powrót do domu. Szybko daje mu kasę na bilety – widzę, że jest zmieszany. Żegnamy się i idę do pokoju. Długo nie mogę zasnąć. Jutro wyjeżdżam z Banjul. Chce jechać do granicy senegalskiej wzdłuż rzeki Gambia. Planuje przejechać przez Brikama, Jappeni, Georgetown i dotrzeć do Basse Santa Su – tam jest przejście graniczne. Zobaczymy czy się uda.

dzień 14

(06-05 poniedziałek)
Kaloack budzi mnie rano bardzo fajna pogodą. Mówiąc szczerze wstawałem „na raty” przestawiając budzik o 15 minut trzy razy. Gdy w końcu wypełzam spod pieleszy robię poranną toaletę. Potem spokojnym krokiem idę do stołówki na śniadanie. Mam sporo czasu i nie muszę się spieszyć. Do gambijskiej granicy jest ok. 90 km. Pakuje po woli swój dobytek i przypinam go do motocykla. Idę jeszcze na chwile popatrzeć na zatokę potem decyduje, że na mnie już pora. Zresztą i tak zbliża się 12:00, wiec kończy się doba hotelowa. Pytam jeszcze recepcjonistę o drogę na Karang. Od razu ostrzega mnie, że nie jest ona najlepsza i proponuje, żebym nie jechał zbyt szybko. Ruszam w kierunku Gambii. Przez ok. 40 km szosa jest zupełnie przyzwoita, niestety po tym dystansie sprawdzają się prognozy recepcjonisty. Szosa przeistacza się w zwykłą polna drogę o licznych wertepach. Mój turystyk klekocze coraz bardziej. Już wiem, że po powrocie muszę poświęcić mu sporo czasu, żeby doprowadzić moja beemkę do stanu używalności. Jadę głównie na 2 biegu lawirując między dziurami. Przypomina mi się mój kurs prawa jazdy, gdy musiałem kręcić ósemki starym, rozpadającym się „mińskiem”. Co pewien czas dojeżdżam do jakiejś wiochy i wertepowa droga przeistacza się (na ok. 400m) w asfaltową. Niestety ten asfalt to jest kombinacja pęknięć, głębokich dziur i innych nagłych niespodzianek. Oznacza to, że nie zwiększam prędkości, tylko nadal kulam się ok. 20 – 30 km/h. Przejeżdżając przez te miejsca jak zwykle wzbudzam sensację. Wszyscy gapią się na samotnego, dziwnego Białasa z kamerą przy kasku, jadącego niespotykanym w tym regionie motocyklem. W tym żółwim tempie przejeżdżam ok. 40 km. W końcu wjeżdżam na lepsza drogę co pozwala mi odkręcić gaz „nawet” do 70 km/h. Dojeżdżam do jakiegoś miasteczka i widzę stacje stację benzynową. Moja czujność każe mi zatankować maszynę, więc skręcam pod dystrybutor. Czuję jednak, że coś ogranicza mój skręt w lewą stronę o jakieś 1/3 możliwości erteka. Na razie o tym nie myślę tylko tankuje „pod korek” i jadę dalej. W końcu dojeżdżam do granicy. Informacje o przejściu granicznym widzę z daleka, więc emocjonalnie nastawiam się na „majfrendów”. Podjeżdżam pod biuro z napisem „Police” i parkuje motocykl. Jak na zawołanie pojawiają się moi „ulubieńcy”, jednak tym razem w wersji żeńskiej – co bardzo mnie dziwi. Zanim zdążę zdjąć kask zostaje zasypany mnóstwem pytań – czy chcesz wymienić kasę, czy chcesz to a może tamto. Nie odpowiadam, nawet nie patrzę na natrętną niewiastę, która kracze mi do ucha z odległości 1,5 metra. W końcu zdziwiona pyta czy ją rozumiem. Kiwam głową, że nie, ale ona nie daje za wygraną. Czuje, że ponownie wstępuje we mnie mój przyjaciel „wkurw”. Zaczynam odpowiadać jej po polsku, przypinając kask do bagaży. Na dźwięk polskich słów widzę jak powiększają się jej oczy ze zdziwienia. W