5,6,7

Kochani. Żeby było jasne. To co pisze jest po to, żeby osoby ZAINTERESOWANE mogły się zapoznać z tym jak może wyglądać motocyklowa droga do Afryki. Nie interesują mnie buraczane wpisy jednego dziwaka, który wymaga pomocy psychiatry. Zastanawiałem się czy w ogóle pisać dalej, ale jest kilka wpisów, które mi sugerują, ze może kogoś na tym forum obchodzi jak przebiega moja podróż, do której przygotowywałem się prawie rok. Właśnie dlatego postanowiłem napisać co działo się ostatnio. Niestety wcześniej nie mogłem uzyskać połączenia z netem, a na wypasione hotele mnie nie stać :-).
Jeżeli są literówki to przepraszam, ale jestem zmęczony. Jak szarpiące łącze pozwoli to wrzucę kilka fotek, ale pewnie ciekawsze będą jak dotrę do tej „czarnej’ części Afryki.

5 dzień (27-04 sobota)
Wstaje o godz 8:30. Sniadanie, pakowanie i jazda. We Francji pogoda zadowalająca. Gorzej z cenami i ilościa oplat za autostrady. Jazda przez Francje jest nudna i usypia. Wjeżdżam do Hiszpanii. Tutaj niespodzianka. Hiszpania wita mnie deszczem, zimnym wiatrem i (co jest dla mnie bardzo dziwne) gradem i śniegiem. Aż otwieram szybę kasku, żeby się przekonać czy to na pewno grad. Od granicy z Hiszpanią droga raczej górzysta. Serpentyny, zakręty zjazdy i podjazdy. Aura przyczynia się do tego, że przyczepność nie jest najlepsza. Od razu przypomina mi się moja gleba sprzed 2 lat w Borach Tucholskich. To jest wystarczający argument, żeby zwolnić. Po ok. 100km zaczyna się poprawiać. Tzn już nie ma gradu, ale deszcze jeszcze troche pada. Widoki tez coraz lepsze. Ogólnie pokonane 706 km. Znalazłem tani, fajny hotel. Szkoda tylko, że Panie w recepcji nie maja zielonego pojęcia o angielskim. Do tego brak połączenia z Internetem

6 dzień (28-04 niedziela)
Dzisiaj nawinięte 936 km.
Wyjeżdżam ok. 9:30. Chcę dojechać do San Fernando i zostawić część bagaży u rodziców mojego studenta, który jest w Bydgoszczy na Erasmusie. Na autostradzie troche nudno, ale jedzie się dobrze. Droga równa i bez specjalnych niespodzianek. Niestety w Hiszpanii zjazd z autostrady do restauracji wiąże się z nadrobieniem sporo km. Zjeżdżam na obiad oraz poto, żeby się ogrzać. Oczywiście laska w knajpie ani słowa po angielsku. Jestem zmarznięty i głodny. Chcę zamówić gorącą herbatę. Pani z uśmiechem cos do mnie mówi po hiszpańsku podając menu. Mówie jej „Please hot tea” – dziewczyna z uśmiechem przytakuje. Za chwile przynosi mi cytrynową „Ice tea”. Szczęka mi opada, ale ciesze się, że nie przyniosła mi płynu do mycia okien. Pije co jest i czekam na udko indyka. Szybko pochłaniam swoje danie, płacę, wsiadam na moto i w drogę. Autostrady zdecydowanie tańsze niż we Francji. Ogólnie Francja jest bardzo droga przejazdach – za to Hiszpania ma gorzej oznaczone zajazdy na autostradzie. W końcu dojeżdżam do zjazdu na San Fernando. Witają mnie światła usypiającego, niewielkiego miasta. Gdy wjeżdżam do miasta okazało się, że wcale ono nie usnęło. Błądzę wąskimi uliczkami szukając ulicy, na której mieszka Juan. Moja navi ma mapy chyba przedwojenne. Prowadzi mnie wszędzie, ale nie tam gdzie trzeba. Sugeruje mi nawet skręt w uliczkę „pod prąd”. Czuje, że bierze mnie ostry wkurw! Po dotarciu we wskazane miejsce zmieniam zdanie. Jest grubo po 23, wiec nie będę szedł do ludzi, których kompletnie nie znam. Wyjeżdżam z San Fernando ok. 2-3 km i znajduję mały hotel – chociaż słowo „hotel” jest wielkim nadużyciem. Zapyziała dziura to lepsze określenie. Gość w recepcji tradycyjnie niema pojęcia o angielskim. Troche czasu zajmuje zanim tłumacze mu, że chciałbym się połączyc z Internetem. Podaje mi klucz do WiFi, ale sieć odmawia posłuszeństwa. Troche stram się walczyc z ustawieniami, ale oczy mi się kleją. Cały dzień na moto daje o sobie znać. Ide do pokoju spać.

