9,10,11 …

9 dzień (01-05 środa)
Dzisiaj spało mi się bardzo dobrze. Nastawiłem budzik na 8:00, ale wczoraj nadrabiałem zaległości w necie do 2:20, wiec nie udało mi się poderwać na dźwięk budzika. Ostatecznie wynurzyłem się z łóżeczka o 9:00. Śniadanie, kawka i herbata marokańska. Po prostu pycha. Potem pakowanie i krótka dyskusja z gospodarzami. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Dostaje instrukcję jak dalej jechać – jedyna słuszna droga wiedzie na Agadir. Opuszczam, więc Sofi z bardzo miłymi wspomnieniami. Okazało się, że gospodarz jest architektem a gospodyni pielęgniarką. Urodzili się w Maroko, ale wiele lat pracowali we Francji. Powrócili do Maroko i zamieszkali w Sofi 3 lata temu.
Droga do Agadiru jest całkiem fajna i nie sprawia problemu w prowadzeniu motocykla. Robi się coraz cieplej a widoki zaczynają na prawdę być interesujące. Po drodze zatrzymuję się na tankowanie oraz kilka razy rozprostować kości. Do Agadiru przemykam szybko – czas zleciał mi w mgnieniu oka. Na ulicach lekki tłok i jak zwykle chaos, do którego się przyzwyczaiłem. Wyjazd z Agadiru na południe wiedzie wprost w kierunku oceanu. Widoki są nieziemskie. Jadę sporo kilometrów mając Ocean Atlantycki po prawej ręce. Momentami jestem od nadbrzeża ok. 30- 50m. Nie śpieszę się, bo nei ma sensu. Lepiej nacieszyć oko, bo nie wiem czy będę miał jeszcze okazję wpatrywać się w błękitną otchłań Atlantyku. Włączam kamerę i filmuje to, co dla mnie jest totalnie obce. Jazdę utrudnia bardzo silny wiatr, który momentami sprawia kłopot, żeby utrzymać motocykl w pionie. Mimo wszystko zatrzymuję się na skalistym nadbrzeżu żeby porobić kilka fotek. Stawiam erteka na bocznej stópce, która nie jest jego najmocniejsza stroną. Obawiam się, że wiatr zrobi mi psikusa i będę musiał się szarpać z prawie 300kg maszyną, żeby ja postawić na koła. Kończę wiec fotografowanie, wsiadam na moto i jadę dalej. Warunki (poza bocznym wiatrem) są raczej trudne. Serpentyny i zawijasy. Do tego wzniesienia i zjazdy. Momentami redukuje do 3 biegu. Wyjeżdżam zza skalnego zakrętu i widzę policję, dźwig i sporo gapiów. Ciągnik z naczepą nie zmieścił się – naczepa została na jezdni, ale kabina wylądowała w głębokim rowie. Nie wiem czy kierowca przeżył, ale szoferka była doszczętnie zmiażdżona. To daje mi do myślenia i trochę zwalniam.
Zbliżam się do granicy Sahary Zachodniej – państwa,. Które pozostaje pod protektoratem Maroko. Drogi są coraz gorsze i widoki mniej ciekawe. Grunt skalisty o czerwonym zabarwieniu. Wygląda trochę jak panorama Marsa, z tą różnicą, że przy drodze pasą się wielbłądy : -). Teren totalnie nieatrakcyjny do zamieszkania. Co ok. 40-50 km przejeżdżam przez malutkie miasteczka, które wyglądają jak wymarłe – jak Czarnobyl. Wprowadza to trochę dreszczy nastrój. Drogowskazy coraz częściej są tylko w języku arabskim, co nie ułatwia mi podróży. Efekt jest taki, że się zamotałem – pojechałem w przeciwną stronę./ Wracam ok. 40 km (nie wiem dokładnie ile) myśląc o noclegu. Jak nie znajdę hotelu to będzie moja pierwsza nocka w namiocie gdzieś w skalistym polu. Jadę coraz szybciej, widzę przed sobą kolejny patrol. Zatrzymuje się i pytam o hotel. Policjant łamanym angielskim wskazuje drogę do miasteczka. Tym sposobem dojeżdżam do Bouiżakarne – małego zadupia w Saharze Zachodniej. Znajduje hotel Atlas – właściwie słowo „hotel” jest w tym przypadku gigantycznym nadużyciem. Przypominają mi się czasy harcerstwa i obozów, na których miałem nieco lepsze warunki zakwaterowania. Obsługa „hotelowa” ogląda mój motocykl jakbym przyleciał statkiem kosmicznym. Mój pokój ma ok. 8m2 powierzchni i ok. 4m wysokości. Poza tym jest wyposażony w 2 łóżka rozpadającą się szafę i nieświeże koce. Ogólnie w powietrzu utrzymuje się nieciekawa woń. O Internet nawet nie pytam, bo to tak samo jakbym zapytał się o możliwość relaksu w jacuzzi. Odpalam moja kuchenkę gazową na kartusze, gotuje sobie zupkę chińska. Zaraz kładę się spać. Chcę wstać najszybciej jak to tylko możliwe, żeby stad wyjechać. Dzisiaj nakręcone 563 km, ale doMauretanii jeszcze daleko.