końcu odpuszcza, ale ustawia się kontrolnie niedaleko mnie. Podchodzę do umundurowanego policjanta i pytam, gdzie mogę przejść odprawę celną. Zaprasza mnie do biura, które jak to w Afryce jest pełne much a na ladzie leżą księgi jak za czasów subiekta Rzeckiego. Ostatecznie odwiedzam trzy biura i po ok. 15 minutach jestem po odprawie. Poszło gładko na tyle, że aż sam jestem zdziwiony. Jeszcze tylko znudzony życiem celnik chce zobaczyć, co mam w kufrach i potem jestem już na terenie Gambii. Jadę kilkadziesiąt metrów i coraz bardziej zaczyna mnie niepokoić ograniczony skręt w lewo mojego motocykla. Zatrzymuje się i szukam przyczyny. Jak spod ziemi wyrasta młody chłopak, który pyta czy nie chce skorzystać z usług jakiejś restauracji. Gdy odmawiam nie nalega. Jestem w szoku! Czyżbym nieopatrzne znalazł się w Europie? Chłopak z zainteresowaniem ogląda, co robię a ja w tym czasie dostrzegam, że na tych wertepach urwała się zainstalowana w moim motocyklu syrena policyjna, która opadając zaklinowała częściowo lagę. Mam opaski i inne niezbędne gadżety, ale żeby do nich dotrzeć musiałbym zwalić cały bagaż z tylnego siedzenia i wyciągnąć je ze schowka, który jest pod nim. Zaczynam więc szukać sznurka na ulicy, którym będę mógł podwiązać syrenę. Chłopaczek momentalnie znajduje coś, co przypomina mi pasek od kobiecej sukni. Po chwili jest OK. Syrena podwiązana do uchwytu, można wiec jechać. Dostaje od mojego „pomocnika” instrukcje jak dojechać do Barra, gdzie jest przeprawa promowa przez rzekę Gambia do stolicy Banjul. Życzymy sobie miłego dnia i odjeżdżam zdziwiony, że chłopak nie chciał na cole za pomoc. Jadę ok. 3 km i trafiam na patrol, który mnie zatrzymuje. Podchodzi do mnie chłopak w dżinsach, wyciąga legitymacje policyjną, przedstawia się imieniem i nazwiskiem i mówi, że jest tutaj na posterunku przygranicznym i chce sprawdzić moje kufry. Jestem w szoku! Tego nie ma w Senegalu lub Mauretanii. Tam na „posterunkach przygranicznych” czyhają „majfrendzi”, którzy skutecznie zniechęcają turystów do odwiedzin tego kraju. Tłumaczę facetowi, że moje bagaże były sprawdzane 5 minut temu na granicy i jeżeli zacznę znowu otwierać kufry to wszystko z nich powypada. Policjant wyciąga telefon i dzwoni na posterunek graniczny pytając czy moje BMW zostało sprawdzone. Po chwili mówi mi, że wszystko jest OK. i mogę jechać dalej. Jest to dla mnie kolejny szok! Ruszam więc dalej wypatrując drogowskazu na Barra oraz banku, bo nie skorzystałem z super atrakcyjnej oferty Pani „majfrendowej”. W końcu widzę Western Union, wiec podjeżdżam pod same drzwi. Jak zwykle koło motocykla robi się zbiegowisko. Ktoś z gapiów mamrocze, że jeżeli wymienię tutaj kasę a nie u niego to strącę sporo forsy. Inny ktoś pyta mnie czy chce kupić bilet. Kiwam głową, że nie, bo nie wiem, o co mu chodzi. Wchodzę do banku spocony jak szczur, wzbudzając ogólną sensację. Mały bank jest standardzie europejskim. Pracownicy elegancko ubrani, działająca klimatyzacja a przed wejściem funkcjonariusz ochrony w mundurze. Wymieniam kasę i wychodzę do motocykla, który jest otoczony nieco szerszym kręgiem zainteresowanych. Ktoś z tłumu pyta mnie za ile mu sprzedam motocykl. Mówię, że jeżeli mnie zaniesie do Polski to cena będzie