Kilka fotek z trasy …

A my narzekamy na paliwo :)

Wstaję rano bez jakiegokolwiek pośpiechu. Po wszystkich codziennych czynnościach idę do motocykla. Wymieniam kartę SIM w tropicielu, bo dostaje informację, ze nie ma mnie na WWW. Wkładam ponownie Orange, bo w Afryce ta firma jest bardzo popularna. Właściwie ma chyba monopol na telefonię komórkową. Nie widziałem reklam innych firm. Po zainstalowaniu tropiciela w motocyklu i dolaniu zawartości z mojego rezerwowego kanistra próbuje go odpalić. No i pojawia się poranny zonk – moto nie chce ze mną gadać. Zaczynam się stresować, bo nie mam zamiaru szukać sobie zameldowania w Saint-Louis. Musze jakoś wrócić do domu – i to nie samolotem!. Kręcę kilka razy z przerwami kilkuminutowymi. Sprawdzam świece – bez skutku. Właściwie dziwie się, że akumulator jeszcze kręci. Po wielu próbach bememka zaczyna współpracować. Prycha, strzela w tłumik i wydaje sporo śmierdzącego dymu. Jestem pewny, że to wina tych zlewek, które kupiłem wczoraj w Mauretanii. Nie mam pretensji do mojego „przewodnika”. Robił co mógł, żeby mi pomóc. Nie wiem tylko jak oni jeżdżą na tym czymś, co potocznie nazywa się benzyna. Rozgrzewam silniki do momentu, że spokojnie mogę wyłączyć ssani. Potem gaszę silnik, wiedząc,  że odjadę z tego miasta bez potrzeby przemeldowania się do Senegalu. Przyczepiam kufry, pakuje resztę tobołków zdaje kluczę do recepcji i wyruszam w drogę. Na rogatkach miasta jeszcze tankowanie „pod korek” – zarówno zbiornik jak i pusty już kanister. Teraz ertek wkręca się na obroty wzorowo. Czuję, że z maszyna jest ok., więc humor mi się poprawia. Na dzisiaj przewidziałem trasę: Louga->Touba->Diourbely->Kaolack oraz atak na granice Gambijska przez Karang. Przez pierwsze 50-60 km droga jest ok, potem zaczyna się na jezdni przegląd wszystkich możliwych konfiguracji pęknięć oraz wybrzuszeń asfalcie. Słyszę jak klekocze każdy element motocykla. Zwalniam dosyć istotnie chcąc nie dopuścić do sytuacji, gdy będę mógł zapakować motocykla do kartonów i wysłać go do Polski. Od tej pory moja podróż przebiega z utrzymaniem prędkości „patrolowej’. Momentami nawet „pomykam” 75 km/h. Widoki są zróżnicowane, ale przejeżdżając przez malutkie miejscowości widzę sytuacje, których nigdy bym się nie spodziewał. Mijam małe pipidówki, w których ludzie żyją w chatach jakie są pokazywane w bajkach dla dzieci. Mamy XXI wiek. Erę FB, telefonii komórkowej, lotów w kosmos a tutaj ludzie żyją warunkach ja z powieści „Chata wuja Toma”. Chatki wykonane z drewna pokryte strzechą lub czymś w tym stylu. Ludzie zajmują się głownie hodowlą bydła oraz siedzeniem pod drzewem z wyciągniętymi kopytami bez przerwy pisząc sms’y. Absolutnie „lajtowe” podejście do życia. Przy drodze widzę od czasu do czasu zwłoki potrąconych przez samochody zwierząt. Nikt tutaj tego nie sprząta. Można dostrzec czaszki zwierząt, które tutaj zakończyły swój żywot. Widziałem ciała kóz, bydła, jednego wielbłąda i czegoś, co przypominało mi dzika. Dzisiaj na prawdę poczułem co to znaczy afrykański upał. Żar leje się z nieba przypalając mnie podczas podróży. Właściwie podczas jazdy nie jest tak źle. Jadę z rozpiętą kurtką i wiatr mnie owiewa. Najgorzej jest podczas postoju. Zaraz po zatrzymaniu motocykla mam w trybie natychmiastowym saunę połączona z solarium. Zasada jest jedna: gdy się zatrzymujesz, natychmiast trzeba zdjąć kask. Właściwie niewiele osób jeździ tu w kasku. Mówiąc szczerze motocyklista w kasku to rzadki widok. Nie wiem czy tutejsze przepisy ruchu drogowego nakładają taki obowiązek. Myślę, że chyba nie, bo w przeciwnym razie