7 dzień (29-04 poniedziałek)
Wstaje rano (ok 8:00) zmarznięty jak nie wiem co. W hotelu są pojedyncze okna a pogoda wcale nie przypomina gorącej Hiszpanii. Jest zimno a niebo trochę zasłonięte ołowianymi chmurami. Jakoś się przełamuje i wchodzę pod prysznic – tutaj kolejna niespodzianka. Ciepła woda jest przez kilka minut. Właściwie zdążyłem się namydlić i tyle. Na spłukanie pozostała tylko lodowata. Przynajmniej w ekspresowym tempie się obudziłem. Szybkie pakowanie i jadę do San Fernando. Dojeżdżam pod blok i kolejny zonk. Rodzice Juana są w pracy. Jakiś facet łamana angielszczyzna mówi, że będą w domu po 14. Nie mam zamiaru tak długo czekać…. Che o tej godzinie być na promie. Dzwonie do ojca Juana. Nie jest n niespodzianką, że gość nie ma pojęcia o co się go pytam. Coś tam babuli po hiszpańsku. Z tonu głosu wnioskuje tylko, że to uprzejmy facet. Dzwonię też do mamy Juana. Historia się powtarza. Jest tylko jedno „ale”. Telefon przejmuje koleżanka Pani Elviry, która całkiem nieźle sobie radzi po angielsku. Mówi, że w prawdzie Elvira kończy pracę po 14, ale mogę przywieść tobołek do pracy. Pytam o adres i w zamian dostaje potok nic nie znaczących dla mnie słów hiszpańskich. Proponuję, żeby wysłała mi adres sms’em a ja go wbije do GPS i zaraz będę. Czekam kilka minut na sygnał sms. Staram się przeczytać co mi wysłała, ale nie mam pojęcia czy to jest nazwa ulicy czy cokolwiek innego. Wildze kolesia ubierającego kasy i siadającego na skuterze. Podchodzę i pokazuje mu sms’a. Z jego gestykulacji wnioskuje, że mam za nim jechać – on mnie poprowadzi do celu. Dojeżdżamy i okazuje się, że miejsce w którym pracuje Elvira to …. koszary wojskowe. Czeka już na mnie ze swoja ‘tłumaczką”. Pokazuje coś umundurowanej strażniczce – szlaban idzie w górę i wjeżdżam na wojskowe tereny królestwa hiszpańskiego. Wrzucam część bagażu do auta Pani Elviry. Otrzymuje jeszcze dyspozycje gdzie najlepiej złapać prom do Maroko. Przyrzekam, że wrócę po tobołek za ok. 2-3 tygodnie, ustawiam GPS na Tarifę i jazda. Dojeżdżam do portu ok. 13:30. Okazuje się, że prom odchodzi o 16:00. Mogę się więc zrelaksować. Podchodzi do mnie dwóch Niemców i trochę rozmawiamy o Afryce. Widzę jak zza szyby starego auta patrzy na mnie starszy gość w czapce z daszkiem i siwa broda. Gdy ulatniają się Niemcy wysiada i zagaduje. Okazuje się, że to Hiszpan mieszkający w Belgii, który często jeździ do Afryki. Robił nawet jakieś charytatywne akcje, ale nie pytałem dokładnie czego dotyczyły./ Wypytuje mnie dokąd jadę. Zaczyna mu powoli nakreślać moja trasę. Po drodze pada słowo „Senegal”. Gość jest zaskoczony