[ Dodano: 2013-05-04, 01:34 ]
10 dzień (02-05 czwartek)
Wstaję ok. 7:15, żeby jak najszybciej opuścić Bouiżakarnei ten obleśny „hotel”. W Saharze Zachodniej o tej godzinie jest jeszcze ciemno – trochę dziwne jak na początek maja. Odpalam kuchenkę, szybkie śniadanie, pakowanie, przypinanie kufrów i jazda. Gdy ruszam to słońce już wyjrzało na dobre, ale jest wiatr, który nie ułatwia jazdy. Ogólnie cała Sahara Zachodnia jest bardzo wietrzna. Wyjeżdżając z miasta zatrzymuję się zatankować. Na stacji pusto, tylko z głośników wydobywa się coś co nazwałbym skrzyżowaniem muzyki z muzułmańskimi modłami. Podjeżdża samochód, którego kierowca chce zatankować olej napędowy. Wkurza się, że nie ma obsługi. Chodzi w kółko i macha zniecierpliwiony rękoma. Postanawiam wsiadać na moto i szukać innej stacji, gdy nagle słyszę jakieś wołania. Odwracam się i widzie staruszka owiniętego w turban z cerą jak wysuszona śliwka – tym sposobem na stacje przybyła jej błyskotliwa obsługa. Jest tylko problem z dystrybutorem, który nie chce oddać ani kropli paliwa. Powodem jest nie do końca wyzerowany licznik poprzedniego tankowania. Staruszek zaczyna walić w dystrybutor a gdy to nie pomaga otwiera go i ręcznie ustawia cyferki na „zero”. Moja pierwsza myśl jest taka, że mam nadzieję, na bardziej precyzyjne naliczanie rachunku. Po zatankowaniu pod korek ruszam w drogę. Do Dahli ok. 1000 km. Problemem z Sahara jest to, że trzeba przejechać od miasta do miasta, które są położone daleko od siebie. Pomiędzy jest tylko piasek lub drobne kamyczki o czerwonawym zabarwieniu. Oczywiście można zafundować sobie nocleg pod namiotem (który profilaktycznie zabrałem ze sobą), ale są pewne drobiazgi:
1. Trzeba zjechać trochę dalej z szosy. Nie wiem czy moim nisko zawieszonym ertekiem jestem w stanie to zrobić bez zakopania się.