motocykliści na popierdułkach masowo występowaliby do rządu o odszkodowanie za odparzenie mózgu. Po drodze zatrzymuje się przed sklepem, żeby kupić cos do picia. Wchodząc do wnętrza mówię „good morning” co rozbawia dzieciarnię bardzo mocno. Biegają koło mnie powtarzając jak nakręcone „good morning”. Dojeżdżam od miejscowości Toube. Typowe senegalskie miasteczko bez żadnych rewelacji. Wszędzie biegają kozy a powietrzu unosi się charakterystyczny swąd potraw z koziego mięsa. Na wjeździe do miasta profilaktycznie podejmuje decyzje o tankowaniu, chociaż moto tego nie wymaga. Pytam jakiegoś pracownika stacji ile jest km do Diourbely. Gościu zaczyna coś mówić jak nakręcony. Nie wiem, w jakim języku, ale zazwyczaj podobne dźwięki mam w głowie nazajutrz po suto zakrapianej imprezie. W końcu podchodzi drugi chłopak, który przynajmniej zna liczebniki. Opuszczam stacje benzynowa i kieruje się w kierunku południowym. Po drodze mijam na zmianę wioski ze słomianymi chatkami oraz trochę większe miejscowości w których na mój widok niektórzy „biznesmeni” krzyczą do mnie pokazując na swój towar. Każdy chce tutaj wcisnąć turyście cokolwiek, byle tylko wyciągnąć od niego kilka franków. Po drodze zatrzymuje mnie policjant. Głownie po to żeby pooglądać motocykl. Nawet nie chce paszportu. Ciągle pyta „what is this” pokazując raz na nawigację, raz na kamerę przy kasku. Po co ta kamera? – pyta. Jak wrócę do Polski to chcę pokazać Twój kraj mojej rodzinie – odpowiadam. Uśmiecha się z lekkim zadowoleniem, że Senegal będzie prezentowany w Polsce. Odjeżdżam, bo kask zaraz doprowadzi do wspomnianego wcześniej odparzenia. Jadąc na przemian po wertepach oraz całkiem przyzwoitej drodze uświadamiam sobie, że idea przekroczenia dzisiaj granicy gambijskiej nie jest dobra. Dojechałbym do granicy późno, ale nawet nie wiem do której godziny realizowane są odprawy. Jak sądzę, po odprawie byłoby bardzo późno i znowu powstałby problem z poszukaniem noclegu. Postanawiam, ze ta noc spędzę w Kaloack i jutro rausze w stronę Karang, żeby dostać się do Gambii. Wjeżdżam, więc do miasta i mocno zwalniam. Jadę na 3 biegu, bardzo wolno, szukając reklamy z napisem „Hotel”. Oczywiście zwracam tym na siebie uwagę. Od razu widać, że czegoś szukam, to znaczy, że można mi coś zaoferować i tym samym wyciągnąć ode mnie trochę kasy. Nie chcę nawet myśleć, żebym się zdecydował na jakiś nieznany nocleg u nieznanych ludzi w warunkach zbliżonych do ‘peerelowskiej” mordowni. Widzę w lusterku jak za mną podąża skuter z dwoma czarnymi jegomościami. Ten na tylnym siedzeniu gestykuluje do mnie i krzyczy moje ulubione „my friend”. To co słyszę automatycznie przekonuje mnie, że nie mamy sobie nic do powiedzenia. Dodaje trochę gazu, ale upierdliwcy nie ustępują. Widzie reklamę hotelu, która wygląda bardzo zachęcająco. Jest strzałka informująca „za 200m w lewo”. Skręcam i szczęka mi opada! Ten „hotel” wygląda jak obecna panorama zabudowań w Czarnobylu. Nawet nie wiem czy tam w ogóle cos się dzieje – mówiąc szczerze, nawet nie chce wiedzieć. „Majfrendzi” stoją ode mnie w odległości ok. 30m i coś tam mamroczą. W ogóle nie zwracam na nich uwagi. Tylko wrzucam jedynkę i na pierwszym rondzie skręcam w lewo jadąc tuz obok komisariatu policji. Moje niewielkie, afrykańskie doświadczenie mówi mi, ze warto się pytać o cokolwiek policjanta. Zatrzymuje wiec moto i wchodzę do komendy. Podchodzę do blatu, za którym siedzi dwóch umundurowanych twardzieli. Pytam jednego z nich, czy wie gdzie w tym mieście jest przyzwoity hotel. Patrzy na mnie tępym wzrokiem kompletnie nie wiedząc o co mi