i lekko grozi palcem mówiąc „be careful”. Mam nadzieję, że jego ostrzeżenia się nie sprawdzą . Wjeżdżam na prom i płyniemy do Afryki. Dopływamy do Tangeru po ok. 45 minutach. Tutaj widzę cały bajzel marokański. Gwar i pełno kolesi, którzy tylko czekają na to jak wyciągnąć od Białasa kilka euro. Za plecami słyszę „O! Polska! Boniek!” – jakiś gość kiwa do mnie i o dziwo nie pyta o kasę. Po perturbacjach wyjeżdżam na ulice Tangeru. Tutaj kolejne niespodzianki. Zapyziali Marokanie kiwają żebym się zatrzymał pokazując jakieś pierdoły w ręce. Każdy chce żebym od niego coś kupił. Ogólnie jak widzą europejczyka to patrzą na niego jak na chodząca skarbonkę. Motam się szukając wyjazdu w kierunku Rabatu. W porównaniu z popierdułkami o pojemności ok. 125 lub 250 ccm, moje BMW robi piorunujące wrażenie. Niestety to przyciąga kolejnych sepów mamroczących coś po arabsku. Udaje mi się wydostać w kierunku Rabatu. Jakiś facet z nienaganna angielszyzną wskazuje mi gdzie jest „highway” w kierunku na Rabat. Po drodze zatrzymuje się na stacji Shell, żeby w końcu coś zjeść. Jest jeden problem. Jak im wytłumaczyć co chcę kupić. Pokazuje na migi, że chcę cos ciepłego do jedzenia. Dwóch kolesi nie ma pojęcia o co pytam – w koncu wszyscy zaczynamy się śmiać z tej sytuacji. Pokazuję palcem przez szybę na jakieś naleśniki. Za kilka groszy najadam się do syta. Przypominam sobie o lekach malarycznych i połykam pierwsza tabletkę. Powinienem to zrobić ok. 2 dni temu, ale kompletnie zapomniałem. Jade w kierunku rabatu płatna autostradą. Spotykam na drodze suszarkę, co bardzo mnie zaskakuje – tym bardziej, że zatrzymują auto, które jedzie za mną. Ogólnie w Maroko są częste kontrole kończące się (podobno) wysokimi mandatami. Zatrzymuje się ok. 35 km przed Rabatem hotelu „Assam’. Dzisiaj niestety tylko 335 km. Rozpakowuje graty i idę na kolację. Hotel całkiem spoko. Wszyscy mówią po angielsku – nawet stary dziadek, który nalewa piwo z nalewaka. Kelner poleca mi spaghetti. Proszę go żeby nie było ostre – odpowiada, że jest łagodne. Po pierwszym kęsie czuje ogień w gębie. Gdybym zamówił coś ostrego to nie dojechałbym do tej Gwinei. Na dzisiaj dosyć wrażeń. Pisze jeszcze tylko tych kilka zdań do Was wkurzając się na szarpiące łącze. Jutro chciałbym dojechać jak najbliżej Mauretańskiej granicy. Do Dakhla jest (wg goglemap) 545 km. Nie wiem jakie będą warunki jazdy. Zaczyna mi stukać jedna tarcza z przodu. Przed wyjazdem w serwisie mówili, ze to nic groźnego – i tej teorii się trzymam. Jeszcze sporo czasu upłynie zanim dojadę do Senegalu. Tam dopiero zacznie się przygoda z „czarna Afryka”

