dzień 8

30-04 wtorek
Dzisiaj trochę pospałem – wczoraj pisałem do 3 rano, żebyście mogli poczytać. Poza tym połączenie z netem w hotelu nadszarpnęło mój system nerwowy. Wstałem ok. 9:15. Potem jak zwykle – prysznic, pakowanie. Jeszcze wstąpiłem zjeść marokańskie śniadanie. Zaczęło się robić cieplutko – tak jak przystało na Afrykę. Wsiadam na moto i ruszam w kierunku Rabatu. Oczywiście po drodze napotykam kontrole z radarami i sporo punktów kontrolnych. Nie sądziłem, że w Maroko aż tak często można spotkać patrole. Czytałem, że trzeba uważać, ale nie sadziłem, że aż tak bardzo. Wjeżdżam na autostradę w kierunku Rabatu. Na razie chce ominąć to miasto (zresztą nie tylko Rabat), bo muszę się wyrobić do Labe tak, żeby powrót przez Gwineę, Senegal i Mauretanie był przed pora deszczową. Zwiedzanie miast marokańskich pozostawiłem sobie na powrotna trasę. Zaczyna się robić coraz cieplej, na tyle, że zatrzymuje się i zdejmuje kurtkę spod kombinezonu. Poza tym zamieniam rękawice na niepełne. Przejazd płatna autostrada w kierunku Rabatu upływa całkiem sprawnie. Omijam Rabat i lecę w stronę Casablanki. Niestety pakuje się do miasta. Nie wiem czy przeoczyłem autostradę omijającą Casablankę czy jej po prostu nie ma. Teraz już nad tym się nie będę zastanawiał. W każdym razie korki są całkiem niezłe. Poza tym na ulicach ogólny chaos. Wydaje mi się, że w tym mieście przepisy ruchu drogowego są niewielkim dodatkiem do prowadzenia pojazdu. Poza tym pełno tutaj skuterów i innych małych pierdziawek, których „kierowcy’ jeżdżą jak chcą. Widziałem gościa, który chciał skręcić na rondzie w lewo, ale nie zadał sobie trudu, żeby je objechać. Po prostu wybrał najkrótszą drogę (czyt. Pojechał pod prąd na rondzie) bezpośrednio w lewo wykonując slalom miedzy innymi pojazdami. Uczciwie muszę jednak przyznać, że wyszło mu to sprawnie. Poza tym trzeba uważać na pieszych. Oni po prostu mają gdzieś to, że akurat w tym miejscu nie ma przejścia. Spacer po rondzie lub innym zatłoczonym miejscu na jezdni jest czymś normalnym. Każdy trąbi nie wiadomo, z jakiej przyczyny. Jestem pewny, że oni przez tydzień „wytrąbią” tyle ile ja przez całe życie. Jakoś wyjechałem Casablanki nie potrącając żadnego pieszego i nie przycierając o żaden pojazd. Ok. 20 km za miastem zatrzymuje się na stacji benzynowej na tankowanie, Niestety stwierdzam, że kończą mi się marokańskie dirhamy więc od razu pytam czy mogę płacić karta lub euro. Karta odpada, ale euro OK. Gość kaleczy angielski, ale jakoś się dogadujemy – przynajmniej tak mi się wydaje, bo chłopak stoi przede mną, patrzy mi w oczy i wyraźnie na coś czeka. Pytam o co chodzi, a on na to, że chce zobaczyć moje euro. Okazuje się, ze jest sporo podróbek na rynku marokańskim. Po sprawdzeniu legalności mojej kasy tankuję – profilaktycznie też do kanistra, który zabrałem ze sobą. W końcu jadę w stronę Sahary Zachodniej. Płacę za paliwo i pytam o jakieś jedzenie. Niestety pozostaje Mo cola i mały chlebek marokański. Biorę co jest i nie marudzę. Chłopacy na stacji okazują się być sympatyczni. Pytają skąd jestem. Aaaaaa Polonia!! Robert Lewandowski!! Jestem w szoku, że w tej części Maroka ktoś słyszał o naszych niezłomnych piłkarzach. Stoję koło motocykla pijąc cole i wsuwając marokański chleb. Nagle słyszę: Hej, Polonia! Gość gestem reki woła mnie do środka. Pokazuje, żebym się nisko schylił i wszedł pod ladą do części „sklepu”, w którym jest miejsce dla pracowników. Na skrzynce stoi duży talerz z rybami i jakimś „przysmakiem” z ryżu. Siadamy