chodzi. Drugi, bardziej rozgarnięty, podchwytuje rozmowę. Ni tłumaczy mi gdzie jest hotel, tylko od razu proponuje, żebym jechał za nim. Tak wiec w asyście policji wjeżdżam na hotelowy parking. Żegnam się z policjantem otrzymując jeszcze od niego szkolenie z zakresu senegalskiego pożegnania, które się sprowadza do: najpierw „piątka”, potem żółwik. Hotel jest ogrodzony, ma charakter pawilonów. Wszystko wygląda bardzo fajnie. Młody chłopak w recepcji płynnie mówi po angielsku. Cena jest bardzo ciekawa, do tego wlicza śniadanie. Czuję, ze jest OK. Senegal jest krajem o dużym rozwarstwieniu społecznym – zresztą Mauretania i Maroko też. Różnica w statusie materialnym ludzi jest gigantyczna. Jedni mieszkają w chatach, które my, europejczycy znamy z dziecinnych powieści. Inni żyją na całkiem przyzwoitym, europejskim poziomie.
Nie jest jeszcze zbyt późno, więc zdążę porobić sobie porządek w ciuchach, podładować wszystkie baterie. Nie było sensu jechać dzisiaj na granicę gambijska. Musze się nastawić na „majfrendów” Czuję, że w związku z tym jutro czeka mnie ciężki dzień. Idę do pokoju, biorę prysznic. Postanawiam zrobić zaległe pranie. Wyciągam worek, który roboczo nazwałem „kosz na brudna bieliznę” i wywalam wszystko na podłogę. Ci, którzy jeżdżą na motocyklach i stosują pełną odzież (również buty) motocyklowe, mogą się spodziewać, jaki jest efekt. Dobrze, że klima działa :- ). Na pewno wypłoszyłem wszystkie pająki w promieniu kilku metrów :- ). Robie szybko pranie i wywieszam je na zewnątrz, na dworze. Mimo wieczornej pory jest upał. Dzisiaj nakręcone tylko 370 km, ale nie chciałem narażać na destrukcje motocykla. Zresztą teraz nie muszę robić dużych przebiegów, nie ma takiej potrzeby. Do Labe miałem dotrzeć na ok. 15 maja wiec, jeżeli nie będzie jakichś niespodzianek to spokojnie to osiągane robiąc znacznie krótsze trasy.

Jedziemy dalej :) dzień 12 …

Rano budzi mnie dźwięk budzika w komórce. Nie mogę się poderwać z łóżka. Coraz bardziej odczuwam podróż. Bolą mnie plecy. Po kilkunastu minutach zrywam się robię codzienne, poranne czynności. Mycie, śniadanie, pakowanie kufrów i worka. Po woli znoszę każdy tobołek do motocykla. Pod hotelem ochroniarz z modlitewnikiem w ręku chodzi koło mojego motocykla. Chyba gość przejął się rolą, skoro tak uparcie pilnuje moja beemkę. Przypinam kufry i słyszą jak koleś od „ochrony” obiektu mamrocze pod nosem jakieś modły wpatrując się w swój malutki modlitewnik. To się nazywa religijne zaparcie! Wczoraj podczas wnoszenia bagaży do pokoju widziałem jak jeden z recepcjonistów modlił się na małym dywaniku, bijąc czołem o ziemię. Nie ma, że boli! Jest czas na modlitwę to trzeba przerwać pracę :- ). Po „uzbrojeniu” motocykla we wszystkie bagaże pytam jeszcze recepcjonistę o drogę na Rosso – tam przekroczę granice z Senegalem. Wsiadam na motocykl, ogień na tłoki i jazda. Jadąc przez miasto nie mogę się nadziwić jaki może być bałagan uliczny w stolicy kraju. No. Cóż! Afryka ma swoje prawa. Właściwie nie wiem, po co są wyznaczone 2 pasy ruchu? I tak, każdy jedzie jak chce. Przede mną zdezelowany złom jedzie mając linię miedzy kolami. Za chwile facet z bryczką, którą ciągnie stary osiołek włącza się do ruchu. Jest gigantyczna różnica miedzy stolicami europejskimi a afrykańskimi w kontekście porządku ruchu drogowego. Wydajemy się, ze jestem jedyna osobą, która w Mauretanii włącza kierunkowskaz zmieniając pas ruchu. Właściwie po co to robię? Skoro oni nie włączają to na pewno tez nie zwracają uwagi czy inni to robią. Przede mną facet skręca w lewo. Wyciąga przez szybę lewa rękę i