2. 2. Jeżeli spełnię pkt pierwszy to nie wiem czy udami się go postawić stabilnie na centralną podstawę bez zapadnięcia się motocykla. W końcu to (łącznie z bagażami) ponad 300kg masa
Są to wystarczające argumenty, żebym robił wszystko, aby dotrzeć do jakiegoś miasta i poszukać noclegu. Plusem jest to, że droga przez Saharę nie jest bardzo uczęszczana i można trochę odkręcić gaz. Staram się jednak tego nie robić i nie przekraczać 120km/h. W końcu od tego czy BMW dalej jedzie zależy moje „być lub nie”. Jadać wzdłuż wybrzeża cały czas, jak wierny przyjaciel, po mojej prawej ręce rozciąga się Atlantyk. Widoki cały czas cieszą oko. To co jest dla mnie niesamowite, to pasące się bezpańsko wielbłądy – czasem bardzo blisko drogi. Do tej pory oglądałem je tylko w ZOO lub cyrku. Właśnie dostrzegam stado ok. 15 sztuk. Zatrzymuję się, żeby je sfotografować. Zwierzaki przestają wyskubywać popalona słońcem trawę i wszystkie (jak na zawołanie) wytrzeszczają na mnie gały. Po krótkiej chwili zaczynają iść w moja stronę całym stadem. Nie wiem czy są agresywne czy nie. Zsiadam z motocykla i wyprostowuje się co ostudza ich zapędy. Chyba przestraszyły się mojej sylwetki :- ). Robię kilka fotek. Widok piękny. Pasące się stado wielbłądów na tle Oceanu Atlantyckiego. Extra! Gdy fotografuję zwierzaki mijają mnie 2 BMW na niemieckich tablicach. Kiwamy sobie nawzajem,. Potem jadę za nimi ok. 50 km – Az do punktu kontrolnego. W południowej części Maroka i na całej długości Sahary jest sporo punktów kontrolnych – policja uzbrojona w broń oraz kolczatki. Dzisiaj zatrzymywali mnie chyba 10 razy. Zawsze to samo. Dokąd, skąd jedziesz. Jaka narodowość, jaki zawód wykonujesz? Niby nic, ale zawsze zabiorą kilka minut jazdy. Niektórzy zatrzymywali mnie po prostu, żeby pooglądać motocykl. Nawet nie chcieli paszportu. Chcieli za to wiedzieć jaka pojemność silnika. Jadąc przez tą część Maroka oraz Saharę Zachodnią warto zrobić sobie ksero paszportu – strony z danymi osobowymi. Ja zrobiłem 20 kopii, ale już widzę, że to będzie za mało. Takie kserokopie przyśpieszają kontrole na punktach. Po ok. 520 km dojeżdżam do Laayoune. Jak na saharyjskie warunki całkiem wypasione miasteczko. Na wjeździe czuwają dwa duże posągi strusiów oraz oczywiście policjanci na punkcie kontrolnym. Do Dakhla sporo kilometrów, ale mam nadzieję, że uda mi się poszukać nocleg nieco wcześniej. Niestety, jak przystało na Saharę nie ma na co liczyć. Zapada więc decyzja. Odkręcam gaz i próbuje osiągnąć Dahlke. Jadę zatrzymując się tylko na tankowanie. Robi się coraz później a po mojej prawej ręce słońce chowa się za bezkresem Atlantyku. Zbliża się 22:00 i z daleka dostrzegam światła Dakhli. Wpatruje się w nie z takim zainteresowaniem, że prawie nie zauważam policjanta na kolejnym punkcie, który daje mi sygnał do zatrzymania się. Kolejne minuty stracone, ale wiem, że dojadę do miasta, w którym na pewno znajdę nocleg. Na samym wjeździe widzę szyld reklamowy ‘Camping”. Zaczynam dynamiczniej hamować i chcę zawrócić. Niestety tyle godzin na moto daje o sobie znać. Za bardzo pochylam go na lewa stronę i delikatnie kładę na asfalt. Całe szczęście, że Moto_Jack perfekcyjnie wykonał gmole na kufry. W przeciwnym razie lewy byłby do klejenia,. Kolejny problem to jak podnieść ponad 300kg kolosa. Jestem wyczerpany ponad 12 godzinną jazdą oraz nakręcone 1019 km (jeszcze nigdy w jeden dzień nie nakręciłem takiej trasy). Szarpię się chwile z motocyklem przypominając sobie wszelkie instrukcje pod tytułem „jak stawiamy turystyka na koła”. Ostatecznie udaje się i wjeżdżam na teren kempingu. Jest wolny pokój. Profilaktyczni aprosze recepcjonistę, żeby mi pokazał pokój, prysznic oraz kibelek. Pamiętając wczorajszy „standard” to co widzę uznaje za wystarczające i nie szukam dalej. Rozpakowuje graty i idę pod prysznic. Jestem w szoku, że jest ciepła woda!. Odpalam kuchenkę robię kolacje i pisze tych kilka zdań o tym co mnie dzisiaj spotkało. Do granicy z Mauretania pozostało ok. 350 km. Jutro robię ‘atak” na mauretańską granicę. Z moich wiadomości wynika, że trzeba być cierpliwym na granicy, wiec będę robił wszystko, żeby się do tego zastosować. Mauretania jest ostatnim krajem muzułmańskim. Następny będzie Senegal – to już jest ta „czarna” część Afryki.