dzień 3,4

Dzień 3 – postój w Brulseli z powodu oczekiwania na wizę senegalską.
Dzień 4
Dzisiaj odebrałem paszport z senegalską wizą. Jestem gotowy do dalszej podrózy. W brukseli pogoda jest okropna. Mokro i zimno. Prognozy na kolejne dni sa podobne, dlatego postanowiłem nie czekać tylko ruszam. Nie wiem jak to możliwe. Wczoraj było ponad 20 st. C. Pracowałem z Piotrem przy budowie jego garażu. Dzisiaj od rana deszcz i zimno. Niestety nie mam informacji co z Andrzejem. Nie odpowiada na sms’y. Wczesniej mówił cos o braku zasięgu – mam nadzieje, ze to jdeyna przyczyna braku kontaktu z nim. Z tropiciuelem juz wszystko ok, wiec moje położenie bedzie czytelne. Wiem, że wjazd do Paryża jest z definicji zakorkowany. Może jednak będe miał szczęście przejechac szybko przez to miejsce . Dalej bede podróżował już sam…. aż do samego Labe w Gwinei. Pozdrawiam

2 Dzień …

Nawiniętwe 563 km.
Dzisiaj po porannym przebudzeniu czuliśmy sie jak nowo narodzeni . Wczorajsza trasa troche nas wyczerpała. Dzisiaj rano pakowanie,śniadanko i sprawdzenie oleju. Otóż okazał się pierwszy zonk. Maszyny dostały troche czadu i oleju niestety ubyło. BMW okazało się nieco olejożerne – ciężar bagażu + jako taka prędkość pozostawiło ślady. Dzisiaj jechaliśmy max 100km/h – no, chyba, że wyprzedzaliśmy tiry…. wtedy troche więcej. Do granic Niemiec było ok. Potem Holandia …. i okazało się, że trochę zabłądziliśmy. W Eindhoven zamotaliśmy sie na autostradzie. Okazało sie, że zjazd jest za ileś tam kilometów dalej. Potem nawroty itp. Nadrobiliśmy sporo kilometrów. Ostatecznie dobrnęliśmy do Brukselli. Metę mamy u mojego kumpla Piotra. 2-3 piwka, kolacja drink …. i jest OK . Jutro rano jade do ambasady Senegalu po wizę. Od rozmów zależy czy jadę dalej, czy może zostaję jeszcze jeden dzień. Jeżeli zostanę to Andrzej musi podjąć decyzję czy się już odłączy i jedzie do Francji czy czeka. Na razie nic ciekawego sie nie dzieje … bo co może być ciekawego na autostradzie . Dzisiaj coś sie stało z lokalizatorem. Jutro rano postaram się rozwiązać ten problem. Teraz ide spać
Mam nadzieję, że w Afryce zacznie się prawdziwa przygoda
Pozdrawiam

1 dzień …

1 dzień podróży
Padam! Nawinięte dzisiaj 704 km. Do Świecka musieliśmy się borykać z polskimi drogami, korkami itp. Ponadto płatna autostrada – 34 zł za 100km … wow… szok! Czyżby mój motocykl aż tak niszczył nawierzchnię :-) ?? W Niemczech już było ok. 3 pasy i bez stresu. Prawie bez stresu :-) Momentami był tak mocny boczny wiatr ….. myślałem, ze mnie zwieje z tymi tobołkami. Chciałem nie przeciążać motocykla, ale jednak czuje te bambetle za sobą. Andrzej trzyma się dzielnie na swoim VS. Gdy zaczęło się ściemniać postanowiliśmy poszukać mety do spania. I tu okazał się zonk. Zjeżdżaliśmy z autostrady, żeby szukać motelu, ale wszędzie wszystko zajęte :-( . W jednym hotelu były wolne miejsca, ale jak spojrzeliśmy przez szybę do recepcji to szybko wyciągnęliśmy wniosek, że ta nocka zrujnowałaby totalnie nasz budżet. To był hotel w iście nowobogackim stylu ….. a co za tym idzie, nie pasowaliśmy do niego :-) . Potem szukaliśmy innego. Na stacji Pani z niezadowoloną mina robiła wielkie gały na angielską mowę.Okazało się, żę jej angielszczyzna zaczynała się i kończyła na left i right. Postanowiliśmy wiec zakończyć nasza dyskusje z ta osóbką. Potem znalazł się fajny hotel z fajnymi cenami. Pan Portier swoją posturą przypominał mi herosa walk sumo. Angielszczyznę miał nienaganną ….. i tą nienaganna angielszczyzną oświadczył nam, że wolnych pokoi brak :-( . Potem trochę zblazowany sprzedawca na stacji benzynowej oświadczył nam, że hotel jest tuz za rogiem. Bingo! Są pokoje, jest parking. Szok. Padam z nóg. Od rana do północy na motocyklu. Mimo wszystko jest ekstra. Jutro musimy dojechać do Brukseli. Andrzej już kima. Ja też idę spać, bo oczy mi się kleją.
Fotki wstawię jak sie uzbiera większa ilość :-) .