jazda. Jestem w szoku! Droga się zawęża i wjeżdżam w jakiś zakamarek, gdzie na poboczu jest pełno kóz. Moja pierwsza myśl – Zgubiłem drogę do Rosso. Idą trzy dziewczyny. Podnoszę szczękę kasku i pytam jadę w dobra stronę. Przerażone odwracają głowę i przyśpieszają kroku. Nie wiem czym, ale je przeraziłem. Jakiś facet, który siedzi przed budynkiem na schodach podchodzi i kiwa głową, ze to jest droga na Rosso. Okazało się, ze to zadupie, w które wjechałem to była „normalna” ulica stolicy Mauretanii. Jadę dalej i z niepokojem patrzę na wskaźnik paliwa. Podjeżdżam na stację, ale tam tylko olej napędowy. Ogólnie w Mauretanii miałem problem, żeby kupić etylinę. Jadę dalej i wjeżdżam na kolejna stacje. Tutaj historia się powtarza. Wskaźnik niepokojąco spada, a wiem, że do Rosso ok. 240 km. Pytam na stacji, gdzie mogę kupić paliwo do mojego motocykla. Oczywiście jest problem, bo nikt nie zna angielskiego. Podjeżdża młody chłopak na rowerze – ok. 14 lat. O dziwi mówi po angielsku i informuję mnie, ze mogę kupić benzynę koło jakiegoś rynku, do którego muszę się cofnąć w stronę centrum Nouakchott. Proszę, żeby mi narysował drogę, ale podchodzi jakiś wysoki facet, który mówi, że pojedzie tam motocyklem a ja mam jechać za nim – jak się potem okazało mój przewodnik ma na imię Mammadau.. Wyprowadza swoja pierdziawkę (poobijaną hondę 125ccm) i jedziemy po paliwo. Gość przeciska się w korkach zapominając, ze ja ze swoim, turystykiem nie mogę wcisnąć się w każdy zakamarek korków. Widzę jak ogląda się i czeka za każdym razem jak zostaje za jakąś bryczką lub innym zdezelowanym cudem techniki. Jedziemy w kierunku coraz ciaśniejszych zakamarków,. Wszystko to co widzę przypomina mi wczesne lata ’90, gdy po przewrocie Okrągłego Stołu, każdy mógł handlować gdzie chce, na czym chce i jak chce. Zaczynamy wjeżdżać w naprawdę podejrzane zakamarki. Ostatecznie dojeżdżamy do uliczki, której ciąg stanowią budynki przypominające szeregowo połączonych ze sobą garaży. W każdym z nich widać kogoś, kto oferuje jakieś tam usługi. Dookoła wala się pełno śmieci, plastikowych butelek i innych skarbów. Zatrzymujemy się i mój przewodnik wchodzi do jednego takiego przybytku. Momentalnie koło mojego BMW zbiera się widownia. Gapie nie mogą się nadziwić patrząc w ekran nawigacji. Pokazują coś palcem mamrocząc do siebie w nieznanym mi języku. W międzyczasie mój przewodnik ustala detale paliwowej transakcji. Widzę jak właściciel paliwowego biznesu litr po litrze odmierza zamówione przeze mnie 15 litrów. Ostatecznie płace i jest OK. Dostaje od publiczności starą butelkę plastikową, żebym mógł zrobić z niej lejek. Wlewamy do BMW zawartość plastikowego kanistra. Robię sobie z moim opiekunem fotkę, po czym otrzymuje od niego ofertę, ze wyprowadzi mnie z tego śmietnika, na drogę do Rosso. Oczywiście przyjmuje ofertę z wielkim zadowoleniem i za 10 minut pędzę już samotnie w stronę granicy senegalskiej. Droga do granicy zaczyna być coraz gorsza. Momentami zwalniam do 20 km/h. Słyszę jak mój motocykl klekocze coraz bardziej. Odkrywam, że poluźniła się przednia część owiewki, mocującej zegary i lusterka. Modlę się tylko, żeby nic się nie urwało na tych wertepach. Na punkcie kontrolnym pytam policjanta ile km jest do granicy. Odpowiada, ze 10 więc czeka mnie jeszcze kilkanaście minut tej jazdy w warunkach zagrażających mojemu motocyklowi. Nie mogę się nadziwić, że droga do granicy państwa może być w aż tak złym stanie. Zawsze wydawało mi się, że droga dojazdowa jest wizytówka miejsca docelowego. Zapominam jednak, że jestem w Afryce, gdzie pewne prawidła są