Moi drodzy. Przepraszam, że wstawiam tylko tekst. Zawsze jak pisze to jest późno i głównie chce mi się spać po ciężkim dniu. Jutro wjeżdżam do Senegalu i od teraz trasy będą krótsze a co za tym idzie będę miał więcej czasu na dopasowanie rozmiarów fotek.
Dodaje teraz kilka refleksji z 11 dnia podróży,.
11 dzień (03-05 piątek)
Dzisiaj budzę się na dźwięk budzika z komórki o godz 7:00. Za oknami ciemno – decyduję się na kimanie przez jeszcze godzinę. O 8:00 wstaje i oporządzam się do wyjazdu. Kręcę się z pokoju na parking kilka razy montując wszystkie moje skarby. Kemping jest kompleksem szeregowo połączonych pawilonów, w których są pokoje ok. 8-10 m2. Do oceanu jest ok100m i zasypiając słyszałem uderzenia fal o brzeg. Pakując moje tobołki do motocykla przyglądam się Pani, która zamiata przed wejściami do pokojów. Zobaczyła, że ja obserwuję, podnosi rekę, uśmiecha się i coś mówi w nieznanym mi języku. Nie zdążyłem policzyć ile miała zębów, ale nie było tego duzo. Również z uśmiechem odpowiadam jej „good morning”. Po spakowaniu motocykla oddaje klucz do recepcji i ruszam w kierunku granicy mauretańskiej. Wg zapewnień recepcjonisty do granicy pozostałymi 350 km. Wjeżdżam w typową pustynna aurę. Wiatr dosyć silny zasypuje częściowo drogę z dwóch stron. Gdy na liczniku pojawia się owe 350 km wiem, że trasa będzie sporo dłuższa. Jak zwykle nuda i monotonia – jak przystało na przejazd przez Saharę Zachodnią. Po drodze dostaje sms’y od marka z wyprawy do Wagadugu, który ostrzega mnie przed natarczywymi „majfrendami”, którzy kręcą się na granicy chcąc wydobyć od turystów parę euro. Przed granica mauretańską tankuje „pod korek”. Dojeżdżam do odprawy celnej i na „dzień dobry” przyczepia się „majfrend”, który próbuje mnie zagadywać.
- kim jesteś? Jaka pełnisz tutaj rolę ? Pytam go stanowczo, gdy ten chce mój paszport.
- Policjantem – odpowiada
Patrzę na jego wyświechtane i brudne dżinsy oraz żółtą opaskę zrobioną z jakiego odpadu folii, którą zawiązał sobie na lewej ręce.
-Gdzie masz mundur i identyfikator? Nie będę z Tobą rozmawiał, bo nie wiem kim jesteś. Na pewno nie dam Ci mojego paszportu. – odpowiadam stanowczo schodząc z motocykla.
„Majfrebd” bełkocze coś po arabsku gestykulując. Na to wszystko podchodzi umundurowany policjant, salutuje i bardzo grzecznie prosi mnie o dokumenty. Załatwiamy sprawę odprawy, a „majfrend” w tym czasie patrzy na mnie ‘spod byka’ siedząc na jakichś brudnych workach. Po stronie marokańskiej odprawa przebiega sprawnie. Przechodzę wprawdzie prze 2 lub 3 pomieszczenia, w których pytają mnie dokładnie o to samo, ale ogólnie jest OK. Ostatecznie celnik salutuje i przepuszcza mnie na mauretańska stronę. Ledwie wyjeżdżam za szlaban a już całe stado „majfrendów” wymieniającymi kasę oblega mój motocykl. Decyduje się na wymijane i staram się z jednym z nich nawiązać konwersacje. Mam przy sobie marokańskie pieniądze, które chce wymienić na ouguiya oraz dołożyć trochę euro – też na wyśmiane. Koleś nie może skumać, o co mi chodzi. Opadają mi ręce. On tylko rozumie, że ktoś chce wymienić euro na ouguiya, a aj ma marokańskie DH i przeliczam mu je na euro. Okazuje się za trudne. Inny ‘majfrend; tłumaczy mu o co mi chodzi. Widzę roztargnienie w wielkich czarnych oczach. Za