atrakcyjna. Potencjalny kupiec zamyka się natychmiast, natomiast ciągle słyszę oferty sprzedaży jakiegoś biletu. Wsiadam na BMW, odpalam i ruszam. Nie ujechałem daleko, bo na mojej drodze widzę szlaban. Okazało się, że nawet nie zauważyłem, że dojechałem do Barra i w tym miejscu kończy się moja lądowa podróż. Dalej czeka mnie przeprawa na druga stronę rzeki Gambia. No tak, The Gambia to mały kraj i nie ma tutaj miejsca na duże przebiegi, do których przyzwyczaiłem się w Saharze Zachodniej. Teraz w końcu kumam skąd te oferty biletowe. Chłopacy widząc, że jednak kieruje się pod okienko kasowe starają się mi „pomóc” pokazując gdzie jest kasa. Po zakupie biletu pada tradycyjne pytanie odnośnie prezentu za pomoc. Nie zwracam na nich uwagi, tylko wjeżdżam na teren nadbrzeża. Panuje tutaj ogólna rozpierducha. Stoją samochody, TIR’y oraz piesi ze swoim dobytkiem włączając w to krowy i kury. Stawiam moto i czekam na prom. Kręcę się tu i tam, widząc jak jeden jegomość bardzo przygląda się beemce. Podchodzę a on zaczyna nadawać jak nakręcony. Standardowe pytania: skąd jesteś, dokąd jedziesz, czy pierwszy raz w tym kraju itp., itd.. Na początku przyjmuje dystans do nieznajomego, ale po chwili okazuje się, że to super facet. Zaczyna mi opowiadać o Gambii i Banjul. Zachwala to miejsce, mówiąc, że jest to najlepszy kraj w całej Afryce. Nagle schodzi na temat Kunta Kinteh, mówiąc że to właśnie z Gambii go zabrano robiąc z niego niewolnika. Nie wiem czy to prawda, ale słucham z zainteresowaniem. Nagle na horyzoncie pojawia się prom. Widzę jak wszyscy się ożywiają chcąc załapać się na przeprawę. Obok mnie stoi kilku facetów z metalowym wózkiem próbując wciągnąć na niego krowę, żeby przeprawić się z nią na drugi brzeg. Zwierze nie może wejść na prom o własnych siłach, tylko musi być przywiązane na wózku. Widok jest koszmarny! Kilku facetów szarpie się z przerażonym zwierzakiem wciągając go na wózek. Ostatecznie krowa spoczywa na wózku dysząc z przerażenia i wytrzeszczając swoje wielkie oczy. Mam chęć ja pogłaskać żeby się uspokoiła. Niestety w Afryce nie można liczyć na szacunek do zwierząt. Mój świeżo poznany rozmówca widzi moja reakcje i uspokaja mnie, że to jest norma w tym kraju. Może i tak, ale zrobiło to na mnie nieciekawe wrażenie. Wjeżdżam na prom szukając dogodnego miejsca. Facet z obsługi każe mi wjechać w taki zakamarek, że miałbym problem ze zmieszczeniem się tam skuterem. Mówię mu ile waży mój motocykl i ze wjazd we wskazane przez niego miejsce nie jest możliwy. Gość coś tam mamrocze pod nosem i odchodzi. Podjeżdżam na sam przód promu i stawiam motocykl. Koło mnie pojawia się kolejny rozmówca. Dyskusja rozwija się ciekawie. Trzeba przyznać, że Gambijczycy to otwarci ludzie, którzy chętnie słuchają i sami dzielą się informacjami. Mój nowy znajomy ma na imię Omar. Opowiada o porze deszczowej i spokojnym życiu w Gambii. Prom wypływa na środek rzeki a ja czuję jak upał wyżera ze mnie resztki sił. Omar wie, co jest grane i śmieje się patrząc jak zamieniam się w wysuszona śliwkę. Na to wszystko pojawia się facet poznany jeszcze w porcie. Zaparkował samochód na promie i poszedł mnie szukać. Okazuje się, że to Ebrima Kanteh i na co dzień jest taksówkarzem. Kiedyś był