we trójkę i zaczynami zajadać. Musze przyznać, że to bardzo miło z ich strony …… jest jednak pewne „ale”. W Maroko nie używa się sztućców, wiec widząc umorusane ręce pracowników stacji benzynowej zanurzane w potrawie ryżowej to z lekka przechodzi mi ochota na jedzenie. Ograniczam się więc do ryb i tego nieszczęsnego chleba. Dyskusja zaczyna się rozkręcać, ale jak gość wchodzi na temat religijny to czuje miękki grunt pod nogami. Wole o tym nie dyskutować z Muzułmanami  więc dziękuję za gościnę, odpalam BMW i jazda. Kieruje się w stronę oceanu. Dalsza droga wiedzie tuz nad Oceanem Atlantyckim. Widoki zaczynają powalać na kolana. Zatrzymuje się kilka razy, żeby popatrzeć i posłuchać jak potęga mocy oceanu uderza o brzegi klifów. Wrażenie niesamowite! Jadę dalej na południe. Po drodze mijam na zmianę prawdziwe zadupia oraz małe miasteczka. Przejeżdżając przez te pierwsze uprzytomniam sobie, że w XXI wieku SA jeszcze na świecie miejsca, gdzie ludzie jeżdżą na osłach. Bieda miesza się tutaj z beznadzieją Mimo wszystko, patrząc na tych ludzi sądzę, że są szczęśliwi. Mieszkanie w zapyziałych norach im nie przeszkadza. Siedzą całymi dniami na poboczach, pasąc bydło i jest OK. Przejeżdżając przez te wioseczki robię ogromna sensację. Wytrzeszcz oczy u niektórych jest ogromny. W końcu dojeżdżam do jakiejś większej miejscowości. Okazuje się, że to Safi. Zbliża się 20, wiec postanawiam szukać miejsca do spania. Niestety drogi są takie, że moje założenie o 500km dziennie pryskają jak bańka mydlana. Na liczniku jest tylko 405. Jadę wolno ulicami Safi szukając motelu. Znajduje jeden hotel, ale jest koło nazwy tyle gwiazdek, że musiałbym chyba brać kredyt, wiec nawet się nie zatrzymuję. Na stacji benzynowej pytam o coś dla ludzi pracujących w budżetówce. Gość podaje mi wizytówkę z adresem dodając „For you”. Mówi, że mam przejechać 800m i skręcić w prawo – tam jest ten hotel, którego nazwa napisana po arabsku stanowi dla mnie nie lada tajemnicę. Przejeżdżam ten dystans tam i powrotem 3 razy, ale nie widzę żadnej reklamy. Widzę jednak kolejny patrol – ok. 6 osób z bronią maszynową. Zatrzymuję się, podchodzę do tego z najkrótszą Bronia i pokazuje kartkę z adresem. Facet nie wie gdzie to jest, ale wyciąga telefon i dzwoni. Za chwile znowu jadę ta sama drogą – już 4 raz !!. Tm razem wyjechała po mnie jakaś Pani i z daleka kiwa ręką. Okazało się, że to nie jest hotel, ale prywatna kwatera. Do tego tak schowana, że nie miałem szans na odnalezienie samodzielnie tego miejsca. Wjeżdżamy na podwórko, przed drzwiami już stoi mąż kobiety, która po mnie wyjechała. Dom na pierwszy rzut oka z kategorii „wypas”. W środku podobnie. Do tego cena niewielka. Rozpakowuje graty a tym czasem kobieta gotuje posiłek. Dostaje marokańskie danie – jakieś warzywa i mięso. Potem herbatka marokańska – po prostu extra. Pycha! Siedzimy i rozważamy trochę o kryzysie ekonomicznym. Okazuje się, że gospodarz jest zainteresowany sprawą smoleńska sprzed 3 lat. Chyba nie znalazł sobie właściwego towarzysza rozmów w tym temacie, wiec dyplomatycznie go zmieniam chwaląc marokańskie jedzenie i dom gospodarza. Po kolacji kąpiel i siadam do pisania. Nareszcie mam porządne łącze. Pierwszy raz od kiedy wyruszyłem z Bydgoszczy. Jutro ruszam w stronę Mauretanii. Niestety tylko do Dakhla jest ok. 1470 km. Do Mauretanii trzeba dodać jeszcze trochę a w tej części Afryki warunki podróżowania SA gorsze.. Czeka mnie więc trudniejsza część mojej podróży.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.