chwilę zajarzył, bo zaczyna przytakiwać głową. Teraz tylko drobnostka. Trzeba przeprowadzić proste rachunki, żeby wszystko było OK. Facet ma niesamowity problem podzielić 440 przez 12. Ręce opadły mi do końca. Wildze teraz ogromny sens edukacji z zakresu nauk ścisłych. Jestem ciekawy jak ten „waluciarz” daje sobie rade robiąc zakupy. Po przeprowadzeniu tych wielkich operacji finansowych kolejny „majfrend: próbuje wcisnąć mi mauretańskie karty sim, a drugi proponuje mi serwis mojego BMW. Teraz ja patrzę na niego z niedowierzaniem. Czyżby moja maszyna wyglądała Az tak źle? Jeżeli nawet, to nie sadzę, żebym zdecydował się na usługi z zakresu serwisu u któregokolwiek z tych „dżentelmenów”. Kiwam przecząco głowa i jadę do odprawy mauretańskiej. Miedzy odprawa marokańska i mauretańska jest tzw pas ziemi niczyjej – ok. 2-3 km. To co tam zobaczyłem zamurowało mnie kompletnie. Jest to istny śmietnik, na którym są wraki samochodów, stare opony, telewizory oraz spora ilość ujeżdżonego gruzu. Jadąc po tym gruzie słyszę jak klekocze mi każda część mojego wypielęgnowanego erteka. Czasami udaje mi się włączać 2 bieg. Zjeżdżając z jakiejś niewielkiej górki widzie przed sobą kilka metrów drogi piaszczystej. Zatrzymuje się i próbuje ocenić szanse przejazdu. Na nawrócenie motocykla nie ma szans. Podejmuje próbę pokonania tego kilkumetrowego pasa piaszczystej drogi. Niestety moja niewiedza wychodzi na jaw. Piasek pustynny jest bardzo sypki i i łatwo się zapada. Tylne koło motocykla zaczyna kopać i po chwili zapadam się po sam silnik. Próbuje przygazować i wydostać się z piaszczystej pułapki, ale zaczynam czuć zapach palonego sprzęgła. Niestety motocykl turystyczny nie jest dobry na takie atrakcje. Beemka jest na tyle zakopana, że mogę spokojnie z niej zejść a ona pozostaje w pionie. Czuje jak zaczyna we mnie wzbierać gigantyczny wkurz! Widzę biegnącego w moja stronę zawiniętego we wszystkie turbany świata ‘majfrenda”. Ledwie dobiegł już oferuje swoja pomoc za „jedyne” 30 euro. W pierwszej chwili chce dać mu w mordę! Szybko kalkuluje. Jak dostanie pysk to zostaje tutaj na długo, bo nie ma w okolicach innego, a nawet gdyby by to i tak są to kolesie. Oferuje mu 10 euro – nie zgadza się. W końcu stanęło na 20. Nie mam wyjścia. Płacę, przeklinam i tyle. Wiem, że jak odjadę i „majfredn’ nie dostanie kasy, to gdy za 10 metrów znowu się zakopie to po mnie. Ostatecznie dojeżdżam do odprawy mauretańskiej. Tutaj dziadostwo przeplata się z syfem. Mam do ‘pokonania” 3 budki, w których sprawdzają moje dokumenty. W pierwszej z nich gość tempo patrzy się w mój paszport. Po chwili coś mówi, Alle ja nie rozumiem co. Okazało się, że próbuje wymówić moje imię. Ostatecznie spisuje dane i puszcza mnie dalej. Zatrzymuje się przy drugiej budce, a raczej kontenerze, w którym panuje porządek trochę lepszy niż w mojej szopie, w której trzymam drewno kominkowe. Przyczepia się kolejny „majfrend”. Jestem już tym zdegustowany. Okazuje się, że musze zapłacić 10 euro za ubezpieczenie motocykla na terenie Mauretanii. „Majfrend” chodzi za mną krok w krok bawiąc się w przewodnika., Wiem czym to się ma skończyć Na końcu powie, że należy mu się papier za „good serwis”. Początkowo podtrzymuje z nim konwersacje, ale po pewnym