DJ, więc znajdujemy sporo wspólnych tematów. Generalnie atmosfera robi się bardzo fajna. Ebrami Kanteh jest bardzo rozrywkowym facetem i ciągle opowiada mi gdzie w Afryce są najlepsze dziewczyny. Słucham jego wywodów, bawiąc się przy tym doskonale. Opowiadam im o zimie i śniegu oraz o jego zagrożeniach. Gdy opowiadam, że w Polsce czasami jest nawet -250C Ebrima robi gigantyczne oczy ze zdziwienia krzycząc na cały głos: Chris! Gdzie ty żyjesz? Potem dopytuje czy ubieramy się jakoś specjalnie na te mrozy. W końcu prom dobija do Banjul – cała przeprawa trwała ok. 40 minut. Robimy sobie wspólne fotki. Dostaję od moich towarzyszy podróży namiary telefoniczne i wskazówkę: Jak będziesz miał problem to dzwoń. Pytam gdzie w Banjul jest przyzwoity hotel. Ebrima daje mi wskazówki, ale widzi, że nie bardzo wiem gdzie się udać. Podchodzi do nas jakiś chłopak, którego każde oko patrzy w kompletnie inna stronę. Jakimś cudem dojrzał tablicę rejestracyjna mojego BMW i zaczyna wykrzykiwać: Poland? Polska? Kiwam twierdząco głową. On na to dalej: Dziękuję bardzo! Proszę! Jestem w szoku, że tak daleko od kraju ktoś zna, chociaż tych kilka polskich słów. Przecież to tak, jakbym ja nagle zaczął mównic po Chińsku. Nadal staram się skupić na instrukcjach dotyczących hotelu. Jest okropny gwar, na głowie mam kask i nie bardzo słyszę instrukcje. Poza tym panujący w porcie tłok jest niemiłosierny. Ebrima idzie pieszo i wskazuje mi drogę. Ja jadę wolno na pierwszym biegu koło niego. Robi absolutnie wszystko, żebym trafił do celu. W końcu dziękuje mu za wszystko i udaje się w kierunku, który mi wskazuje. Niestety nie widzę tam hotelu o podanej nazwie. Znowu pytam jakiegoś faceta o drogę. Odwracam głowę i widzie jak z daleka Ebrima kiwa mi ręką. Cały czas szedł za mną kontrolując czy poszukałem hotel. Zawracam więc i jadę do niego. Stoimy koło jakiegoś hotelu, ale nazwa się nie zgadza. Na nasz widok wyskakuje z budynku hotelowego dwóch kolesi zachwalając ten przybytek. Na pierwszy rzut oka nie robi on jednak dobrego wrażenia. Ebrima stwierdza, ze zaprowadzi mnie do innego – lepszego. Przemieszczamy się ok. 200 m i zatrzymujemy przed wejściem hotelowym. Tutaj znowu spotykam się z zachwalaniem przez pracowników. Nie chce mi się już dłużej szukać. Jestem bardzo zmęczony, odwodniony i mam dosyć dzisiejszej podróży. Jedna rzecz, która mnie interesuje to czy maja bezpieczne miejsce dla mojego motocykla. Obydwoje zapewniają, że jest i pokazują gdzie mam wjechać. Problem jest jednaj taki, że krawężnik jest wysokości ok. 20 cm. Zaczynam się denerwować. Retorycznie pytam czy widzi, czym przyjechałem. Jak mam wjechać pod ten krawężnik nie urywając silnika lub przynajmniej owiewek? Sugeruję, że szukam dalej. Na to chłopacy biegają jak wściekli i za moment przynoszą jakieś deski. Jedna z nich przypomina mi płytę kartonową. Tłumaczę więc, że motocykl, bez obciążenia waży ok. 300kg. Znowu zaczynają biegać i szukać czegoś po czym mogę wjechać. Widzę jak taszczą dechy i układają je przed przednim kołem erteka. W tej sytuacji utwierdzam się w przekonaniu, że myślenie ma gigantyczną przyszłość, ponieważ ułożyli deski gwoździami do góry. Ręce mi opadły! Jestem bardzo zmęczony, przegrzany słońcem a jakieś ćwoki