totalnie postawione na głowie. BMW nie chodzi Dorze na paliwie zakupionym w Nouakchott. Źle wkręca się dolnego zakresu szarpiąc przy redukcjach i wydając dziwny klekot. Dojeżdżam do granicy, która jest „zabezpieczona” zwykłą dwuskrzydłową stalowa bramą. Wjazd na przestrzeń odprawy wygląda jak wjazd na teren więzienia. Oczywiście dookoła krąży jak stado sępów pełno „majfrendów”. To zjawisko zdecydowanie jest czarna strona afrykańskich przejść granicznych. Sądzę, że trzeba wiele razy przejechać przez różne przejścia, żeby się nauczyć z nimi obcować. Podchodzę do jakiegoś umundurowanego funkcjonariusza. Odsyła mnie na ksero paszportu. Robię też ksero dowodu rejestracyjnego oraz prawa jazdy. Zaangażowanie celników do swoich obowiązków jest wprost proporcjonalne do chińskiej filozofii pracy – „tumiwisizm”. Siedzą na skrzynkach i patrzą się na plac. Niektórzy podziwiają moje BMW. Chcąc czy nie chcąc korzystam z „usług” jednego z „majfrendów”. Po ok. 30 minutach i uiszczeniu opłaty w każdym biurze jestem gotowy wjechać na prom, który przewiezie mnie na senegalską stronę rzeki. Gdy dopływamy do odprawy senegalskiej historia się powtarza. Okazuje się, że musze wykupić ubezpieczenie motocykla oraz opłaty tranzytowe. Jest upał niemiłosierny. Chodzę z „majfrendem” od biura do biura. W każdym z nich łatają roje much a w powietrzu unosi się specyficzny zapach wynikający ogólnego syfu. Szok! W pewnym momencie czuję, że trochę słabnę. Temperatura daje o sobie znać. Koszt opłat tranzytowych przekracza stan franków, które mam w kieszeni. Oczywiście mam kasę, ale jest ona skrzętnie ukryta w zakamarkach mojej obrzeży motocyklowej w tylko mi znanych miejscach. Wyciąganie euro i opłata w tych warunkach odpada. Tym bardziej, że wiem jakie nominały i ich ilość są w poszczególnych „skrytkach”. „Majfrend” byłby bardzo zainteresowany tymi rulonikami. Mówię, że nie mam tyle kasy i muszę mieć możliwość wypłaty z bankomatu. Celnik jest trochę zaskoczony, ale „majfend” deklaruje, że wypłaci ze swoich a potem pojedziemy do oddalonego o 15 km bankomatu i ja mu zwrócę to co zapłacił. Nie mam wyjścia. Godzę się i wystawiamy mój motocykl za bramę odprawy. Momentalnie robi się zbiegowisko koło erteka na tyle duże, że nie mogę się dopchać do motocykla. Wszyscy oglądają nawigację, kufry i logo BMW kiwając przy tym z zachwytem swoimi czarnymi głowami. Zainteresowanie jest takie jakby stała w tym miejscu kompletnie nago Claudia Schiffer. Po kilku minutach odjeżdżamy w kierunku, gdzie ma być bankomat. Widzę, że w zdezelowanym Renault 21 jadącym przede mną są 4 osoby. Jedziemy ok. 10 km i przechodzą mi przez głowę różne myśli – włącznie z tą, dlaczego zabrał ze sobą taka obstawę. Nie wiem czy robię dobrze. Jadę ze 4 czarnymi, nieznanymi mi ludźmi w nieznanym kierunku po kasę. Mogę odkręcić gaz i uciec. Nie sądzę, żeby poradzili sobie z pogonią za mną w tym francuskim trupie. Nie jestem jednak nauczony takich praktyk. Dojeżdżamy faktycznie do bankomatu. Wypłacam, co należne i kieruję się w stronę Saint-Louis – tam zaplanowałem nocleg. Po drodze rozważam historie ostatnich 2 godzin. Przejścia graniczne w Afryce to koszmar. Jest to główny argument, który zniechęca mnie do przemieszczania się między państwami. Widok „majfrendów” najczęściej wzbudza u mnie furię. Każdy z nich patrzy na turystę jak na chodzący portfel. Na przejściu widziałem jak „urabiają” jakiegoś Chińczyka, który nie miał zielonego pojęcia o angielskim. Stał kompletnie zdezorientowany i mrugał ze zdziwienia swoimi skośnymi oczkami. Sadzę, że „majfrendzi” wycisną z niego sporo kasy.