czasie zaczynam go ignorować i nie odpowiadam. Pyta mnie czy rozumiem co do mnie mówi. Patrzę na niego wkurzonym wzrokiem dając mu do zrozumienia, żeby się odczepił. Nie pomaga. Przyczepił się jak piasek do mokrej dupy!! Teraz chce mnie zachęcić do zakupów w restauracji. Wkurzony jak osa wsiadam na motocykl i ruszam przed siebie mijając szlaban. Widzę w lusterku jak gestykuluje za mną. Chce mu pokazać środkowy palec, ale nie będę się zniżał do poziomu, który nie jest mój. Jadę kilka kilometrów bez kasku i z rozpięta kurtką. Jest gorąco. Wiatr owiewa mnie i czuje, że emocje opadają. Zatrzymuje się, zakładam kask, dopinam ciuchy i jazdą. Kierunek stolica Mauretanii – Nouakchott. Mam do pokonania jakieś 460 km, a jest po 16. Po raz kolejny się motam i skręcam w przeciwna stronę. Jadę tak ok. 20 km. Zawracam i obierając już właściwy kurs jadę w stronę Nouakchott. Po drodze sporo punktów kontrolnych. Przed wyjazdem zrobiłem obie 20 kopii strony z danymi mojego paszportu. Do dzisiaj zostały mi tylko dwie a jestem jeszcze w Mauretanii, nie mówiąc o tym, że w drodze powrotnej też będą patrole. Na każdym z nich chcą „fiszkę”. Jazda strasznie nudna. Pustynia i tyle. Jedyny problem w tym, że nie ma stacji benzynowych. Zatrzymuje się i pytam jakiegoś „turbaniarza” gdzie jest stacja. Pisze mi na pisaku 30km. Moja beemka już od kilku km przestaje pokazywać w ogóle stan – to znaczy, że jadę „na oparach”. W tym jednak wypadku jestem przygotowany na nieszczęście. Mam ze sobą 5-cio litrowy kanister paliwa. Jakimś jednak cudem dojeżdżam do stacji tankuje do pełna. Wyjeżdżam na szosę i robię szybkie przeliczenia. Jak będę trzymał 110 – 120 km/h to do ok. 22:00 powinienem być w stolicy. Jazda monotonna zamula i koncentracja spada. Tym bardziej jak jedziesz dziennie ok. 700km. Tak właśnie było dzisiaj. Zjeżdżając ze wzniesienia nie zauważyłem szerokiego na całą jezdnie i głębokiego na kilkanaście centymetrów uskoku. W ostatniej dosłownie chwili uniosłem się lekko na podestach. Czuje jak ponad 300kg maszyna traci kontakt z asfaltem i leci kilka metrów. Uderzam z impetem z powrotem na szosę. Amortyzatory dobijają głośno – to wszystko przy ok. 120km/h. Całe szczęście, że BWM może się pochwalić na prawdę dobra trakcją. Domykam gaz i motocykl toczy się swoją bezwładnością. Ja przez chwilę nie mogę się uspokoić i czuje, że mam mokre plecy. Mówię sobie „NIE. Bez sensu miałaby być ta wyprawa, gdybym z niej nie wrócił”. Do samego Nouakchott jadę bardzo ostrożnie. Jest już ciemno. Nade mną czyste, gwiaździste niebo. Na wjeździe Do stolicy kolejne trzy punkty. Ledwo wjeżdżam do miasta widzę reklamę hotelu. Nie jest to badziewie, w jakim miałem okazje spać przez ostatnie dni. W recepcji młody chłopak z dobrym angielskim instruuje mnie oraz pokazuje gdzie mogę zostawić motocykl. Przenoszę graty do pokoju. Biorę kąpiel i najadam się do syta pisząc tych kilka refleksji z dzisiejszego dnia. Dzisiaj nakręciłem 880km. Jutro jadę do Senegalu. Mam nadzieje, że tam już nie będzie przejazdów przez pustynie i pooglądam sobie uroki czarnej Afryki. Poza tym dystanse będą mniejsze. W Senegalu tez muszę poszukać wizę do Gwinei Bissau, ale przedtem Gambia – no i muszę pomyśleć o zmianie oleju, bo moja podróż ma już 6811 km.