nie potrafią zrozumieć, że nie jest to dobry pomysł żeby jeździć oponą po gwoździach. Ostatecznie motocykl parkuje we wskazanym miejscu. Schodzę z niego i ciężko siadam na plastikowym krzesełku. Znowu pełno pytań. Skąd? Dokąd? Gdy mówię, że jadę z Polski i podążam do Labe w Gwinei jeden z pracowników stwierdza, że jestem Strong Men. Wprawdzie moja sylwetka nie przypomina Pudziana, ale nie oponuję. Pytają mnie czy przez dwa tygodnie zamierzam dotrzeć do Labe. Odpowiadam, że skoro do Labe jest ok. 1000 km, to planuję ta drogę przebyć w ok. 2 dni. Tutaj dowiaduje się, że w Gwinei są bardzo złe drogi i będę miał problem. Nie wiem, zobaczymy. Podczas mojej podróży miałem już problemy, więc nie dramatyzuję. Ebrima sugeruje, żebym został w Banjul jeden dzień dłużej, bo niedaleko jest Park Narodowy, w którym można zobaczyć egzotyczną zwierzynę. Przemyślę to. Na razie marze o prysznicu i wypoczynku. Portier pyta czy chce zobaczyć pokoje. Jasne! Wprawdzie Ebrima rekomendował ten hotel jako „Very good hotel in Banjul” ale wolę zobaczyć co mnie czeka. Wchodzimy na drugie piętro i portier z dumą otwiera drzwi do pokoju. Ebrima ma bardzo zadowolona minę z zadowolenia, że zaprowadził mnie (gościa z Europy) w super warunki. Mi natomiast zachciało się płakać. Widzę typowe „peerelowskie” wnętrze pomieszczenia, które niektórzy znają już tylko z opowiadań. Jedyny plus to śmiesznie niska cena i na prawdę duże łóżko. Gdyby nie Ebrima, który zaangażował swój czas (dużo swojego czasu) żeby mi pomóc odjechałbym stąd bez słowa. Myślę sobie jednak, ze skoro wytrzymałem w pamiętnym hotelu „Atlas” przypominającym meksykańskie więzienie to na pewno tutaj też dam radę. Poza tym jest sporo nowości w pokoju, z którymi się wcześniej nigdy nie spotkałem. Na przykład jakiś geniusz powiesił lustro na takiej wysokości, że mogę sobie spokojnie oglądać mój przecudny pępek. Bardzo mądry był ten, kto powiedział, że podróże kształcą. Staram się szybko oporządzić po podróży i wyruszyć na poszukiwanie kafejki Internetowej, bo w moim hotelu „jeszcze nie ma Internetu”. Może kiedyś będzie, ale z całą pewnością nie za mojej kadencji w tym przybytku. Kafejka jest ok. 300 m od hotelu, wiec nie ma powodów do paniki. Wchodzę i pytam o wolny komputer. Całe pomieszczenie jest wielkości ok. 20m2 i panuje w nim półmrok. Tynki na ścianie pamiętają chyba jeszcze czasy kolonializmu Afryki. Siadam przy komputerze – chociaż ten termin jest mocnym nadwyrężeniem. Komp pracuje z taką szybkością, że nie ustępowała mu moja pierwsza maszyna do pisania, na której uczyłem się pisać na klawiaturze – a było to wiele, wiele lat temu. Mimo wszystko daje radę i wrzucam na FB oraz forum opis wczorajszego dnia.
Ogólnie stwierdzam, że ludzie w Gambii są otwarci. Chętnie rozmawiają i służą pomocą. Może kafejki i hotele nie są najwyższych lotów, ale warto się zastanowić czy czasami przychylność ludzi nie jest ważna lub ważniejsza. Jutro chyba jednak pojadę do parku pooglądać to, czego nie ma w Polsce. Dzisiaj nakręcone tylko 130km co jest bardzo słabym wynikiem. Jako pocieszenie może być to, że udało mi się przekroczyć granice oraz przepłynąć promem do Banjul.
Po opuszczeniu Gambii znowu wjadę do Senegalu i obieram kierunek na Gwinee.