Jadąc w kierunku Saint-Louis obserwuję Senegal. Na pierwszy rzut oka jest zdecydowanie lepiej niż w Mauretanii. Przede wszystkim lepsze są drogi. Ludzie nie mieszkają w przydrożnych namiotach i nie ma turbaniarzy jak w arabskiej części Afryki. Dojeżdżam do miasta, które wybrałem na nocleg. Na ulicach tłok, ale bałagan trochę mniejszy niż w Mauretanii. Jadę przed siebie szukając hotelu. Po drodze pytam policjanta, gdzie w Saint-Louis mogę znaleźć hotel. Pokazuje mi rondo i mówi, żebym na nim skręcił w lewo. Stosuje się do zaleceń „Pana władzy”. Wjeżdżam w dzielnice, która przypomina mi raczej getto niż miejsce, w którym mogę poszukać hotel. Na ulicach tłok a w powietrzu unosi się po prostu smród. Wynika to z tego, ze na chodnikach jest sporo kóz, które oglądają sobie wieczorne życie miasta w Senegalu. Jadę po woli dojeżdżając do jakiegoś portu, Decyduje się wrócić do centrum miasta. Staram się zawrócić maszynę na wąskiej przestrzeni, czym od razu wzbudzam zainteresowanie. Każdy wie, że czegoś szukam i w kilka chwil otrzymuje jakieś propozycje. Nie zwracam na nie uwagi i odjeżdżam w stronę centrum. Dwóch gówniarzy jedzie za mną na skuterze oferując mi coś czego nie chce. Pytam kolejnego policjanta gdzi jest hotel. Pokazuje mi drogę, która tym razem doprowadza mnie do celu. Gówniarze na skuterze przekonują mnie, że ten hotel jest zbyt drogi i oni maja cos lepszego. Wjeżdżam na ogrodzony teren hotelu. Obsługa pokazuje mi gdzie mogę zaparkować motocykl. Słyszę dziwna prace silnika. Mam nadzieję, że to wina paliwa zakupionego w Nouakchott. Jutro rano wleje moja rezerwowa piątkę i mam nadzieję, że wszystko wróci do normy. Pani w recepcji daje mi klucz do pokoju. Trochę kuma po angielsku a ja jestem szczęśliwy, że za kilka chwil wyląduje pod prysznicem. Koło hotelu jest jakiś koncert związany z promocja Nescafe. Basy wala na tyle intensywnie, że co chwila włącza się mój alarm w motocyklu. Obsługa hotelowa prosi mnie o jego wyłączenie. Słucham kilka piosenek i ide do pokoju. Pijąc senegalskie piwo pisze tych kilka refleksji – jak zwykle na szybko. Dzisiaj nakręcone 615 km włączając w to koszmarne przejście graniczne. Sądzę, że wynik nie jest zły. Jutro chciałbym wjechać do Gambii. Zobaczymy czy się uda. Do Karang mam 381 km. Dystans niewielki, ale nie wiadomo, jakie „atrakcje’ czekają mnie na granicy. Gdyby nie przejścia graniczne to Afryka na prawdę byłaby fajna!