dzień 8

30-04 wtorek
Dzisiaj trochę pospałem – wczoraj pisałem do 3 rano, żebyście mogli poczytać. Poza tym połączenie z netem w hotelu nadszarpnęło mój system nerwowy. Wstałem ok. 9:15. Potem jak zwykle – prysznic, pakowanie. Jeszcze wstąpiłem zjeść marokańskie śniadanie. Zaczęło się robić cieplutko – tak jak przystało na Afrykę. Wsiadam na moto i ruszam w kierunku Rabatu. Oczywiście po drodze napotykam kontrole z radarami i sporo punktów kontrolnych. Nie sądziłem, że w Maroko aż tak często można spotkać patrole. Czytałem, że trzeba uważać, ale nie sadziłem, że aż tak bardzo. Wjeżdżam na autostradę w kierunku Rabatu. Na razie chce ominąć to miasto (zresztą nie tylko Rabat), bo muszę się wyrobić do Labe tak, żeby powrót przez Gwineę, Senegal i Mauretanie był przed pora deszczową. Zwiedzanie miast marokańskich pozostawiłem sobie na powrotna trasę. Zaczyna się robić coraz cieplej, na tyle, że zatrzymuje się i zdejmuje kurtkę spod kombinezonu. Poza tym zamieniam rękawice na niepełne. Przejazd płatna autostrada w kierunku Rabatu upływa całkiem sprawnie. Omijam Rabat i lecę w stronę Casablanki. Niestety pakuje się do miasta. Nie wiem czy przeoczyłem autostradę omijającą Casablankę czy jej po prostu nie ma. Teraz już nad tym się nie będę zastanawiał. W każdym razie korki są całkiem niezłe. Poza tym na ulicach ogólny chaos. Wydaje mi się, że w tym mieście przepisy ruchu drogowego są niewielkim dodatkiem do prowadzenia pojazdu. Poza tym pełno tutaj skuterów i innych małych pierdziawek, których „kierowcy’ jeżdżą jak chcą. Widziałem gościa, który chciał skręcić na rondzie w lewo, ale nie zadał sobie trudu, żeby je objechać. Po prostu wybrał najkrótszą drogę (czyt. Pojechał pod prąd na rondzie) bezpośrednio w lewo wykonując slalom miedzy innymi pojazdami. Uczciwie muszę jednak przyznać, że wyszło mu to sprawnie. Poza tym trzeba uważać na pieszych. Oni po prostu mają gdzieś to, że akurat w tym miejscu nie ma przejścia. Spacer po rondzie lub innym zatłoczonym miejscu na jezdni jest czymś normalnym. Każdy trąbi nie wiadomo, z jakiej przyczyny. Jestem pewny, że oni przez tydzień „wytrąbią” tyle ile ja przez całe życie. Jakoś wyjechałem Casablanki nie potrącając żadnego pieszego i nie przycierając o żaden pojazd. Ok. 20 km za miastem zatrzymuje się na stacji benzynowej na tankowanie, Niestety stwierdzam, że kończą mi się marokańskie dirhamy więc od razu pytam czy mogę płacić karta lub euro. Karta odpada, ale euro OK. Gość kaleczy angielski, ale jakoś się dogadujemy – przynajmniej tak mi się wydaje, bo chłopak stoi przede mną, patrzy mi w oczy i wyraźnie na coś czeka. Pytam o co chodzi, a on na to, że chce zobaczyć moje euro. Okazuje się, ze jest sporo podróbek na rynku marokańskim. Po sprawdzeniu legalności mojej kasy tankuję – profilaktycznie też do kanistra, który zabrałem ze sobą. W końcu jadę w stronę Sahary Zachodniej. Płacę za paliwo i pytam o jakieś jedzenie. Niestety pozostaje Mo cola i mały chlebek marokański. Biorę co jest i nie marudzę. Chłopacy na stacji okazują się być sympatyczni. Pytają skąd jestem. Aaaaaa Polonia!! Robert Lewandowski!! Jestem w szoku, że w tej części Maroka ktoś słyszał o naszych niezłomnych piłkarzach. Stoję koło motocykla pijąc cole i wsuwając marokański chleb. Nagle słyszę: Hej, Polonia! Gość gestem reki woła mnie do środka. Pokazuje, żebym się nisko schylił i wszedł pod ladą do części „sklepu”, w którym jest miejsce dla pracowników. Na skrzynce stoi duży talerz z rybami i jakimś „przysmakiem” z ryżu. Siadamy we trójkę i zaczynami zajadać. Musze przyznać, że to bardzo miło z ich strony …… jest jednak pewne „ale”. W Maroko nie używa się sztućców, wiec widząc umorusane ręce pracowników stacji benzynowej zanurzane w potrawie ryżowej to z lekka przechodzi mi ochota na jedzenie. Ograniczam się więc do ryb i tego nieszczęsnego chleba. Dyskusja zaczyna się rozkręcać, ale jak gość wchodzi na temat religijny to czuje miękki grunt pod nogami. Wole o tym nie dyskutować z Muzułmanami  więc dziękuję za gościnę, odpalam BMW i jazda. Kieruje się w stronę oceanu. Dalsza droga wiedzie tuz nad Oceanem Atlantyckim. Widoki zaczynają powalać na kolana. Zatrzymuje się kilka razy, żeby popatrzeć i posłuchać jak potęga mocy oceanu uderza o brzegi klifów. Wrażenie niesamowite! Jadę dalej na południe. Po drodze mijam na zmianę prawdziwe zadupia oraz małe miasteczka. Przejeżdżając przez te pierwsze uprzytomniam sobie, że w XXI wieku SA jeszcze na świecie miejsca, gdzie ludzie jeżdżą na osłach. Bieda miesza się tutaj z beznadzieją Mimo wszystko, patrząc na tych ludzi sądzę, że są szczęśliwi. Mieszkanie w zapyziałych norach im nie przeszkadza. Siedzą całymi dniami na poboczach, pasąc bydło i jest OK. Przejeżdżając przez te wioseczki robię ogromna sensację. Wytrzeszcz oczy u niektórych jest ogromny. W końcu dojeżdżam do jakiejś większej miejscowości. Okazuje się, że to Safi. Zbliża się 20, wiec postanawiam szukać miejsca do spania. Niestety drogi są takie, że moje założenie o 500km dziennie pryskają jak bańka mydlana. Na liczniku jest tylko 405. Jadę wolno ulicami Safi szukając motelu. Znajduje jeden hotel, ale jest koło nazwy tyle gwiazdek, że musiałbym chyba brać kredyt, wiec nawet się nie zatrzymuję. Na stacji benzynowej pytam o coś dla ludzi pracujących w budżetówce. Gość podaje mi wizytówkę z adresem dodając „For you”. Mówi, że mam przejechać 800m i skręcić w prawo – tam jest ten hotel, którego nazwa napisana po arabsku stanowi dla mnie nie lada tajemnicę. Przejeżdżam ten dystans tam i powrotem 3 razy, ale nie widzę żadnej reklamy. Widzę jednak kolejny patrol – ok. 6 osób z bronią maszynową. Zatrzymuję się, podchodzę do tego z najkrótszą Bronia i pokazuje kartkę z adresem. Facet nie wie gdzie to jest, ale wyciąga telefon i dzwoni. Za chwile znowu jadę ta sama drogą – już 4 raz !!. Tm razem wyjechała po mnie jakaś Pani i z daleka kiwa ręką. Okazało się, że to nie jest hotel, ale prywatna kwatera. Do tego tak schowana, że nie miałem szans na odnalezienie samodzielnie tego miejsca. Wjeżdżamy na podwórko, przed drzwiami już stoi mąż kobiety, która po mnie wyjechała. Dom na pierwszy rzut oka z kategorii „wypas”. W środku podobnie. Do tego cena niewielka. Rozpakowuje graty a tym czasem kobieta gotuje posiłek. Dostaje marokańskie danie – jakieś warzywa i mięso. Potem herbatka marokańska – po prostu extra. Pycha! Siedzimy i rozważamy trochę o kryzysie ekonomicznym. Okazuje się, że gospodarz jest zainteresowany sprawą smoleńska sprzed 3 lat. Chyba nie znalazł sobie właściwego towarzysza rozmów w tym temacie, wiec dyplomatycznie go zmieniam chwaląc marokańskie jedzenie i dom gospodarza. Po kolacji kąpiel i siadam do pisania. Nareszcie mam porządne łącze. Pierwszy raz od kiedy wyruszyłem z Bydgoszczy. Jutro ruszam w stronę Mauretanii. Niestety tylko do Dakhla jest ok. 1470 km. Do Mauretanii trzeba dodać jeszcze trochę a w tej części Afryki warunki podróżowania SA gorsze.. Czeka mnie więc trudniejsza część mojej podróży.